Reklama

Nie uważam się za staroświecką, chociaż czasy się zmieniły, a w sklepach wszystko można dziś kupić – pod warunkiem, że się ma pieniądze. Sama pamiętam, jak moi chłopcy biegali po podwórku w ubraniach po kuzynach i nikt nie robił z tego tragedii. Ważne było, żeby było czysto, wygodnie i żeby dziecko w ogóle miało się w co ubrać. Teraz patrzę na moją wnuczkę i widzę, że niektóre rzeczy się nie zmieniły: dzieci rosną jak na drożdżach, co kilka miesięcy trzeba wymieniać całą garderobę. Tylko mentalność jakby trochę inna.

Zawsze starałam się pomagać synowi i jego żonie, choćby drobiazgami. Przynosiłam domowe ciasta, robiłam przetwory, czasem kupiłam coś ładnego dla Julki, gdy akurat coś mi wpadło w oko w tanim sklepie albo lumpeksie. Uważam, że nie ma powodu płacić fortuny za coś, z czego dziecko wyrośnie w jeden sezon, a czasem nawet szybciej. Syn zawsze dziękował, doceniał, rozumiał moją logikę. Z synową bywało różnie.

Mam wrażenie, że dla niej wszystko musi być idealne – od bucików po czapkę. Najlepiej nowe, markowe i drogie, wtedy można się pochwalić zdjęciem w internecie albo przed koleżankami na spacerze. Próbowałam zrozumieć takie podejście, tłumaczyłam sobie, że młodzi mają teraz inną rzeczywistość, może więcej presji na wygląd i pieniądze. Jednak czasem serce mi pęka, gdy widzę, jak gest z serca traktowany jest jak coś gorszego. Zwłaszcza, gdy idzie o własną wnuczkę.

Wszystko zaczęło się od tej jednej kurteczki z lumpeksu. Przez chwilę myślałam, że sprawię komuś radość. Jak bardzo się pomyliłam…

Była zupełnie jak nowa

Sobotni poranek był jak zwykle zabiegany. W moim domu od rana pachniało kawą i świeżym chlebem. Pomyślałam, że skoro jadę dziś odwiedzić Julkę, wstąpię po drodze do swojego ulubionego lumpeksu. Czasem można tam trafić prawdziwe skarby za kilka złotych. Właśnie tak było tym razem. Prawie nowa, śliczna kurteczka – jasnożółta, z haftowanymi kwiatkami, mięciutka, bez śladu używania. „Będzie idealna na wiosenne spacery!” – ucieszyłam się i już widziałam oczami wyobraźni, jak Julka się w niej uśmiecha.

Do syna i synowej przyjechałam z siatką w jednej ręce i torbą ciasta w drugiej. Julka od razu wybiegła mi na spotkanie, a ja wyjęłam prezent.

– Zobacz, kochanie, co babcia dla ciebie kupiła! – powiedziałam, rozwijając kurteczkę. Dziewczynka dotknęła materiału, potem uśmiechnęła się szeroko i od razu zaczęła ją przymierzać. Wyglądała uroczo. Wiedziałam, że trafiłam.

Wtedy do przedpokoju weszła synowa z telefonem przy uchu. Spojrzała na Julkę, potem na mnie, a jej wzrok przesunął się po metce przy kurtce. Od razu zobaczyłam, jak lekko przewraca oczami, jakby chciała powiedzieć „Znowu to samo”. Starałam się nie zwracać na to uwagi.

– Ojej, nowa kurtka? – rzuciła, odkładając telefon. – Gdzie ją kupiłaś, mamo?

– W takim fajnym sklepie z używanymi ubraniami, ale jest jak nowa, zobacz sama – odparłam, pokazując jej dokładnie materiał, zamek, podszewkę.

Ach, w lumpeksie… – synowa ściszyła głos, ale i tak usłyszałam nutę dezaprobaty. – Julka już ma dwie kurtki. Poza tym, my zwykle kupujemy rzeczy w sklepie. Dzieci też zasługują na nowe ubrania, prawda?

Nie wiedziałam, co powiedzieć. Z jednej strony cieszyłam się, że wnuczka jest zadowolona. Z drugiej czułam, jakby ktoś postawił mur pomiędzy moim światem a światem synowej.

Nie rozumiałam tego podejścia

Czułam na sobie jej wzrok, kiedy Julka obracała się przed lustrem, podskakując w nowej kurteczce. Zwykle w takich chwilach chciałoby się usłyszeć choć odrobinę wdzięczności, zwyczajne „dziękuję”, nawet jeśli bez wielkiego entuzjazmu. Zamiast tego zobaczyłam na twarzy synowej lekki uśmieszek, taki, jakim obdarza się dzieci, gdy chcą nas przekonać do czegoś zupełnie nieistotnego.

– Julka, zdejmij na razie tę kurteczkę, później zobaczymy – powiedziała chłodno, jakby bała się, że sąsiedzi usłyszą, że jej dziecko nosi coś z lumpeksu. Dziewczynka spojrzała na matkę, potem na mnie i z wahaniem zdjęła ubranko, choć wcale nie miała na to ochoty. Podała mi kurteczkę, a ja poczułam nagły przypływ złości.

– Przecież ładna, czysta i ciepła. To naprawdę takie ważne, skąd pochodzi? – wyrwało mi się, choć zwykle staram się nie wtrącać.

Synowa spojrzała na mnie, jakby coś rozważała, po czym wzruszyła ramionami.

– Wiesz, mamo… ja po prostu chcę, żeby Julka miała to, co najlepsze. Sama rozumiesz, czasy się zmieniły. Wszyscy patrzą, w co dzieci są ubrane, a ja nie chcę, żeby nasza córka była oceniana przez inne dzieci i mamy.

Przez chwilę milczałam, próbując zrozumieć ten lęk przed opinią innych. Sama przecież pamiętam czasy, gdy liczyło się, by było wygodnie, a nie czy bluzka była z nowej kolekcji. Miałam ochotę powiedzieć, że kurtka była wspaniała i że nie zamieniłabym jej na żadną inną – bo była kupiona z myślą o wnuczce, z serca.

Julka przytuliła się do mnie na pożegnanie, szepcząc cichutko:

Babciu, jeszcze założę tę kurteczkę, jak pójdziemy razem na spacer, dobrze?

Uśmiechnęłam się do niej i pocałowałam ją w czółko. Z jednej strony zrobiło mi się ciepło, z drugiej wiedziałam, że synowa nie pozwoli na to tak łatwo.

Przynajmniej syn mnie bronił

Wieczorem długo nie mogłam zasnąć. Leżałam, wpatrując się w sufit i wciąż słyszałam ten jej chłodny ton: „Wszyscy patrzą, w co dzieci są ubrane”. Zastanawiałam się, kiedy to się stało, że ubrania zaczęły świadczyć o wartości człowieka. Myślałam o swojej młodości, o czasach, kiedy kawałek materiału od sąsiadki był powodem do radości, a nie wstydu. Próbowałam sobie wyobrazić, co tak naprawdę czuje moja synowa. Czy to tylko zwykła próżność, czy może jakieś głębsze kompleksy, których nie rozumiem?

Następnego dnia zadzwonił do mnie syn.

– Mamo, przepraszam za wczoraj – powiedział cicho. – Wiesz, Anka trochę inaczej patrzy na takie rzeczy. Ja pamiętam, jak było u nas w domu, ale ona… No, chyba nie przegadasz jej na temat lumpeksów.

Uśmiechnęłam się smutno do słuchawki.

– Synku, ja to rozumiem, tylko przykro mi, że gest, który miał być miły, robi się problemem. Przecież to tylko kurtka.

– Wiem, mamo. Julka bardzo się ucieszyła. Może kiedyś Anka się przekona.

Nie chciałam już ciągnąć tego tematu. Byłam zmęczona tą dziwną wojną, która zaczęła się od zwykłego ubranka. Po południu poszłam do sklepu, żeby zająć czymś głowę. Spotkałam tam sąsiadkę, panią Zosię.

– Coś pani taka zamyślona, pani Alino? – zapytała.

Westchnęłam ciężko.

Kupiłam wnuczce kurteczkę, a synowa chyba by wolała, żebym przyniosła voucher do butiku.

Pani Zosia pokiwała głową.

– Taka teraz moda, moja droga. Wszystko na pokaz. Ja swoje też nosiłam w ubraniach po kuzynach i nikomu korona z głowy nie spadła.

Rozmawiałyśmy jeszcze chwilę, a ja poczułam się odrobinę lepiej. Może jednak nie jestem ostatnią babcią na świecie, która cieszy się z małych rzeczy.

To mnie oburzyło

Minęło kilka dni, zanim odważyłam się ponownie zadzwonić do syna. Zwykle rozmawialiśmy co drugi dzień, jednak tym razem coś mnie powstrzymywało. Bałam się, że znowu usłyszę w głosie synowej nutę zniecierpliwienia, może nawet irytacji. W końcu jednak ciekawość zwyciężyła. Chciałam wiedzieć, czy Julka jeszcze pamięta o swojej żółtej kurteczce.

Telefon odebrała sama wnuczka.

– Babciu! – jej głos był pełen energii i czułości. – Wiesz co? Dziś rano padał deszcz, a ja chciałam założyć tę żółtą kurteczkę, co mi dałaś. Tylko mama powiedziała, że nie wypada. Powiedziała, że do przedszkola mam iść w tej granatowej z futerkiem…

Westchnęłam w duchu, ale starałam się nie pokazać rozczarowania.

– No nic, kochanie. Najważniejsze, żeby ci było ciepło i sucho, prawda?

– Tak, babciu, ale… ta żółta jest taka mięciutka. Schowałam ją do swojej szafy. Jak przyjdziesz następnym razem, to pójdziemy w niej razem do parku, dobrze?

Uśmiechnęłam się do siebie.

– Dobrze, kochanie. Tylko nie martw się mamą, ona na pewno chce dla ciebie jak najlepiej.

W słuchawce zapadła cisza, po chwili usłyszałam szmer – to synowa zabrała Julce telefon.

– Dzień dobry, mamo – odezwała się sucho. – Julka powinna już szykować się na kolację.

– Oczywiście. Przepraszam, że przeszkadzam.

– Mamo, rozumiem, że chcesz pomagać, ale proszę cię, nie przynoś więcej tych „okazyjnych” rzeczy. Ja naprawdę wolę kupować Julce nowe ubrania, dobrze?

Czułam, jak robi mi się przykro. Chciałam coś powiedzieć, wyjaśnić, może nawet się posprzeczać, ale zabrakło mi odwagi.

– Jak wolisz, Aniu. Nie będę się narzucać.

Odłożyłam słuchawkę i długo patrzyłam w okno. Tak bardzo chciałam po prostu być potrzebna. Tak trudno się z tym pogodzić.

Tylko żal mi dziecka

Kolejna sobota przyszła szybciej, niż się spodziewałam. Tym razem nie przygotowałam nic specjalnego – ani ciasta, ani drobnych niespodzianek. Po prostu poszłam do syna i synowej, jakby była to zwyczajna wizyta. Julka od razu wbiegła mi w ramiona, ale synowa jak zwykle krzątała się w kuchni, udając, że nie zauważa mojego przyjazdu. Syn tylko uśmiechnął się z zakłopotaniem.

Usiadłam na dywanie z wnuczką, która zaraz zaczęła opowiadać o nowym wierszyku z przedszkola. Widziałam, jak spogląda co chwilę w stronę szafy. W końcu, kiedy synowa wyszła na chwilę z pokoju, szepnęła:

– Babciu, założymy tę żółtą kurteczkę? Schowałam ją, żeby mama jej nie wyrzuciła…

Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu, ale szybko się opanowałam.

– Jasne, skarbie. Pójdziemy razem na spacer i pokażemy wszystkim, jaka jesteś śliczna.

Gdy tylko opuściłyśmy mieszkanie, Julka podskakiwała z radości. Przechodnie uśmiechali się do nas, a ja czułam, że wraca mi spokój. Dla mojej wnuczki nie liczyła się żadna metka ani cena. Liczyło się to, że babcia o niej pamięta, że potrafimy razem cieszyć się drobiazgami.

Niestety, ten spacer nie trwał długo. Wróciłyśmy do domu, a synowa czekała już w przedpokoju.

Serio? – rzuciła tylko, widząc Julkę w żółtej kurtce. – Ile razy mam powtarzać, że nie chcę, żeby moje dziecko nosiło używane rzeczy?

Julka spuściła głowę, a ja próbowałam coś powiedzieć, ale w gardle zawiązał mi się jakby supeł.

– Nie chcę się wtrącać, Aniu, ale... czy to naprawdę takie ważne?

Synowa spojrzała na mnie z niecierpliwością.

Dla mnie – tak. Proszę, mamo, uszanuj to.

Zebrałam się do wyjścia, choć serce ściskało mi się z żalu. Kiedy zamykałam drzwi, usłyszałam cichy głos Julki:

– Babciu, ale jeszcze kiedyś pójdziemy na spacer w tej kurteczce?

Odpowiedziałam jej tylko uśmiechem i delikatnym skinieniem głowy, choć nie byłam pewna, czy będzie nam jeszcze dane.

Muszę się z tym pogodzić

Wracałam do domu powoli, starając się uporządkować myśli. Wcześniej byłam pewna, że wystarczy chcieć dobrze, a wszystko się ułoży – zwłaszcza w rodzinie. Okazało się jednak, że nawet najprostsze gesty potrafią stać się powodem nieporozumień. Bolało mnie to, bo przecież nie chciałam nikomu zrobić przykrości. Chciałam być dla Julki dobrą babcią, taką, która potrafi zaskoczyć, ucieszyć drobiazgiem, dać od siebie coś zwyczajnego, a jednak ważnego.

Przez wiele dni wracałam myślami do tej nieszczęsnej kurteczki. Z jednej strony dumałam, czy nie lepiej było zostawić ją w sklepie, z drugiej – czułam ciepło na sercu, bo wiedziałam, że dla wnuczki znaczyła coś więcej niż kolejna nowa rzecz z metką. Widziałam, ile radości sprawiła jej ta żółta kurtka, nawet jeśli musiała ją nosić trochę w ukryciu. To właśnie ta skromna radość utwierdziła mnie w przekonaniu, że nie wolno nam wstydzić się prostoty i dobrych intencji. Nawet wtedy, gdy inni tego nie rozumieją.

Oczywiście, nie zmienię już synowej. Być może nigdy nie zaakceptuje moich zwyczajów i drobnych prezentów. Z czasem pogodziłam się z tym, że świat idzie naprzód i nie wszystko musi wyglądać tak, jak dawniej. Jednak obiecałam sobie, że nie przestanę być blisko wnuczki – nie przez ubrania, ceny czy markowe metki. Dla niej zawsze będę babcią, która cieszy się z jej uśmiechu, bez względu na to, co na siebie założy.

Dla mnie w końcu liczy się to, ile serca wkładamy w drobne gesty – i jak długo ktoś jeszcze będzie je pamiętał.

Alina, 58 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama