„Kupiłam teściowej piżmowe perfumy na imieniny. A ona prychnęła, że lepszym prezentem byłby święty spokój”
„Usiadłam na kanapie, ściskając dłonie. Zapach perfum, który jeszcze rano wydawał mi się obietnicą zgody, teraz mnie dusił i przypominał, że cokolwiek zrobię, zawsze będzie za mało albo nie tak”.

- Redakcja
Imieniny teściowej zawsze były dla mnie polem minowym, ale tym razem naprawdę się postarałam. Chciałam dobrze, zwyczajnie po ludzku. Stałam w jej przedpokoju z uśmiechem, czując dumę z wyboru prezentu, i ani przez chwilę nie przypuszczałam, że jedno zdanie wypowiedziane niby mimochodem uruchomi lawinę zdarzeń, które każą mi zwątpić w siebie, w rodzinę i w to, czy dobre intencje w ogóle mają znaczenie.
Policzki zaczęły mnie piec
Stałam w drogerii dłużej, niż planowałam. Kręciłam się między półkami, wąchałam paski papieru, odkładałam je i brałam nowe. Sprzedawczyni zerkała na mnie z lekkim uśmiechem, jakby dokładnie wiedziała, że szukam czegoś „bezpiecznego”, ale jednocześnie wyjątkowego. Piżmowe nuty wydawały mi się eleganckie, spokojne, takie… dorosłe. Idealne dla kobiety, która zawsze podkreślała, że zna się na klasie. W domu jeszcze raz spojrzałam na flakonik. Ciężkie szkło, stonowana etykieta. Zapakowałam go w papier z delikatnym wzorem i przewiązałam wstążką.
– To jej się spodoba – powiedziałam sama do siebie, a brzuchu czułam przyjemne napięcie.
U teściowej było jak zwykle gwarno. Mama męża siedziała w salonie, więc podeszłam, podałam prezent.
– Wszystkiego najlepszego, mamo – powiedziałam cicho.
Rozdarła papier bez pośpiechu. Spojrzała na flakon, uniosła brew i psiknęła perfumami w powietrze. Zapach rozszedł się po pokoju. Przez ułamek sekundy liczyłam na uśmiech.
– Piżmo… – mruknęła, a potem prychnęła. – Wiesz, lepszym prezentem byłby święty spokój.
Zapadła cisza. Poczułam, jak policzki zaczynają mnie piec.
– Myślałam, że… – zaczęłam, ale głos mi się załamał.
– Nie obrażaj się, ja tylko mówię, co myślę – dodała, machając ręką.
Mąż spojrzał na mnie niepewnie.
– Mamo, daj spokój… – rzucił, bardziej z obowiązku niż przekonania.
Usiadłam na kanapie, ściskając dłonie. Zapach perfum, który jeszcze rano wydawał mi się obietnicą zgody, teraz mnie dusił i przypominał, że cokolwiek zrobię, zawsze będzie za mało albo nie tak.
Czułam się bezradna
Przy stole siedziałam jak na szpilkach. Niby rozmowy się toczyły w najlepszej, ktoś opowiadał o sąsiadce, ktoś inny narzekał na pogodę, ale ja myślami byłam daleko. Teściowa postawiła flakonik na komodzie.
– Zjesz jeszcze kawałek sernika ? – zapytała, nie patrząc w moją stronę.
– Nie, dziękuję – odpowiedziałam szybko.
Mąż nachylił się do mnie.
– Nie przejmuj się, ona już tak ma – szepnął.
Popatrzyłam na niego.
– Ale ona to powiedziała do mnie – odparłam cicho.
Wzruszył ramionami.
– Nie chciała cię urazić.
Te słowa mnie zabolały. Po obiedzie teściowa zaczęła sprzątać naczynia. Odruchowo wstałam, by pomóc.
– Zostaw – rzuciła krótko. – Dam sobie radę.
Stanęłam bezradnie przy drzwiach kuchni. Przez chwilę myślałam, żeby coś powiedzieć. Wyjaśnić, zapytać, może nawet przeprosić, choć sama nie wiedziałam za co. Tylko że teściowa odwróciła się do mnie plecami, a ja poczułam, że tej rozmowy dziś nie będzie. W drodze do domu milczeliśmy.
– Mogłeś coś powiedzieć – odezwałam się w końcu.
– A co miałem powiedzieć? – westchnął. – Chciałaś dobrze, koniec tematu.
– Dla mnie to nie był koniec – odpowiedziałam.
Nie odpowiedział już nic. A ja po raz pierwszy pomyślałam, że może problemem nie są perfumy ani nawet teściowa. Może problemem jest ta cisza.
Głos mi się złamał
Gdy kilka dni później dzwonił telefon i zobaczyłam imię teściowej, serce podskoczyło mi do gardła. Odebrałam na głośnomówiącym, jak gdyby nic się nie stało.
– Wpadniecie w niedzielę? – zapytała pewnego wieczoru.
– Zobaczymy – odpowiedział mój mąż, zanim zdążyłam się odezwać.
Odłożyłam słuchawkę i spojrzałam na niego.
– Nie zapytałeś mnie – powiedziałam spokojnie.
– Myślałem, że to oczywiste – wzruszył ramionami.
Nie było. I nagle dotarło do mnie, że od lat robię wszystko „oczywiste”. Przyjeżdżam, pomagam, słucham uwag, uśmiecham się w odpowiednich momentach. Nigdy nie mówiłam wprost, co mnie boli, bo bałam się wyjść na trudną. W niedzielę i tak pojechaliśmy. Teściowa przywitała nas uprzejmie, aż nazbyt poprawnie. W salonie unosił się znajomy zapach. Spojrzałam na flakon.
– Używałaś perfum? – zapytałam, zanim zdążyłam się powstrzymać.
Popatrzyła na mnie z zaskoczeniem.
– A co, nie wolno mi?
– Po prostu… wtedy powiedziałaś… – zaczęłam, czując, jak głos mi się łamie.
Westchnęła i usiadła ciężko w fotelu.
– Ty wszystko bierzesz do siebie – stwierdziła. – Ja lubię mieć spokój. To chyba nie grzech.
Zapadła cisza. Tym razem jednak nie chciałam jej przykrywać.
– Może i nie – odpowiedziałam. – Ale było mi przykro. I chciałabym, żebyś to wiedziała.
Mąż spojrzał na mnie zaskoczony. Teściowa zmrużyła oczy, jakby oceniała, czy warto ciągnąć ten temat.
– No dobrze – powiedziała w końcu chłodno. – Przepraszam, jeśli tak to odebrałaś.
To nie były szczere przeprosiny. Jednak nie mogłam liczyć na nic więcej.
Serce biło mi jak szalone
Po tamtej niedzieli coś się zmieniło. Teściowa była wobec mnie poprawna, niemal uprzejma, ale w tej uprzejmości czułam dystans. Zaskakujące było to, że ten chłód nie bolał mnie tak bardzo, jak się spodziewałam. Bardziej uwierało coś innego.
– Jesteś jakaś inna – powiedział mąż któregoś wieczoru, gdy siedzieliśmy w kuchni. – Mniej się odzywasz.
– Może po prostu mniej udaję – odpowiedziałam, mieszając herbatę.
Popatrzył na mnie uważnie.
– O co ci chodzi?
Westchnęłam.
– O to, że nikt się nie pyta, czego ja potrzebuję.
Nie zaprzeczył. I to milczenie było odpowiedzią. Kilka dni później teściowa zadzwoniła.
– Pojedziesz ze mną na zakupy? Muszę coś załatwić – zapytała tonem, który nie znosił sprzeciwu.
Zawahałam się.
– Nie dam rady – powiedziałam w końcu. – Mam swoje sprawy.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
– Rozumiem – odparła chłodno i się rozłączyła.
Serce biło mi jak szalone. Spodziewałam się wyrzutów, telefonu od męża, napięcia. Nic takiego nie nastąpiło. Świat się nie zawalił. Teściowa po prostu musiała poradzić sobie sama. Wieczorem mąż odezwał się cicho:
– Mama była dziś jakaś rozdrażniona.
– A ja byłam spokojna – odpowiedziałam. – Po raz pierwszy od dawna.
Spojrzał na mnie tak, jakby dopiero teraz zauważył, że nie jestem tylko dodatkiem do rodzinnych spotkań, kimś, kto zawsze się dostosuje.
Zrozumiałam coś ważnego
Minęło kilka tygodni. Teściowa nie wspominała już o perfumach. Relacje się nie ociepliły, ale też nie uległy pogorszeniu. Stały się… prawdziwsze. Rzadziej dzwoniła, rzadziej zapraszała, a ja nauczyłam się nie odbierać tego, jak kary. Pewnego popołudnia spotkałyśmy się przypadkiem w sklepie. Stała przy półce z kosmetykami, w ręku trzymała znajomy flakon.
– Dobrze się noszą – rzuciła, nie patrząc na mnie.
– Cieszę się – odpowiedziałam po prostu.
Skinęła głową. Bez złośliwości, bez ironii. Tyle. Wracając do domu, zrozumiałam, że ten prezent wcale nie był o zapachu. Był o granicach, których wcześniej nie umiałam postawić. O zgodzie na to, że nie każdy musi mnie lubić, a ja nie muszę zasługiwać na akceptację kosztem siebie.
Marlena, 38 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Żona kręciła nosem na moją wypłatę i powtarzała, że nie stać mnie na jej szczęście. Co mi po takiej miłości?”
- „Narzeczony porzucił mnie tydzień przed ślubem, gdy oznajmiłam mu dobre wieści. Zostawił tylko kartkę z 3 zdaniami”
- „Mama mówi, że woli być biedna, niż korzystać z mojej kasy. A potem pożycza pieniądze od sąsiadki”

