„Kupiłam sobie bukiet z 7 róż na walentynki, bo na męża nie mogę liczyć. Obraził się, gdy odkrył co znaczy ta liczba”
„Przeliczył róże. – Wiesz w ogóle, co to znaczy? – Wiem – skinęłam głową. Jego twarz poczerwieniała. – Czyli co, sugerujesz coś? – głos mu zadrżał, ale nie było w nim smutku, raczej urażona duma. – Robisz ze mnie pośmiewisko?”.

Zawsze uważałam, że walentynki to dzień jak każdy inny, ale prawda była taka, że co roku liczyłam po cichu na drobny znak. Nie wielkie gesty, nie fajerwerki – wystarczyłby zwykły dowód, że jestem dla kogoś ważna. Gdy po pracy wyszłam z kwiaciarni z bukietem siedmiu róż, miałam wrażenie, że robię coś zakazanego, jakby troska o samą siebie była zdradą.
Śnieg topniał na chodniku, a ja ściskałam papier, w który owinięte były kwiaty, zastanawiając się, kiedy dokładnie przestałam oczekiwać czegokolwiek od Darka. Nasze mieszkanie było ciche jak na dwa dorosłe życia pod jednym dachem. W takich momentach zawsze wracało to samo pytanie: czy to ja wymagam za dużo, czy on daje stanowczo za mało? Bukiet był tylko pretekstem. Prawdziwy problem krył się dużo głębiej.
Znał symbolikę lepiej ode mnie
Darek zauważył bukiet dopiero wieczorem. Stał w przedpokoju, zdejmował buty powoli, jak zawsze, jakby każde jego działanie było łaską dla świata. Róże stały na stole, nie dało się ich nie zauważyć.
– To co to jest? – zapytał, nawet na mnie nie patrząc.
– Kwiaty – odpowiedziałam spokojnie. – Walentynki są.
Parsknął cicho i przeszedł do kuchni. Otworzył lodówkę, zamknął ją bez słowa, jakby jej zawartość go obraziła.
– Sama sobie kupiłaś? – rzucił w końcu.
– Tak.
Odwrócił się gwałtownie.
– To już nawet czekać nie potrafisz?
– Na co? – zapytałam, czując, jak coś we mnie zaczyna się napinać. – Na kolejny rok bez niczego?
Zmrużył oczy i podszedł bliżej stołu. Przeliczył róże, palcem, dokładnie.
– Siedem – powiedział wolno. – Wiesz w ogóle, co to znaczy?
– Wiem – skinęłam głową. – Dokładnie dlatego jest ich siedem.
Jego twarz poczerwieniała.
– Czyli co, sugerujesz coś? – głos mu zadrżał, ale nie było w nim smutku, raczej urażona duma. – Robisz ze mnie pośmiewisko?
– Niczego nie sugeruję – odpowiedziałam cicho. – Chciałam sobie przypomnieć, że jeszcze potrafię coś dla siebie zrobić.
– Zawsze tylko ty – warknął. – Twoje symbole, twoje dramaty.
– A twoje milczenie? – wyrwało mi się. – Twoja obojętność to nie jest dramat?
Zapadła cisza. Taka ciężka, że aż bolały mnie uszy. Darek odsunął krzesło i usiadł, skrzyżował ręce.
– Obraziłaś mnie – powiedział po chwili. – I nie udawaj, że nie wiesz jak bardzo.
Ja obraziłam jego? Patrzyłam na niego i nagle zrozumiałam, że te siedem róż powiedziało więcej niż wszystkie moje dotychczasowe próby rozmowy. Podobno siedem róż oznacza „Jestem w tobie zakochany”. W tym roku ja wybrała wyznanie to samej sobie.
Myślał, że tak mnie ukarze
Od tamtego wieczoru Darek praktycznie się do mnie nie odzywał. Jeśli już, były to krótkie, suche komunikaty, rzucane bez emocji, jakby mówił do sąsiada, a nie do żony. Cisza miała być karą. Znałam ją aż za dobrze, bo stosował ją zawsze, gdy coś wymykało mu się spod kontroli.
Rano krzątałam się po kuchni, parząc kawę tylko dla siebie. Darek siedział przy stole, wpatrzony w telefon. Po chwili zrobiłam też dla niego.
– Kawa jest – powiedziałam, bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby.
– Nie chcę – odburknął. – Nie po tym, co wczoraj odstawiłaś.
Usiadłam naprzeciwko niego. Znowu to samo.
– Możemy porozmawiać normalnie? – zapytałam. – To były tylko kwiaty.
Uniósł wzrok, wreszcie.
– Właśnie nie „tylko”. Wiesz dobrze, jak to wygląda. Siedem róż. Demonstracja.
– Demonstracja czego? – westchnęłam. – Tego, że czuję się niewidzialna?
– Zawsze musisz robić z siebie ofiarę – prychnął. – Niczego ci nie brakuje.
– Brakuje mi rozmowy. Czułości. Zainteresowania – wyliczałam, czując, jak głos zaczyna mi drżeć. – Kiedy ostatnio zapytałeś mnie, jak się czuję?
Zamilkł. To było jego ulubione zagranie. Milczenie zamiast odpowiedzi.
– Wiesz, co jest najgorsze? – mówiłam dalej. – Że nawet się nie zdziwiłam. Kupując te kwiaty, już wiedziałam, że to ja będę winna.
– Bo jesteś – powiedział chłodno. – Zawsze musisz coś udowadniać.
Wstałam od stołu i spojrzałam na bukiet stojący w wazonie. Siedem róż, żadna nie była winna temu, co działo się między nami. A jednak to one stały się symbolem czegoś, czego Darek nie chciał zobaczyć. Przemknęła mi przez głowę myśl, że może problem nie tkwi w kwiatach ani w liczbach, tylko w tym, że od dawna jesteśmy po dwóch różnych stronach tej samej ciszy.
Prawda wyszła przypadkiem
Po południu wyszłam z domu tylko po to, żeby złapać oddech. Spacer bez celu, zimne powietrze i myśli, które nie dawały się już dłużej uciszać. Gdy wróciłam, Darek siedział w salonie, wpatrzony w telewizor, choć dźwięk był wyłączony.
– Musimy przestać udawać – powiedziałam od progu.
Nie zareagował. Dopiero gdy stanęłam bliżej, westchnął ciężko.
– Znowu zaczynasz?
– Nie zaczynam. Ja próbuję skończyć – odpowiedziałam spokojniej, niż się spodziewałam po sobie. – Tę ciągłą walkę o twoją uwagę.
Spojrzał na mnie z irytacją.
– To ty robisz problem z niczego. Normalni ludzie nie analizują liczby kwiatów.
– Normalni ludzie rozmawiają – odparłam. – A my od miesięcy tylko mijamy się w korytarzu.
Zaśmiał się krótko, bez radości.
– Wiesz, czemu się obraziłem? – zapytał nagle. – Bo to wyglądało tak, jakbyś coś mi wypominała. Jakbym był niewystarczający.
Zamarłam.
– A nie przyszło ci do głowy, że może po prostu się tak czuję? – zapytałam. – Że od dawna jestem sama, tylko jeszcze nie oficjalnie?
Wstał gwałtownie.
– Przesadzasz.
– Może – skinęłam głową. – Ale to pierwszy raz od dawna, kiedy mówię to na głos.
Zapadła cisza, inna niż zwykle. Nie była karą. Była niepewnością. Darek odwrócił wzrok.
– Nie wiedziałem, że aż tak to przeżywasz – mruknął.
To zdanie zabolało najbardziej. Oznaczało, że nawet nie próbował wiedzieć. Wróciłam do kuchni. Bukiet stał tam nadal. Jedna róża lekko opadła, jakby straciła siły. Pomyślałam, że może niektóre rzeczy też opadają powoli, zanim w końcu ktoś zauważy, że nie da się ich już postawić prosto.
Nie chodziło już o kwiaty
Wieczorem Darek wszedł do kuchni ciszej niż zwykle. Zaskoczyło mnie to bardziej niż krzyk. Stałam przy blacie i obierałam jabłka, choć wcale nie byłam głodna.
– Sandra – odezwał się po chwili. – Myślałem o tym, co powiedziałaś.
Nie odwróciłam się od razu. Bałam się, że znów usłyszę półzdanie, które będzie miało mnie uciszyć, a nie zrozumieć.
– I co? – zapytałam ostrożnie.
Usiadł przy stole, dokładnie tam, gdzie rano odsunęłam krzesło.
– Może… może faktycznie przestałem zwracać uwagę – powiedział, jakby każde słowo ważyło tonę. – Ale to nie było celowe.
– Wiesz, co jest najtrudniejsze? – spojrzałam na niego w końcu. – Że ja już nie wiem, czy mi to wystarcza. Tłumaczenie, że „nie było celowe”.
Zacisnął dłonie.
– Nie chciałem, żebyś czuła się sama.
– A jednak się czuję – odpowiedziałam. – Od dawna. I te róże tylko mi to uświadomiły.
Wstał i podszedł do wazonu. Poprawił jedną z łodyg, nieporadnie.
– Głupie kwiaty – mruknął.
– Nie – zaprzeczyłam. – One nie są głupie. Głupie było udawanie, że wszystko jest w porządku.
Patrzyliśmy na siebie dłuższą chwilę. Bez oskarżeń. Bez ironii. Po raz pierwszy od dawna. Nie wiedziałam jeszcze, czy to coś zmieni. Jednak niezależnie od tego, co będzie dalej, przestałam się wstydzić tych siedmiu róż kupionych samej sobie.
Dobrze, że je kupiłam
Następnego dnia wstałam wcześniej niż zwykle. W mieszkaniu było cicho, ale nie była to już ta duszna cisza, która dusiła mnie od miesięcy. Darek spał. Patrzyłam na niego chwilę i zrozumiałam, że po raz pierwszy od dawna nie czuję ani złości, ani żalu. Tylko zmęczenie.
Zaparzyłam kawę i usiadłam przy stole obok wazonu. Róże powoli traciły świeżość, płatki lekko się odchylały, jakby same przyznawały, że ich rola dobiega końca. Nagle dotarło do mnie, że to nie był gest przeciwko Darkowi. To był gest w moją stronę.
Gdy wstał, nie było wielkich rozmów ani obietnic. Powiedział tylko:
– Musimy się zastanowić, co dalej.
– Tak – odpowiedziałam. – Musimy. Oboje.
To wystarczyło. Nie wiedziałam jeszcze, czy zostaniemy razem, czy każdy pójdzie w swoją stronę. Przynajmniej nie uciekam już przed prawdą. Te siedem róż nauczyło mnie jednego: jeśli sama nie uznam własnej wartości, nikt nie zrobi tego za mnie.
Sandra, 36 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Chciałam dostać perfumy na walentynki. W pudełku z prezentem znalazłam jednak drogą niespodziankę”
- „Marzę o wspólnych feriach, ale mój mąż zapadł w zimowy sen. Woli wylegiwać się w domu, niż spędzać czas z rodziną na stoku”
- „Narzeczony porzucił mnie tydzień przed ślubem, gdy oznajmiłam mu dobre wieści. Zostawił tylko kartkę z 3 zdaniami”

