Reklama

Nie wiem, kiedy to się stało. Kiedy przestałam rozumieć własne dziecko. Jeszcze kilka lat temu Natalia chichotała ze mną w kuchni, jadłyśmy razem naleśniki i śpiewałyśmy z radiem stare przeboje. Teraz? Teraz mijamy się jak współlokatorki. Ona w słuchawkach, ja z torbami po pracy. Czasem rzuci „hej” spod grzywki, czasem zamknie się w pokoju zanim zdążę cokolwiek powiedzieć. I wiem, wiem, każdy mówi, że „to wiek”, że „tak mają nastolatki”. Ale mnie to nie pociesza.

Mam czterdzieści lat. Pracuję w sklepie całe dnie, czasem nawet w soboty. Samotna matka — taki zawód i status społeczny w jednym. Ojciec Natalii odszedł, jak miała cztery lata. „To nie dla mnie” — rzucił, pakując walizki. I poszedł. Nigdy nie wrócił. Od tamtej pory jesteśmy tylko we dwie: moja córka i ja. Myślałam, że to wystarczy.

Zawsze starałam się dać jej to, czego sama nie miałam. Dzieciństwo miałam szare. Moja matka, zimna i zasadnicza, nie mówiła „kocham”. Raczej: „posprzątaj”, „naucz się”, „nie wygłupiaj się”. Dziś sama nie wiem, czy bardziej jej nie znosiłam, czy za nią tęskniłam. Nie chciałam być jednak taka dla Natalii. Więc jak tylko mogłam — dawałam. Oszczędzałam na wszystkim, byle ona miała. Porządne buty, liceum z angielskim, kurs rysunku czy komórkę na raty. A teraz nadchodziła studniówka — jej pierwsza prawdziwa impreza. Chciałam, żeby poczuła się wyjątkowa. Chociaż raz. Jak księżniczka. Jak inne dziewczyny z Instagrama.

Natalia jest piękna, choć tego nie widzi. Smukła, z ciemnymi oczami i włosami jak z reklamy. Ale coś w niej zgasło. Jakby nosiła w sobie cały smutek świata. Mówi mało. Odpowiada półsłówkami. Myślałam, że to tylko taka poza. Że przyjdzie ten dzień, że ją zobaczę uśmiechniętą, promienną, tańczącą w sukience, która będzie spełnieniem jej marzeń. Nie przewidziałam, że jej marzenia są całkiem inne.

Przecież wyglądała olśniewająco

Natalia nie chciała iść. Powiedziała, że to głupie. Że sobie poradzi. Ale ja już miałam plan — zarezerwowałam wolne w pracy, obiecałam sobie, że znajdziemy tę jedyną. Sukienkę. Taką, jakiej nie miała żadna inna dziewczyna. Weszłyśmy do butiku, gdzie manekiny wyglądały jak z innego świata, z innego życia. Sprzedawczyni uśmiechnęła się szeroko, oceniając nas wzrokiem, który znałam aż za dobrze. Widziałam, że dostrzega moje znoszone buty i jej wielkie oczy z rezygnacją w spojrzeniu.

— Pomóc paniom? — zapytała.

— Córka ma studniówkę — odpowiedziałam, nie czekając, aż Natalia się odezwie. — Szukamy czegoś wyjątkowego.

Krążyłyśmy między wieszakami, aż zobaczyłam ją — granatową suknię, z delikatnym połyskiem, z lejącego się materiału, z odkrytymi plecami, ale nie za bardzo. Klasa, szyk, a jednocześnie dziewczęca. Podałam ją Natalii. Nie chciała wziąć.

— Przymierz. Choćby dla mnie — powiedziałam niemal błagalnie. — Zobaczysz, będzie pięknie.

Bez słowa weszła do przymierzalni. Czekałam przed lustrem, próbując wyobrazić sobie ją w tej sukience. Wyszła po chwili. Stała jakby obok własnego ciała, ręce miała spuszczone wzdłuż boków, twarz pusta. Nie uśmiechnęła się, nie spojrzała w lustro. W końcu tylko rzuciła:

— To nie ja.

Przez moment naprawdę nie wiedziałam, co powiedzieć. Przecież wyglądała olśniewająco. Gdyby ktoś inny zobaczył ją w tej chwili, zaparłoby mu dech. Ale ona patrzyła na siebie, jakby widziała przebranie. Kogoś, kim nie chciała być.

— Kochanie, wyglądasz jak z okładki. Zobacz na siebie! — powiedziałam, próbując dodać jej otuchy.

— Nie chcę. Nie chcę tak wyglądać — odpowiedziała cicho i zniknęła z powrotem za kotarą. Po chwili wyszła z przymierzalni w swoich jeansach i starej bluzie.

Sprzedawczyni spojrzała na mnie, czekając na decyzję. Natalia stała przy wyjściu, gotowa wyjść bez słowa.

— Biorę ją — powiedziałam.

— Dobrze. To może w ratach? — zaproponowała kobieta, wbijając wzrok w mój portfel.

Pokiwałam głową. Nie patrzyłam na Natalię, nie chciałam widzieć jej miny. Wiedziałam, co myśli, ale byłam przekonana, że jeszcze zmieni zdanie. Że kiedy emocje opadną, przymierzy ją znowu i się zakocha. Wracałyśmy do domu w ciszy. Ona patrzyła przez okno autobusu, ja ściskałam torbę z sukienką jak relikwię. W głowie kłębiły mi się myśli: może nie umiem jej słuchać. Może... Ale czy ona mówi? Czy naprawdę mówi, co czuje?

Robiłam to dla niej

Próbowałam nie okazywać, że czekam, ale całą sobotę chodziłam napięta jak struna. Udawałam, że sprzątam, że gotuję coś specjalnego, ale wciąż zerkałam na drzwi jej pokoju. W końcu usłyszałam szelest. Wyszła. Miała na sobie czarną sukienkę, tę starą, którą kupiłyśmy jeszcze dwa lata temu w lumpeksie za trzydzieści złotych. Nawet jej nie wyprasowała. Włosy związała w niedbały kucyk, bez makijażu. Jakby szła na pogrzeb, nie na bal.

— Gdzie masz sukienkę? — zapytałam, choć dobrze wiedziałam, co usłyszę.

— Założyłam tę. Czuję się w niej lepiej.

— Lepszą masz w szafie. Lepszą i nową. Po co ją kupowałam, skoro teraz sięgasz po jakieś stare łachy?

— To nie łachy — powiedziała spokojnie. — Po prostu... czuję się w niej sobą.

— W tamtej wyglądałaś jak księżniczka.

— Ale nie jestem księżniczką. Nie chcę być.

Westchnęłam i oparłam się o framugę. Nie rozumiałam. Robiłam to dla niej. Przecież chciałam, żeby czuła się wyjątkowa. Miała coś, czego ja nigdy nie miałam. Jedną noc, w której może być kimkolwiek zechce. A ona... rezygnowała.

— Natalia, nie chodzi o to, w czym ci wygodnie. To bal, studniówka, masz wyglądać... pięknie, inaczej.

— Ja nie chcę wyglądać inaczej. Nie rozumiesz mnie.

— A ty mnie? — wypaliłam, szybciej, niż zamierzałam. — Ty wiesz, ile mnie kosztowała ta sukienka? Ile wieczorów siedzę nad kalkulatorem, żeby jakoś to wszystko spiąć?

— Nikt cię nie prosił.

Poczułam, jakby mnie uderzyła. Odwróciła się, wzięła torebkę i wyszła. Nawet nie obejrzała się za siebie. A ja stałam w kuchni, oparta o szafkę, nie wiedząc, co dalej. Czułam, że coś się kończy, ale nie wiedziałam, co. Ani jak to zatrzymać.

Rozłączyłam się

Nie potrafiłam się skupić. Zmywałam naczynia, po raz trzeci przecierałam blat, wyciągałam pranie, chociaż nie było jeszcze suche. Wszystko, byle nie usiąść i nie myśleć. O niej. O tym, że jest teraz tam, wśród świateł, śmiechu, muzyki i nawet nie miała ochoty zrobić sobie zdjęcia przede mną. Żadnego „pokaż, mamo, jak wyglądam”. Jakby to nie była ważna chwila. Jakby mnie już w niej nie było.

W końcu usiadłam przy komputerze. Mail z banku — przypomnienie o racie. Pierwsza z sześciu. Kliknęłam, zapłaciłam, zamknęłam. Rata za sukienkę, której nie założyła. Za marzenie, które miało być wspólne, a najwyraźniej było tylko moje. Zalogowałam się na jej profil. Otworzyłam zdjęcia. Czarna sukienka. Cień filtra, rozmazane tło, sztuczny blask. Uśmiech. Ten sam, który znałam. Niby uśmiechnięta, ale oczy... puste. Serce mi zjechało do żołądka.

Zadzwoniłam do Danuty.

— No i jak było? — zapytała od razu. — Rozkwitła ci ta twoja panienka?

W starej sukience poszła — odpowiedziałam. — W tej czarnej. Nowej nawet nie dotknęła.

— I co, kłótnia była?

— Była. Ale już wyszła. Zostawiła mnie z tą swoją… niezależnością i moją ratą.

Po drugiej stronie słyszałam milczenie, potem westchnięcie.

— Sylwia, a może ty próbujesz z niej zrobić siebie?

— Przestań.

— Serio mówię. Ty w jej wieku też chciałaś być inna. A twoja matka?

Zacisnęłam dłoń na myszy.

— To nie to samo.

— A może właśnie dokładnie to.

Nie odpowiedziałam. Rozłączyłam się. Wróciłam do zdjęcia. Pod nim komentarze: „sztos”, „piękna”, „w końcu się pokazałaś”, „ta sukienka to ty!”. I wtedy zrozumiałam. Ona nie chciała być jak inne dziewczyny. Nigdy nie chciała.

Otarła łzę rękawem bluzy

Obudziłam się wcześniej niż zwykle. Słońce dopiero zaczynało wdzierać się przez firankę. Kuchnia była cicha, lodówka mruczała jednostajnie, jakby nic się nie wydarzyło. Jakby wczoraj nie wybuchło między nami nic, co zostawia ślad. Zaparzyłam kawę, nalałam mleka, postawiłam dwa kubki. Usiadłam. Czekałam. Weszła cicho, boso. Włosy miała związane niedbale, w jednej ręce trzymała telefon, w drugiej suchą bułkę. Jakby to był zwykły poranek.

— Kawa jest — powiedziałam.

— Dzięki — rzuciła i usiadła naprzeciwko.

Przez chwilę milczałyśmy. Siorbanie. Jedno, drugie. Potem odłożyła telefon i spojrzała mi w oczy.

— Wiem, że jesteś zła — powiedziała.

— Nie jestem zła — odpowiedziałam. — Tylko nie wiem, kiedy przestałyśmy się rozumieć.

Westchnęła.

— Mamo… ja się nie czuję dobrze w tej sukience. To nie chodzi o ciebie. Ani o to, że ją kupiłaś. Chodzi o to, że kiedy ją założyłam, poczułam się… jak ktoś inny. Jak dziewczyna, którą powinnam być. Ale nią nie jestem.

Patrzyłam na nią i w końcu pierwszy raz od dawna zobaczyłam nie dziecko, nie obraz, który zbudowałam sobie w głowie, tylko ją. Zwyczajną, zmęczoną, trochę przestraszoną.

— Chciałam ci dać coś pięknego — powiedziałam po chwili. — Ale chyba nie zapytałam, co to dla ciebie znaczy.

Pokiwała głową. Otarła łzę rękawem bluzy.

— Cały czas mam wrażenie, że widzisz mnie taką, jaką chciałabyś być. A nie taką, jaka jestem. A ja nie potrafię być jak Marta. Nie chcę być jak ty.

Zamknęłam oczy. Poczułam, jak pieką mnie łopatki. Jakbym niosła ciężar, którego nikt mi nie dał, a ja go wzięłam na siłę. Natalia wstała, podeszła, objęła mnie ramieniem. Nie mocno. Ostrożnie. Jakby też nie wiedziała, czy może.

— Mamo. Dziękuję, że chciałaś dobrze. Ale może spróbujmy teraz… razem?

Nie obraziłam się

Tydzień później wzięłam dzień wolny. Weszłam do pokoju Natalii, otworzyłam szafę i wyciągnęłam sukienkę. Nadal była piękna, materiał miękki, błyszczący, z metką przy dekolcie. Powiesiłam ją na wieszaku i spojrzałam ostatni raz, zanim zapakowałam do pokrowca. W komis przyjęli ją bez słowa, choć spojrzenie kobiety za ladą powiedziało więcej niż jakiekolwiek pytanie.

— W idealnym stanie — oceniła.

Zostawiłam ją tam z uczuciem, jakbym wypuszczała z rąk coś, co miało być pomostem, a stało się przeszkodą. Otrzymałam połowę tego, co zapłaciłam. Przynajmniej tyle. Wróciłam do domu. Usiadłyśmy wieczorem z Danutą na balkonie, obie z kubkami herbaty, w szlafrokach, jakbyśmy miały po siedemdziesiąt lat.

— I co? — zapytała. — Ulżyło?

— Trochę — odpowiedziałam. — Ale czuję się, jakbym miała nauczyć się nowego języka. I nie jestem pewna, czy jeszcze potrafię.

Danuta westchnęła.

— Wychowanie to nie język. To bardziej... słuch. Trzeba usłyszeć, co ktoś mówi, nawet jak milczy.

— No to jestem głucha jak pień — mruknęłam.

— Nie jesteś. W końcu oddałaś sukienkę.

Wypiłyśmy w ciszy. Patrzyłam na bloki, zapalone okna, światła zza firanek. W ilu z tych domów też trwały takie same rozmowy? Te same walki o zrozumienie, o obecność? Nazajutrz zapytałam Natalię, czy nie chce ze mną jechać do biblioteki. Odpowiedziała, że ma sporo nauki. Nie naciskałam. Nie obraziłam się. Po prostu powiedziałam: jakbyś chciała, to daj znać. I zostawiłam drzwi uchylone.

Sylwia, 40 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama