Reklama

Miałem trzydzieści lat i nadal mieszkałem z rodzicami. Dla wielu to byłby życiowy dramat, dla mnie – codzienny luksus. W lodówce zawsze czekał obiad, nie martwiłem się rachunkami, a rano budził mnie zapach świeżo zaparzonej kawy. Kumple z pracy nabijali się ze mnie, że jestem dużym chłopcem w krótkich spodenkach, ale ich kpiny odbijały się ode mnie jak groch od ściany.Nie wiedzieli jednego – ja naprawdę lubiłem swoje życie. I nie planowałem nic zmieniać. Nawet nie dlatego, że mi się nie chciało, tylko po prostu... po co? Wszystko miałem pod nosem.

Śmiechy na przerwie

– Ej, ty, królu maminych kotletów, co dziś na obiad? – zapytał Łuki, siadając obok mnie w firmowej kuchni.

– Zupa pomidorowa i kotlety mielone – odpowiedziałem bez cienia ironii.

– Serio?! – zarechotał Krzychu. – Moja stara nawet nie wie, gdzie teraz mieszkam, a twoja ci robi obiad dwudaniowy?

– I jeszcze kompot – dodałem z uśmiechem, mieszając herbatę.

– Stary, weź ty się ogarnij. Trzy dychy na karku, a ty dalej w dziecięcym pokoiku? Jak ty chcesz kogoś poderwać?

Wzruszyłem ramionami. Gadali to samo co zawsze. Niby żartem, niby bez złych intencji, ale czułem, jak między ich słowami przemyka ocena. Taka ledwie wyczuwalna pogarda.

– Może ja po prostu nie potrzebuję udowadniać światu, że jestem dorosły przez wynajem kawalerki za trzy tysiące.

– Albo po prostu boisz się wyjść z gniazda – rzucił Łuki i stuknął mnie łokciem. – Spoko, każdy ma swoje tempo. Tylko nie przegap życia.

Zamilkłem. Niby nic nowego, ale tym razem coś mnie ukłuło.

Nie narzekam na codzienność

Po pracy wracałem autobusem. Słuchawki w uszach, głowa oparta o szybę, znajomy krajobraz za oknem. Wiedziałem, że mama będzie już w kuchni, coś będzie się gotować, ojciec pewnie rozwiązywał krzyżówki. Mój pokój wyglądał prawie tak samo jak w liceum – trochę więcej kurzu, więcej kabli od sprzętu, ale biurko i plakat nad łóżkiem były te same.

– Jesteś, Krystian! Obiad zaraz będzie – zawołała mama, zanim zdjąłem buty.

– Dzięki, mamo.

Usiadłem przy stole. Mama krzątała się w fartuchu, a ja przeglądałem telefon. Czasem czułem się trochę jak dziecko na koloniach. Ktoś wszystko ogarniał za mnie. Płacenie rachunków? Nie moja sprawa. Zakupy? Mama zawsze wiedziała, co lubię. Czasem tylko wieczorem, gdy wszyscy już spali, nachodziła mnie refleksja – czy coś mi nie umyka?

Kiedy opowiadałem kumplom o weekendach spędzonych w domu, parskali śmiechem. Oni biegali z dzieciakami po marketach, remontowali łazienki, awanturowali się z żonami o wydatki. Ja siedziałem w kapciach, grałem w Fifę i miałem podane pod nos. Czy to naprawdę takie złe?

– Nie masz ochoty się wyprowadzić? – zapytał kiedyś mój kuzyn. – Tak... dla siebie?

Wzruszyłem ramionami. Nie czułem potrzeby. Jeszcze nie.

Pewna kolacja u Matiego

Mati zaprosił nas do siebie na kolację. Świętował awans i zakup mieszkania. Dwupokojowe, nowe budownictwo, wszystko jeszcze pachniało farbą i meblami z IKEI. Zebrała się cała ekipa: Łuki, Krzychu, ja i dwóch chłopaków z innego działu.

– No i co, jak wam się podoba moje królestwo? – zapytał Mati, rozlewając wino do kieliszków.

– Sztos – przyznał Krzychu. – Sypialnia robi wrażenie. I ta kuchnia! Mógłbym tu mieszkać.

– Nie musisz, masz przecież swoje mieszkanie – przypomniał Mati i wszyscy wybuchli śmiechem, zerkając na mnie.

Uśmiechnąłem się, chociaż nie było mi do śmiechu. Czułem, że jestem „tym jednym”, trochę jak piąte koło u wozu. Mieszkanie Matiego było ładne, uporządkowane, wszystko miało swoje miejsce. Nawet zapach był inny – nie rodzinny, tylko taki... dorosły.

– A ty, Krystian, kiedy zaprosisz nas do siebie? – rzucił ktoś z końca stołu.

– Jak mama pozwoli – odpowiedział Łuki, a wszyscy znowu ryknęli śmiechem.

Pociągnąłem łyk wina. Już nie było tak zabawnie. W tamtym momencie pierwszy raz pomyślałem, że może coś faktycznie ze mną jest nie tak. Może naprawdę się zatrzymałem. Choć przecież jeszcze rano byłem pewien, że wszystko jest w porządku.

Może mają rację?

Następnego dnia wszystko niby wróciło do normy. Mama jak zwykle przygotowała śniadanie, ojciec czytał gazetę przy stole, a ja pakowałem się do pracy. Tylko że tym razem coś zgrzytało. Nagle zauważyłem, że nawet sposób, w jaki mama poprawiała mi kołnierzyk, zaczął mnie drażnić. Jakbym był znowu dzieciakiem, który nie potrafi sam wyjść z domu.

W pracy starałem się nie myśleć o kolacji u Matiego, ale słowa Łukiego ciągle dźwięczały mi w głowie. „Jak mama pozwoli...” Niby śmieszne, ale jednak coś we mnie zostawiły. A może nie w słowach był problem, tylko w tym, że sam zaczynałem w nie wierzyć? Po południu poszedłem z ojcem do piwnicy po słoiki. Schodziliśmy znajomymi schodami, mijaliśmy sąsiadów, których znaliśmy całe życie. I wtedy nagle, znikąd, poczułem, jakby wszystko się powtarzało. Jakby każdy mój dzień był kopią poprzedniego. Bez marginesu na coś innego.

– Coś się stało? – zapytał ojciec, kiedy zatrzymałem się na półpiętrze.

– Nie… wszystko w porządku – mruknąłem i ruszyłem dalej.

Ale nie było. Zdałem sobie sprawę, że może nie wszystko jest takie kolorowe, jak mi się wydawało. I że nie wiem, czy to „wieczne wakacje”, czy raczej klatka, z której nie umiem wyjść.

Koniec życia w bańce

Zaczęło się niewinnie. Przestałem cieszyć się tymi drobiazgami, które wcześniej uważałem za błogosławieństwo – ciepłym obiadem, poskładanym praniem, ciszą w pokoju. Kiedyś to był mój azyl, teraz zaczęło mnie dusić. Mama wciąż traktowała mnie jak chłopca, ojciec jak pomocnika do drobnych napraw. A ja czułem, że stoję w miejscu, podczas gdy wszyscy wokół idą do przodu.

Któregoś wieczoru usiadłem sam w kuchni. W domu było cicho, rodzice już spali. Przeglądałem oferty wynajmu mieszkań. Z ciekawości, tak sobie. I nagle złapałem się na tym, że zacząłem liczyć – ile jestem w stanie odłożyć miesięcznie, na co mógłbym sobie pozwolić. Jeszcze tydzień temu śmiałbym się z takiego pomysłu.

– Co robisz? – mama weszła cicho do kuchni.

– Nic ważnego – zamknąłem laptopa.

Spojrzała na mnie uważnie. Miała ten wzrok, jak wtedy, gdy byłem chory i próbowałem to ukryć.

– Wszystko dobrze?

– Chyba tak… po prostu... chyba zaczynam potrzebować trochę przestrzeni.

Nie odpowiedziała. Wróciła do sypialni, ale wiedziałem, że usłyszała więcej, niż powiedziałem. Tamtej nocy nie mogłem zasnąć. Coś się zmieniło. Coś pękło. I już wiedziałem, że nic nie wróci do dawnego rytmu.

Obciach nie jest straszny

Miesiąc później wynająłem kawalerkę. Małą, z balkonem wychodzącym na ruchliwą ulicę. Cicho nie było, ale po swojemu. Sam kupiłem pościel, sam wkręciłem żarówki. Pierwszego dnia patrzyłem na puste ściany i czułem coś dziwnego – strach pomieszany z ekscytacją. Wieczorem zadzwoniła mama, zapytała, czy jadłem. Uśmiechnąłem się, siedząc z kubkiem zupki chińskiej.

– Tak, mamo. Wszystko w porządku – powiedziałem.

Nie było perfekcyjnie. Samodzielność okazała się droższa, niż sądziłem – finansowo i emocjonalnie. Bywały dni, gdy tęskniłem za domowym obiadem i spokojem wieczorów w salonie. Ale były też momenty, kiedy czułem się lekko. Jakby ktoś zdjął ze mnie niewidzialny ciężar.

Kumple przestali się śmiać. Może dlatego, że nie musieli już. A może dlatego, że sam przestałem się tym przejmować. Zrozumiałem, że to nie miejsce zamieszkania definiuje dorosłość. Tylko decyzje, które podejmujemy – nawet jeśli są trudne i wymagają wyrwania się z ciepłego kokonu.

Czasem jeszcze wracam do rodziców na obiad. Siadam przy stole, mama kładzie talerz, ojciec komentuje pogodę. I wtedy wiem, że dobrze zrobiłem. Nie uciekłem. Po prostu dojrzałem.

Krystian, 30 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama