„Ktoś regularnie podbierał mi kasę z portfela. Prawda wyszła na jaw przy niedzielnym obiedzie”
„Przekładała rzeczy, zaglądała do szuflad, robiła listy zakupów, nawet wtedy, gdy nikt jej o to nie prosił. Zauważyłem, że kiedy wychodziła do sklepu, nie brała swojej torebki. Za to zawsze wiedziała, gdzie leży mój portfel”.

Codzienność układała mi się w powtarzalny rytm: praca, szybkie zakupy po drodze, kolacja w domu. Znałem swoje wydatki niemal na pamięć, dlatego zaskakiwało mnie uczucie pustki, gdy sięgałem do portfela. Brakowało kilku złotych, czasem kilkunastu. Niby nic wielkiego, a jednak wracało regularnie. Wmawiałem sobie roztargnienie, choć gdzieś pod skórą narastał niepokój. Zwłaszcza że w naszym domu rzadko bywało naprawdę cicho i pusto.
Brakowało trochę kasy
Pierwszy raz zorientowałem się w poniedziałek rano, tuż przed wyjściem do pracy. Stałem w przedpokoju, nerwowo przeszukując kieszenie kurtki, bo brakowało mi na bilet.
– Przecież wczoraj było tu więcej… – mruknąłem pod nosem, wysypując zawartość portfela na półkę.
Monety potoczyły się po drewnie. Potem drugi. Kwota się nie zmieniła. Brakowało kilku złotych. Niewiele, ale wystarczająco, żebym poczuł ukłucie irytacji.
Wieczorem wróciłem do tego myślami. Usiadłem przy stole z paragonami, które zwykle wrzucałem do szuflady.
– Karolina, pamiętasz, ile wczoraj wydałem w sklepie? – zapytałem, nie podnosząc wzroku.
– A skąd mam wiedzieć? – odpowiedziała spokojnie. – Znowu coś liczysz?
– Bo ciągle mi się nie zgadza. Mam wrażenie, że gubię pieniądze.
Westchnęła i oparła się o blat kuchenny.
– Tomek, to są drobne. Każdemu się zdarza. Może coś źle policzyłeś, może wydałeś więcej.
– Sprawdzałem paragony.
– No i? – uniosła brwi. – Serio będziesz się tak nakręcał przez kilka złotych?
Nie wydawało mi się
Zamilkłem. Nie chciałem robić z tego problemu, zwłaszcza że sam nie byłem pewien, czy nie przesadzam. A jednak przez kolejne dni sytuacja się powtarzała. Zostawiałem portfel w tym samym miejscu, a potem znów czegoś brakowało. Raz dziesięciu złotych, innym razem kilku monet.
Pewnego wieczoru powiedziałem to głośniej, z wyraźnym napięciem w głosie.
– To nie jest jednorazowe. To się dzieje cały czas.
Karolina spojrzała na mnie z mieszanką zniecierpliwienia i zmęczenia.
– I co sugerujesz? Że ktoś ci je zabiera? – zapytała ostrzej, niż się spodziewałem.
– Nic nie sugeruję. Po prostu mówię, że coś jest nie tak.
– W naszym domu? – dodała. – Tomek, proszę cię.
Poczułem się, jakbym oskarżał. Jakbym był tym, który szuka problemu tam, gdzie go nie ma. A jednak, gdy później wieczorem znów przeliczałem zawartość portfela, wiedziałem jedno: to nie było tylko moje roztargnienie.
Pokłóciłem się z żoną
Z czasem przestałem liczyć pieniądze przy Karolinie. Robiłem to po cichu, wieczorami, gdy już spała albo była w łazience. Paradoksalnie to milczenie tylko pogarszało sprawę, bo napięcie i tak wisiało między nami. Każda drobnostka potrafiła wywołać spięcie.
– Czemu jesteś taki nerwowy? – zapytała któregoś dnia, gdy odłożyłem zbyt głośno kubek na stół.
– Nie jestem nerwowy – odpowiedziałem automatycznie.
– Jesteś. Od tygodni chodzisz spięty.
Nie wytrzymałem.
– Bo czuję się jak idiota. Własne pieniądze mi znikają, a ja mam udawać, że to nic.
– Znowu to samo – westchnęła. – Mówiłam ci, że przesadzasz.
– A ja mówię, że nie.
Zapadła cisza. Krótka, ciężka, taka, po której wiadomo, że zaraz padnie coś, czego nie da się cofnąć.
– Może po prostu źle zarządzasz pieniędzmi – rzuciła. – Albo wydajesz więcej, niż pamiętasz.
– Czy ty w ogóle mnie słyszysz? – zapytałem. – Ja naprawdę sprawdzam wszystko.
– A ja naprawdę nie chcę słuchać ciągłych podejrzeń – odpowiedziała już podniesionym głosem. – To brzmi, jakbyś kogoś obwiniał.
– Kogo? – prychnąłem. – Powiedz, kogo?
Nie odpowiedziała od razu, ale jej spojrzenie było aż nadto wymowne.
– Moja mama często tu bywa – powiedziała w końcu chłodno. – Jeśli zmierzasz w tę stronę, to uprzedzam, że to nie fair.
– Ja nic nie powiedziałem o twojej mamie.
– Ale myślisz – odparła bez wahania. – Znam cię.
To zabolało najbardziej. Nie to, że broniła matki, tylko że przypisała mi intencje, których sam jeszcze się bałem. Od tamtej pory każda rozmowa o pieniądzach kończyła się podobnie. Ja czułem się zbywany, ona – atakowana.
Pewnego wieczoru pokłóciliśmy się zupełnie o nic. O to, że zapomniałem kupić pieczywo. W połowie zdania Karolina nagle rzuciła:
– Gdybyś tyle energii wkładał w coś sensownego, co w liczenie drobnych, byłoby nam łatwiej.
Zamilkłem. Nie dlatego, że nie miałem odpowiedzi, tylko dlatego, że dotarło do mnie, jak bardzo stoimy po przeciwnych stronach. Ja chciałem zrozumieć, co się dzieje. Ona chciała spokoju, nawet jeśli oznaczał on zamiatanie sprawy pod dywan. Tej nocy długo nie mogłem zasnąć. Leżałem, patrząc w sufit, z myślą, że pieniądze stały się tylko pretekstem. Prawdziwa awantura toczyła się o zaufanie.
Miałam swoje podejrzenia
Teściowa Irena była w naszym domu niemal codziennie. Miała własne klucze, które Karolina dała jej dawno temu, jeszcze zanim się wprowadziliśmy. Wtedy wydawało mi się to naturalne. Teraz coraz częściej łapałem się na myśli, że granica między „u nas” a „u niej” dawno się zatarła.
– Zrobiłam wam porządek w szafce z przyprawami – oznajmiła pewnego popołudnia z dumą.
– Nie trzeba było – odpowiedziałem, starając się, by mój głos brzmiał neutralnie.
Uśmiechnęła się tylko i machnęła ręką.
– Oj tam, przecież pomagam.
Pomagała często. Przekładała rzeczy, zaglądała do szuflad, robiła listy zakupów, nawet wtedy, gdy nikt jej o to nie prosił. Zauważyłem, że kiedy wychodziła do sklepu, nie brała swojej torebki. Za to zawsze wiedziała, gdzie leży mój portfel. Tłumaczyłem sobie, że to przypadek. Że przesadzam.
Pewnego dnia wróciłem wcześniej z pracy. W przedpokoju usłyszałem szelest papieru. Zatrzymałem się. Z kuchni dobiegał głos Ireny.
– Karolinko, wzięłam trochę drobnych, bo mi brakowało, a promocja była. Oddam następnym razem – mówiła swobodnie.
Zamarłem. Karolina coś odpowiedziała, ale nie dosłyszałem słów. Stałem jak wryty, czując, jak serce zaczyna mi bić szybciej. Chciałem wejść, zapytać wprost, ale zabrakło mi odwagi. Wszedłem dopiero chwilę później, udając, że nic nie słyszałem.
– O, Tomek już jesteś – ucieszyła się Irena. – Zrobiłam zakupy, żebyście nie musieli.
Uśmiechnąłem się blado. W głowie kłębiły mi się myśli. „Wzięłam trochę drobnych”. To zdanie nie chciało zniknąć. Zamiast ulgi poczułem ciężar. Bo jeśli to prawda, to znaczyło, że problem istnieje. A jeśli problem istnieje, to ktoś musi go nazwać.
Wieczorem zapytałem Karolinę wprost.
– Twoja mama… ona czasem bierze pieniądze z mojego portfela?
Zamarła.
– Skąd ci to przyszło do głowy?
– Słyszałem waszą rozmowę.
Przez chwilę milczała, a potem powiedziała cicho:
– To tylko na zakupy. Oddaje. Przecież to rodzina.
Rodzina. To słowo zabrzmiało jak usprawiedliwienie wszystkiego. A ja zrozumiałem, że intuicja, przed którą tak długo uciekałem, nie była bezpodstawna. Wiedziałem też, że jeśli nic z tym nie zrobię, następnym razem nie znikną tylko drobne, ale coś znacznie ważniejszego.
Wydało się przy obiedzie
Niedzielny obiad u nas zawsze wyglądał tak samo. Stół nakryty starannie, Irena krzątająca się po kuchni, jakby to był jej dom, Karolina nerwowo poprawiająca serwetki. Tym razem czułem jednak, że pod tą znajomą scenografią coś pulsuje, czeka na moment, by wybuchnąć.
Paweł przyszedł chwilę po nas. Przywitał się krótko, rzucił kurtkę na krzesło i od razu wyczuł napięcie.
– Coś tu gęste powietrze – rzucił półżartem. – Okno zamknęliście?
Nikt się nie zaśmiał. Usiedliśmy do stołu. Przez pierwsze minuty rozmowa krążyła wokół zupełnie bezpiecznych tematów. Praca, pogoda, plany na przyszły tydzień. Teściowa mówiła najwięcej, zadowolona z siebie, z obiadu, z tego, że znowu wszystko ogarnęła. W pewnym momencie odłożyłem sztućce.
– Chciałbym o czymś porozmawiać – powiedziałem spokojnie, choć serce waliło mi jak oszalałe.
Karolina zesztywniała. Paweł spojrzał na mnie uważnie. Irena uniosła brwi.
– O czym, Tomku? – zapytała słodko.
– O pieniądzach, które znikają z mojego portfela.
Zapadła cisza. Taka, w której słychać tykanie zegara.
– Znowu to… – zaczęła Karolina, ale Paweł uniósł rękę.
– Niech mówi – powiedział krótko.
Spojrzałem na Irenę.
– Słyszałem, jak mówiłaś, że bierzesz drobne na zakupy. Chcę wiedzieć, dlaczego robisz to bez pytania.
Irena parsknęła cicho.
– Bo to tylko drobne – odpowiedziała, jakby to wszystko było oczywiste. – Zawsze oddaję. Przecież nie kradnę.
– Ale nie pytasz – powiedziałem. – To są moje pieniądze.
– Oj, Tomek… – machnęła ręką. – W rodzinie się nie liczy każdej złotówki. Myślałam, że jesteś bardziej wyluzowany.
Karolina spuściła wzrok. Paweł pokręcił głową.
– Mamo, to nie jest w porządku – odezwał się po raz pierwszy. – Nawet jeśli to niewielkie kwoty.
Irena spojrzała na niego z oburzeniem.
– Ty też przeciwko mnie?
– Nie przeciwko – odpowiedział spokojnie. – Za zasadami.
– Jakimi zasadami? – uniosła głos. – Ja im pomagam! Robię zakupy, gotuję, sprzątam!
– Nikt cię do tego nie zmusza – powiedziałem ciszej. – A pomoc nie daje prawa do sięgania po cudze rzeczy.
Irena zaczerwieniła się.
– To przez ciebie w tym domu robi się nieprzyjemnie – rzuciła. – Karolina, powiedz mu coś.
Karolina długo milczała. W końcu podniosła głowę.
– Mamo… trzeba było zapytać.
Te słowa zawisły w powietrzu cięższe niż wszystkie wcześniejsze oskarżenia. Irena odsunęła talerz.
– Dobrze – powiedziała chłodno. – Skoro tak to widzicie.
Każdy jadł w milczeniu, jakby to, co najważniejsze, już się wydarzyło.
Teściowa się obraziła
Po obiedzie nikt nie zaproponował deseru. Irena zaczęła zbierać talerze szybciej niż zwykle, z wyraźnym, nerwowym ruchem rąk. Paweł wstał pierwszy.
– Ja już będę się zbierał – powiedział, zakładając kurtkę. – Dzwoń, jakbyś chciała pogadać.
Spojrzał na Karolinę znacząco, potem na mnie. W jego spojrzeniu było więcej zrozumienia, niż się spodziewałem. Gdy drzwi za nim się zamknęły, w mieszkaniu zapadła cisza. Irena jeszcze chwilę krzątała się w kuchni, po czym bez słowa wyszła, trzaskając drzwiami wejściowymi. Zostaliśmy sami. Usiadłem ciężko na krześle. Czułem ulgę, ale była gorzka. Jakby ktoś wreszcie zdjął mi z ramion ciężar, a jednocześnie zostawił po nim bolesne odciski.
– Przepraszam – odezwała się Karolina po dłuższej chwili. – Nie powinnam była cię tak zbywać.
– Chodziło tylko o to, żeby ktoś mnie wysłuchał – odpowiedziałem cicho.
Usiadła naprzeciwko mnie, splatając dłonie.
– Zawsze tłumaczyłam mamę – powiedziała. – Bo tak było łatwiej. Nie chciałam konfliktu.
– A ja nie chciałem być podejrzliwy – westchnąłem. – Ale czułem, że coś jest nie tak.
Przez następne dni teściowa się nie odzywała. Nie przychodziła, nie dzwoniła. W domu zrobiło się dziwnie spokojnie, aż nazbyt. Każdy dźwięk kluczy na klatce schodowej sprawiał, że Karolina drgała nerwowo.
– Myślisz, że przesadziłem? – zapytałem ją któregoś wieczoru.
Pokręciła głową.
– Nie. Po prostu… pierwszy raz zobaczyłam mamę z innej strony.
Relacje nie wróciły od razu do normy. Może nawet do dziś nią nie są. Ale między mną a Karoliną pojawiło się coś nowego: ostrożna szczerość. Zrozumieliśmy, że brak reakcji potrafi zranić równie mocno jak znikające pieniądze.
Nasze relacje się zmieniły
Irena zaczęła dzwonić rzadziej. Kiedy już przychodziła, była wyraźnie bardziej powściągliwa, jakby nagle odkryła, że ten dom jednak nie należy do niej. Nie rozmawialiśmy o tamtym obiedzie wprost. Każde z nas nosiło go w sobie inaczej, ostrożnie, bez chęci rozdrapywania ran. Uprzejmość zastąpiła dawną swobodę.
Najtrudniej było Karolinie. Widząc ją, wiedziałem, że coś w niej pękło – obraz matki, który nosiła od lat, przestał być oczywisty. Czasem wieczorami siedziała w ciszy, wpatrzona w jeden punkt.
– Dobrze, że to powiedziałeś – przyznała któregoś dnia. – Gdybyś tego nie zrobił, pewnie dalej bym udawała, że nic się nie dzieje.
Dziś, gdy sięgam do portfela, liczę pieniądze bez lęku. Ale ważniejsze jest to, że nauczyliśmy się liczyć także z sobą nawzajem. Bo czasem to, co wydaje się niewielkie, potrafi obnażyć największe pęknięcia w rodzinie – i zmusić do tego, by wreszcie spojrzeć im w oczy.
Tomasz, 35 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Odkładaliśmy kasę na remont, a mąż wydał wszystko na zimowe ferie all inclusive. Odpadający tynk musi poczekać”
- „Po ślubie mąż rzucił pracę i zaczął gnić na kanapie. Zrozumiałam wtedy, że każdy książę z bajki ma pod skórą nieroba”
- „Całe życie wstydziłam się, że matka sprząta u obcych ludzi. Dziś jest już za późno nawet na zwykłe »przepraszam«”

