„Korepetycje wymknęły mi się spod kontroli. Miałem pomóc uczennicy, a nie zostawać po lekcjach z jej matką”
„Od tego momentu nasze spotkania wyglądały inaczej. Złapałem się na tym, że zaczynam czekać na te lekcje. Gdy przychodziła spóźniona, czułem napięcie. Gdy była punktualnie – ulgę. Tłumaczyłem sobie: to tylko korepetycje, a nie spotkania z matką uczennicy. Tak powinno być. Ale powoli zaczynałem wątpić, czy potrafię oddzielić jedno od drugiego”.

- Redakcja
Nie wiem, czy to samotność mnie tak ukształtowała, czy po prostu zawsze byłem taki – zdystansowany, ostrożny, zbyt analityczny, żeby się pogubić w emocjach. Ludzie mnie męczą. Ich oczekiwania, ich hałas, ich niekończące się potrzeby. Dlatego wybrałem naukę. Biologia jest przewidywalna. Prawa przyrody – logiczne. Mogę godzinami mówić o mechanizmach dziedziczenia, cyklach rozwojowych czy strukturze komórek. W tym świecie nic nie dzieje się przez przypadek.
Mam 27 lat, uczę biologii w liceum na obrzeżach miasta. Po lekcjach daję korepetycje – nie dla pieniędzy, chociaż one też się przydają, ale głównie po to, by wypełnić czas. Wracam do pustego mieszkania, robię herbatę i zapadam się w ciszę. Nie narzekam. W tej pustce jest jakaś ulga, ale do czasu.
Ola, moja nowa uczennica, jedna z wielu, które przychodzą na korki z miną jakby miały lepsze rzeczy do roboty. Weszła pierwszego dnia i usiadła na brzegu krzesła jakby za chwilę miała uciec. Rzuciła zeszytem na biurko, bez słowa. Ale to nie ona zwróciła moją uwagę, tylko jej matka. Przychodziły zawsze razem. Aneta – bo tak miała na imię mama Oli – czekała, aż lekcja się skończy, by odprowadzić córkę do domu. Pomagała mi nawiązać lepszy kontakt z Olą, choć nie było to łatwe.
W oczach Anety zauważyłem zimny dystans. To coś, co od razu rozpoznaję – jak lustro. Ale była w niej też jakaś dziwna intensywność. Nie chodziło o to, że była ładna. Miała raczej spojrzenie osoby, która przestała oczekiwać czegokolwiek od świata. I to właśnie mnie zaintrygowało. Byłem pewien, że nie chce być tutaj, w moim mieszkaniu, czekać aż lekcja się skończy. Ale przychodziła. I coś w niej sprawiło, że chciałem, żeby została.
Nie, jeszcze nie wtedy. Jeszcze byłem ostrożny. Jeszcze powtarzałem sobie: „To tylko korepetycje”. Tylko.
Czekałem na te lekcje
Pierwsze lekcje z Olą były trudne. Nie dlatego, że nie rozumiała materiału – przeciwnie, błyskawicznie chwytała zależności, logiczne ciągi, sens zadań. Problemem było wszystko inne. Wchodziła bez słowa, siadała przy stole i patrzyła w okno, jakby to ono miało jej coś powiedzieć. Zeszyt otwierała z niechęcią, długopis trzymała jak broń. Mówiłem spokojnie, cierpliwie, czasem powtarzałem po kilka razy, choć wiedziałem, że rozumie za pierwszym.
Aneta nie odzywała się prawie wcale. Czasem kiwała głową, rzadziej odpowiadała jednym słowem. Dopiero po trzech czy czterech spotkaniach coś się zmieniło. W czasie jednego z tematów – mutacje genowe, pamiętam dokładnie – przerwała mi niespodziewanie.
– Serio panu nie szkoda życia na uczenie takich rzeczy?
Zamarłem na chwilę. Nie była to prowokacja, raczej szczera ciekawość podszyta jakimś dziwnym bólem. Powiedziałem półgłosem:
– Może jestem beznadziejny, skoro to jedyne, co potrafię.
Wzruszyła ramionami, a po chwili rzuciła:
– Albo właśnie ma pan dobre podejście do uczniów. Ola ma coraz lepszy oceny.
Nie odpowiedziałem. To był pierwszy raz, kiedy rozmawialiśmy naprawdę. Od tego momentu nasze spotkania wyglądały inaczej. Nadal pracowaliśmy nad materiałem z Olą, ale coraz częściej rozmawiałem z Anetą. O pracy, o zimie, o tym, jak ludzie udają, że wszystko gra, chociaż nic nie gra. Jej ironia była ostra, czasem raniła, ale kryło się za nią coś, czego wtedy jeszcze nie potrafiłem nazwać. Może samotność? Głód rozmowy? Nie wiem.
Złapałem się na tym, że zaczynam czekać na te lekcje. Że sprawdzam godzinę, liczę minuty, zanim zadzwoni dzwonek do drzwi. Gdy Aneta przychodziła spóźniona, czułem napięcie. Gdy była punktualnie – ulgę. Tłumaczyłem sobie: to tylko korepetycje. Matka uczennicy, nikt więcej. Tak powinno być. Ale powoli zaczynałem wątpić, czy potrafię oddzielić jedno od drugiego.
Wstydziłem się tych myśli
Z biegiem tygodni nasze korepetycje zaczęły przypominać coś innego. Przerabialiśmy jakieś zadania z Olą, ale coraz częściej kończyło się na rozmowie z Anetą. Czasem zaczynała się od byle czego – pogody, serialu – ale potem skręcała w miejsca, których się nie spodziewałem. Ola była wtedy w drugim pokoju, gdzie rozwiązywała testy, a my piliśmy herbatę w salonie.
Któregoś dnia po dłuższym milczeniu Aneta powiedziała, jakby od niechcenia:
– Mąż dziś znowu nie wróci na noc. Niby wyjechał służbowo, ale to bujda.
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Skinąłem tylko głową, a ona spojrzała na mnie tak, jakby chciała sprawdzić, czy usłyszałem, czy zareaguję. Nie dopytywałem, nie musiałem. Przez chwilę nic nie mówiła, potem wzruszyła ramionami i odchyliła się na krześle.
– Łatwiej się mówi takie rzeczy komuś nieznajomemu. No prawie.
Popatrzyłem na nią. Miała w oczach coś, co znałem z lustra – zmęczenie, którego nie ma nic wspólnego z brakiem snu. Ciszę, która nie znika, nawet kiedy ktoś mówi.
– Nie ufam ludziom – dodała po chwili. – Ale pan… jakoś inaczej patrzy.
Zacisnąłem dłonie na kolanach. Powinienem był coś powiedzieć, odsunąć się, wrócić do podręcznika. Ale zamiast tego odpowiedziałem cicho:
– To nie znaczy, że to coś więcej niż lekcje.
Uśmiechnęła się krzywo. Nie złośliwie. Raczej jak ktoś, kto słyszy coś, co już dawno wie.
– To już dawno nie są lekcje – powiedziała.
Zamilkliśmy. Czułem, że zbliżamy się do granicy. Cienkiej, niewidocznej, ale bardzo prawdziwej. Przecież wiedziałem, że nie powinienem. jej przekraczać. Miałem to wbite w głowę – zasady, odpowiedzialność. Profesjonalne relacje między nauczycielem a rodzicem. A jednak coraz trudniej było mi nie myśleć o niej, gdy wychodziła i zamykała za sobą drzwi.
Bałem się tych myśli. Wstydziłem się ich, ale nie potrafiłem ich zatrzymać.
Tęskniłem za nią
Egzaminy były w połowie maja. Nie zapytałem, jak poszło Oli. Nie chciałem się narzucać. Wymyśliłem sobie, że jeśli nie odezwę się do Anety, to może to wszystko wróci na właściwe tory. Może przestanie pisać, może ja zapomnę. Tyle że nie zapomniałem. Zaczynałem dzień i kończyłem go tą samą myślą – czy jeszcze się odezwie.
Niedługo potem dostałem od niej wiadomość. Była krótka, bez żadnych ozdobników, bez „dzień dobry”, bez nazwisk, bez emoji. „Zdała. Chciałabym ci podziękować, Może kolacja?”.
Nie odpisałem od razu. Przeczytałem ją kilkanaście razy. Potem usunąłem. Potem otworzyłem kosz i przeczytałem jeszcze raz. Napisałem odpowiedź. „Nie wiem, czy to dobry pomysł”. Skasowałem. Napisałem inną. „Nie mogę”. Też skasowałem. Napisałem trzecią. „Dobrze, spotkajmy się”. Wysłałem po dwóch dniach.
Umówiliśmy się wieczorem. Nie podała miejsca, tylko godzinę. Spotkaliśmy się na przystanku niedaleko jej osiedla. Miała na sobie dżinsową kurtkę i zwiewną spódnicę. Była ciepła noc, pachniało bzami. Nie wiedziałem, co mam powiedzieć. Poszliśmy w stronę parku, bez słowa. Szliśmy wolno, krok za krokiem, jakbyśmy obaj nie chcieli nigdzie dojść.
– Nie wiem, po co tu jestem – powiedziałem w końcu.
Spojrzała na mnie z boku.
– Bo ja chciałam, żebyś przyszedł.
– Nie powinienem.
– Ale przyszedłeś.
Zatrzymałem się. Spojrzałem w niebo, jakbym tam miał znaleźć jakąś odpowiedź. W ciszy słychać było samochody z daleka i dwa psy szczekające do siebie przez ogrodzenie.
– Gdyby coś się stało… – zacząłem.
– Nic się nie stanie – przerwała.
I znowu ruszyliśmy. Milczeliśmy długo, może pół godziny. Ale to nie była zła cisza. Raczej taka, która pozwala złapać oddech. Jakbyśmy oboje musieli się przekonać, że naprawdę możemy obok siebie być, nie mówiąc nic.
Zbliżyliśmy się do siebie
Szliśmy przez park, potem osiedlowymi ulicami. Nie mieliśmy celu. Raz skręciliśmy w prawo, potem w lewo, kilka razy zawróciliśmy. Miasto było prawie puste. Tylko światła z okien, czasem ktoś wyprowadzał psa, ale nikt nie zwracał na nas uwagi. Aneta co jakiś czas zerkała w górę, jakby sprawdzała, czy księżyc jeszcze tam jest.
– Wiesz, że nigdy nie czułam się nigdzie u siebie? – odezwała się nagle. – W pracy wieczne pretensje. W domu– teatr. Udajemy, że wszystko gra, a w środku pustka.
Nie komentowałem. Wiedziałem, że nie mówi tego, żeby coś ode mnie usłyszeć.
– Zawsze myślałam, że coś się w końcu zmieni, ale nic się nie dzieje. Ciągle obowiązki, rutyna i sztuczne uśmiechy.
Zatrzymałem się przy murku, oparłem łokcie. Usiadła obok mnie.
– Marzyłam kiedyś, żeby pojechać do Estonii. Nikt tam nie jedzie, bo mówią, że zimno i pusto, a ja właśnie dlatego chciałam. – Uśmiechnęła się pod nosem, ale bez radości. – Może jak się ma ciszę dookoła, to łatwiej zrozumieć, co się dzieje w środku.
– A teraz? Nadal chcesz tam jechać?
Wzruszyła ramionami.
– Chcę pojechać wszędzie, byle nie zostać tu.
Patrzyła przed siebie, ale w jej głosie była miękkość, której wcześniej nie słyszałem.
– Wiesz, co mnie zaskoczyło?
Spojrzałem na nią pytająco.
– Że mi się chce tu być. Z tobą. Że nic nie trzeba mówić, że nikt nic nie ocenia. Nawet jeśli to nie ma sensu.
Pokiwałem głową. Czułem to samo, ale nie miałem odwagi tego nazwać. Przy kolejnym kroku nasze dłonie musnęły się przypadkiem. Nie odsunęła się, ja też nie. Szliśmy dalej, ramię w ramię. Bez słów.
– Wiesz, że to będzie trudne? – zapytała cicho.
Zatrzymałem się.
– Wiem. I chyba właśnie dlatego się boję.
Patrzyła na mnie długo, bez uśmiechu.
– To nie musimy nic robić. Wystarczy, że tu jesteś.
Nie odpowiedziałem. Nie dlatego, że nie miałem co powiedzieć. Po prostu czułem, że każde słowo byłoby zbyt głośne. Zostałem.
Nie byliśmy gotowi na więcej
Wróciłem do domu po drugiej. Ulica była pusta, powietrze chłodne. Klucz w zamku zgrzytnął głośniej niż zwykle. W mieszkaniu panowała cisza, której nie potrafiłem znieść, choć wcześniej mnie nie uwierała. Usiadłem przy stole, gdzie zwykle piliśmy razem herbatę. Jej kubek nadal na nią czekał. Nie miałem siły go ruszyć.
Nie mogłem zasnąć. Przewracałem się z boku na bok, myśląc o tym, co się stało, a właściwie – co się nie stało. Żadnego dotyku, pocałunku, wyznania. Tylko obecność. Ale wiedziałem, że to nie była zwykła obecność. Przekroczyliśmy coś, choć nikt nie potwierdził tego słowem. I wiedziałem, że już nie będę mógł wrócić do bycia tylko nauczycielem. Do bycia sobą.
Przez tydzień nie napisała., nie dzwoniła. Ja też nie. Nie dlatego, że nie chciałem. Po prostu czułem, że wszystko, co miałem do powiedzenia, już się wydarzyło. W tamtym spacerze, w tej jednej chwili, gdy nasze dłonie się musnęły i nikt się nie cofnął. Po dwóch tygodniach, w środę, dostałem wiadomość. „To tylko spacer. Ale dla mnie najważniejszy w życiu”.
Patrzyłem na ekran telefonu długo. Nie potrafiłem odpowiedzieć od razu. Napisałem jedno zdanie. „Dla mnie też”. Nie dodałem nic więcej. Nie było już nic do wyjaśniania. Czułem, że to historia, która nie będzie miała dalszego ciągu. Żadne z nas nie było gotowe na więcej, nawet jeśli bardzo by chciało. Wiedziałem też, że nie mogę już wrócić do swojego poprzedniego rytmu, do rutyny, w której się ukrywałem.
Coś się we mnie zmieniło. I nie była to miłość, którą można prosto nazwać. To było coś bardziej kruchego, mniej oczywistego. Jakby ktoś lekko uchylił okno w dusznym pokoju.
Arek, 27 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Myślałem, że wyjazd do sanatorium będzie nudny jak oglądanie schnącej farby. Piękna kuracjuszka dała mi zajęcie”
- „Pojechałam do sanatorium w Ciechocinku, żeby poczuć się kobietą. Na balu mnie poniosło i narobiłam sobie wstydu”
- „Wstydzę się wnuków, bo są rozpuszczone i niewychowane. Czasy mamy inne, ale szacunek do babci ma być niezmienny”

