Reklama

Wszyscy widzą w nim ideał. Marek jest wysoki, świetnie zbudowany, zaradny, a jego szelmowski uśmiech sprawia, że moje przyjaciółki dyskretnie poprawiają włosy, gdy tylko wchodzi do pokoju. Dla świata jestem tą szczęściarą, która wygrała los na loterii – żyję u boku Adonisa, który nosi mnie na rękach. „Masz jak pączek w maśle” – słyszę to niemal na każdym spotkaniu. Nikt jednak nie widzi tego, co dzieje się między nami, gdy gasną światła. To historia o tym, jak perfekcyjna fasada może ukrywać kompletną, bolesną pustkę i samotność.

Budowałam ten mit latami

Był piątkowy wieczór, jeden z tych, kiedy powietrze pachnie nadchodzącym weekendem, a w modnych knajpach w centrum brakuje wolnych stolików. Siedziałam z moimi trzema najbliższymi przyjaciółkami – Anką, Zuzą i Magdą. Kelner właśnie przyniósł przystawki, a gwar rozmów wokół nas narastał.

– Boże, Agata, widziałam ostatnie zdjęcia Marka w mediach społecznościowych – westchnęła Zuza. – Ten facet z wiekiem wygląda coraz lepiej. Jak on to robi? Siłownia codziennie?

– Pewnie tak – mruknęłam, wymuszając uśmiech, który miałam już wyćwiczony do perfekcji. – Dba o siebie. To dla niego ważne.

– Dba o siebie? – parsknęła śmiechem Magda. – Dziewczyno, on wygląda jak z okładki jakiegoś magazynu. Ty to masz życie. Wracasz do domu, a tam czeka taki okaz. Mój Paweł ostatnio zasypia na kanapie w dresie, zanim zdążę w ogóle pomyśleć o czymś romantycznym.

Dziewczyny zaśmiały się głośno, a ja poczułam się jak oszustka. Gdyby tylko wiedziały. Gdyby wiedziały, że ten „okaz” od miesięcy traktuje mnie jak współlokatorkę, a nie żonę. Budowałam ten mit latami. Idealne zdjęcia z wakacji, czułe gesty na przyjęciach, komplementy rzucane publicznie. Stworzyliśmy markę „Agata i Marek – para idealna”. Ale prawda była taka, że Marek, ten obiekt westchnień połowy moich znajomych, w domowym zaciszu od dawna nie stawał na wysokości zadania. Chodziło o całkowity zanik zainteresowania, o chłód, który towarzyszył nam każdego dnia.

Staję na rzęsach, by zwrócić jego uwagę

Wróciłam do domu po 23:00. W mieszkaniu panowała cisza, przerywana jedynie cichym szumem klimatyzacji. Weszłam do salonu. Marek siedział na kanapie, wpatrzony w ekran laptopa. Miał na sobie ten szary t-shirt, który tak idealnie opinał jego szerokie ramiona – dokładnie ten sam widok, o którym marzyły moje koleżanki.

– Cześć – powiedziałam cicho, zrzucając szpilki.

– Cześć – mruknął, nie odrywając wzroku od maili. – Jak było?

– Fajnie. Dziewczyny cię pozdrawiają.

– Mhm. Dzięki.

Podeszłam do niego, by się przytulić. Odsunął się natychmiast.

– Agata, muszę skończyć ten raport dla zarządu. Jestem padnięty – powiedział tonem, który nie znosił sprzeciwu. W jego głosie nie było złości, co byłoby może lepsze. Była tam tylko ta lodowata uprzejmość.

– Jasne – cofnęłam się – Nie przeszkadzam.

Poszłam pod prysznic, a gorąca woda mieszała się z moimi łzami. Zmywałam z siebie makijaż i resztki nadziei. Zastanawiałam się, co jest ze mną nie tak. Staję na rzęsach, by zwrócić jego uwagę, a on nic. Czy byłam nudna? Starałam się proponować wyjazdy, nowe aktywności. Nic nie działało. Marek przyszedł do łóżka godzinę później. Położył się tyłem do mnie, jak najdalej na krawędzi materaca.

– Dobranoc – rzucił w ciemność.

– Dobranoc – odpowiedziałam, wpatrując się w sufit.

Nie zaczynaj znowu

Problem nie zaczął się wczoraj. To narastało powoli, jak pleśń w rogu pokoju, której na początku nie zauważasz, a potem jest już za późno, by ją zignorować. Na początku tłumaczyłam to stresem w jego nowej firmie. Awansował, miał więcej na głowie, wracał zmęczony. Rozumiałam to. Każdy ma gorszy okres. Ale „gorszy okres” zamienił się w miesiące, a potem w pół roku. Prawie przestaliśmy ze sobą rozmawiać, między nami nie było żadnych czułych gestów. Pamiętam wieczór, kiedy postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce. To była nasza rocznica. Kupiłam nową sukienkę, ugotowałam kolację, zapaliłam świece. Sceneria jak z filmu. Marek wrócił i zabrał się do jedzenia. Po czym spojrzał na mnie i powiedział.

– Wszystko było pyszne, ale jestem taki zmęczony, że chyba się już położę.

Stałam tam, na środku salonu rozczarowana. To „jestem zmęczony” słyszałam już setny raz. Zawsze coś. Poczułam wtedy, że coś we mnie pękło.

– Kiedy ostatnio byliśmy ze sobą blisko, Marek? – zapytałam drżącym głosem. – Pamiętasz w ogóle?

Westchnął ciężko.

– Nie zaczynaj znowu, Agata. Nie jestem maszyną. Presja, którą na mnie wywierasz, wcale nie pomaga.

Presja? To, że chciałam, by między nami znów było jak dawniej, było presją? Odwróciłam się na pięcie i wyszłam spać do gościnnego. Nawet za mną nie wyszedł. W pewnym momencie zaczęłam szukać winy wszędzie, tylko nie w nas. Podejrzewałam romans. To byłoby logiczne, prawda? Facet wygląda jak milion dolarów, ma pozycję, pieniądze. Kobiety same się do niego kleją. Może jakaś asystentka? Może koleżanka z siłowni? Zaczęłam robić rzeczy, którymi się brzydziłam. Sprawdzałam jego telefon, gdy był pod prysznicem. Wąchałam jego koszule, szukając obcych perfum. Analizowałam billingi. I wiecie co? Nic. Kompletne nic.

Jego telefon był czysty – praca, memy od kumpli, wiadomości ode mnie. Żadnych podejrzanych kontaktów, żadnych ukrytych aplikacji. Wracał do domu o stałych porach. Jeśli zostawał w biurze, wideokonferencje potwierdzały jego obecność. Wtedy dotarło do mnie coś przerażającego. Wolałabym, żeby kogoś miał. Wolałabym znaleźć dowód zdrady, zrobić awanturę i wyrzucić go z domu. Ból zdrady byłby ostry, ale zrozumiały. Byłaby przyczyna i skutek. Tymczasem mierzyłam się z czymś znacznie gorszym – z obojętnością. Każda próba rozmowy na ten temat kończyła się awanturą o to, że „wymyślam” i „sama stwarzam sobie jakieś problemy”.

To był teatr

Apogeum nastąpiło miesiąc później, na weselu kuzynki Marka. Oczywiście, wyglądaliśmy olśniewająco. On w granatowym garniturze szytym na miarę, ja w czerwonej sukni. Tańczyliśmy, on uśmiechał się do zdjęć.

– Ależ on na ciebie patrzy! – szepnęła mi do ucha ciotka Marka. – Widać, że iskry lecą!

Miałam ochotę krzyczeć. Jakie iskry? To był teatr. Marek grał rolę idealnego męża, bo tak wypadało. Kiedy wracaliśmy do domu taksówką, milczał. Patrzył w okno, a ja czułam tylko frustrację. Weszliśmy do mieszkania, a on od razu skierował się do łazienki, luzując krawat.

– „Iskry lecą”, słyszałeś? – rzuciłam w jego stronę, opierając się o framugę.

Zatrzymał się, ale nie odwrócił.

O co ci znowu chodzi?

– O to, że wszyscy myślą, że jesteśmy idealnym związkiem! – wykrzyczałam to. Słowa wyleciały ze mnie jak pociski. – Moje koleżanki cały czas powtarzają, że ze mnie szczęściara, Marek! Więc dlaczego ja nie widzę tego całego szczęścia? Dlaczego czuję się taka samotna, chociaż mieszkamy pod jednym dachem?

Odwrócił się.

– Znowu dramatyzujesz – wycedził.

– Dramatyzuję? – krzyknęłam, a łzy napłynęły mi do oczu. – Chcę męża, chcę prawdziwej relacji i uczuć! Mam dosyć udawania przed wszystkimi!

– Nic na to nie poradzę, że między nami jest jak jest.

Wyszłam z pokoju. Tym razem nie płakałam. Czułam tylko chłód.

Nasze małżeństwo to fikcja

Od tamtej nocy minęły dwa tygodnie. Mieszkamy pod jednym dachem, ale żyjemy na oddzielnych planetach. Marek próbuje zachowywać się, jakby tamta kłótnia się nie wydarzyła, ale coś się zmieniło. On wie, że ja wiem. Że jego fasada jest tylko wydmuszką. Woli żyć w kłamstwie przed wszystkimi, w którym on jest herosem, a ja tą zadowoloną żonką. Wczoraj znowu spotkałam się z dziewczynami.

– Agata, co u ciebie – powiedziała Anka. – Pewnie Marek dba o to, żeby było jak w bajce, co?

Spojrzałam na nią. Mogłam skłamać. Mogłam przytaknąć, uśmiechnąć się tajemniczo i podtrzymać mit. Przez chwilę walczyłam ze sobą. Ale potem przypomniałam sobie ten chłód z jego strony i słowa, że dramatyzuję.

– Nie, Anka – powiedziałam spokojnie, biorąc łyk kawy. – Od jakiegoś roku między nami nie ma żadnej bliskości. Nasze małżeństwo to fikcja.

Zapadła cisza. Taka, w której słychać brzęczenie muchy. Patrzyły na mnie z niedowierzaniem.

– Ale... jak to? Przecież on jest taki... – zaczęła Zuza.

– Jaki? Przystojny? – przerwałam jej. – Tak, jest przystojny. Ale wygląd to nie wszystko. W domu jest obcym człowiekiem, który nie potrafi, albo nie chce, dać mi bliskości. I mam już dość udawania, że żyję jak pączek w maśle.

Poczułam ulgę. Ogromną, oczyszczającą ulgę. Zburzyłam pomnik. Może straciłam w ich oczach status „tej, której się udało”, ale odzyskałam kawałek swojej godności. Nie wiem, co będzie dalej. Może Marek się otrząśnie. Może spróbuje coś zmienić, gdy zorientuje się, że jestem gotowa odejść. A może to koniec. Wiem jedno – żadne mięśnie, żaden garnitur i żaden uśmiech numer pięć nie zastąpią ciepła drugiego człowieka. I żadna kobieta nie powinna czuć się samotna u boku swojego męża. Nigdy więcej nie pozwolę, by pozory decydowały o moim szczęściu.

Agata, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama