„Koleżanka po 50-tce szukała miłości w internecie. Tak uwierzyła w czułe słówka, że prawie oddała kasę obcemu facetowi”
„Facet pisał, że ma chwilowe problemy finansowe i potrzebuje pożyczyć kasę. Prosił, żeby Beata przelała mu kilkanaście tysięcy, a on jej odda na spotkaniu. Gdy odmówiła, zarzucił ją lawiną pretensji”.

Beata żartobliwie nazywała siebie „konserwatorką zabytków”, a w naszej przychodni, czasy świetności mającej już dawno za sobą, wykonywała prozaiczną pracę sprzątaczki. Nigdy się nad sobą nie użalała. Miała 57 lat, ale zupełnie nie wyglądała na swoje lata. Preferowała styl młodzieżowy, modne, krótkie fryzury, nieprzesadny makijaż, i nosiła, co wszystkie dziewczyny zgodnie przyznawały, niesamowicie stylowe okulary. Miała ich chyba z pięć par, po jednej na każdy dzień roboczy, a każdą jakby dobierał za grube pieniądze zawodowy optyk. Podsumowując, żadna tam dzidzia-piernik z toną różu na policzkach, w postrzępionych dżinsach oraz szpilkach.
Była fajną babką
Niby miała jakieś dzieci, nawet wnuki, ale mówiła o nich dość oszczędnie. Syn i córka ze swoimi rodzinami mieszkali daleko, Beata widywała się z nimi podczas świąt albo wakacji; nie była typem babci, której podrzuca się wnuki przy byle okazji. Faceci? Nie było żadnego na stałe. Rozwiedziona przed laty, rozczarowana przelotnymi związkami z dupkami, których w swoim czasie przyciągała jak magnes, postanowiła zaszaleć i założyła sobie konto na jakimś portalu dla singli. Trochę dla zabawy, trochę z desperacji, jak przyznała.
– Widzisz, Anka – mówiła mi – męczą mnie te randki w ciemno, jakie mi aranżujecie. Ci goście to jakaś porażka. Każdy się zmywa, gdy powiem, ile mam lat. Bo takich czterdziestoletnich królewiczów boli, że wzięli na randkę pięćdziesiątkę z plusem. Co za bałwany, co za kretyni do kwadratu… A za dziadków dziękuję uprzejmie.
– Żeby wszystkie kobiety miały takie problemy – wzdychałam. – Wyglądasz za młodo, co za pech! Beata, weź ty się ogarnij i posłuchaj sama siebie.
– Jak napiszę, ile mam naprawdę, to zgłoszą się same dziadki. Albo wszyscy będą pytać, czy to zdjęcie jest twoje, czy córki.
– Może i masz rację.
Nie do końca miałam rację
Choć rzekomo był to zwykły portal dla poszukujących miłości samotników, przez pierwszy tydzień Beata dostawała niemal wyłącznie niemoralne propozycje. Spławiała tych oszołomów, nie zadając sobie trudu czytania do końca ich wypocin. Wtedy część koleżanek jeszcze to drażniło. Bo chociaż Beata nie obnosiła się z sytuacją i głównie prosiła o pomoc dziewczyny bardziej obeznane w internetowym świecie, w którym dopiero raczkowała, to chyba wyczuła, że niejedna chętnie poczytałaby coś miłego od obcych facetów, ale… mąż, dzieci. W związku z tym wolała nie kłuć ich w oczy wirtualną adoracją własnej osoby.
– Może też być tak – tłumaczyłam Beacie – że oni po prostu wklejają ten sam komunikat wszystkim babom i liczą na odzew. Że jedna na sto albo tysiąc odpowie i coś z tego będzie.
Minęły 2 tygodnie. Beata przestała nas wypytywać o to i owo, a jej zachowanie się zmieniło. Zamyślenie i tajemniczy uśmiech sugerowały, że coś się dzieje. Chyba trafiła w końcu na kogoś, kto zaproponował coś innego niż natychmiastowe zaproszenie do łóżka. Porozumiewawczo mrugałyśmy do siebie z innymi dziewczynami. Wydelegowana przez współpracownice, zdybałam w końcu Beatę na osobności w pokoju socjalnym i zapytałam bez ogródek, co to za jeden. Beata zachichotała jak podlotek.
– Wojskowy.
– Co?! Trepa wyrwałaś na tę śliczną buźkę i okulary?
– Wypraszam sobie! To jest amerykański wojskowy. Pan colonel, czyli pułkownik – oświeciła mnie.
Szczęka mi opadła. Tego się nie spodziewałam. Tylko coś mi w tym wszystkim nie pasowało.
– Zaraz, zaraz… W jakim języku gadacie?
– Po angielsku.
– Przecież ty nie znasz angielskiego!
– Przez translator. Czasem wychodzą niezłe kwiatki, ale generalnie sens jest zachowany – zaśmiała się.
No, to była wyższa szkoła jazdy!
Pan pułkownik miał pięćdziesiąt dwa lata, służył w Iraku, właściwie to z Iraku korespondował z Beatą. Trzaskał w służbowego laptopa w wolnych chwilach i tak trafił na naszą Beatkę. Samotny weteran kilku bliskowschodnich wojen flirtował w wirtualnym świecie ze sprzątaczką z Polski! Nieźle, nie? Miał dorosłego syna w Kentucky, lubił psy i filmy Woody’ego Allena. Sympatyczny facet.
– Bardzo fajnie mówi o tym swoim synu – opowiadała Beata. – Tak trochę inaczej. Jakby o kumplu, a jednak o własnym dziecku.
– Może jednak translator nawala? – spytałam z przekąsem.
– Nie czepiaj się! – Beata pogroziła mi palcem. – I nie psuj mi humoru.
Żadna z nas nie psuła Beacie humoru i w końcu wszystkim nam udzieliła się radość z tej znajomości. Gdyby to był polski biznesmen, pan minister czy wojewoda albo jakiś Adonis koło trzydziestki, pewnie inaczej byśmy na to patrzyły. A tu egzotyka pełną gębą! Beata pokazała nam w telefonie jego zdjęcie. Mężczyzna z charakterem. Mundur polowy, krótki zarost, siwizna, blizna. Czego chcieć więcej? Żaden trefiony piękniś, żaden wymoczek. Ułan jak malowanie, tylko z transportera opancerzonego. Trwało to prawie dwa miesiące.
Komplementy, rozmowy, miłe słowa tłumaczone przez program komputerowy, tymczasem Beata wyładniała jeszcze bardziej. Niby zarzekała się, że to nic poważnego, ale w żartach mówiła o sobie „pani pułkownikowa”. Zanosiło się na coś poważniejszego, przynajmniej z jej strony.
– Anka! On chce na urlop przyjechać do Polski! Gdzie mam go zabrać?
Aż przysiadłam z ekscytacji.
– Bo ja wiem? Chyba do Krakowa. Albo do Wrocławia. Przecież nie do ministerstwa obrony…
– No jasne, że nie.
Ależ to była nowina
Prosto z Iraku przyleci do naszej kumpeli żołnierz. Na randkę, a może coś więcej. A może jeszcze zabierze ją do Stanów? Przecież już chyba czas najwyższy na wojskową emeryturę. I będą tam sobie żyli jak pączki w maśle. Wszystko to było tak słodkie i romantyczne, że nawet największe marudy i malkontentki nie szukały dziury w całym.
Pewnego dnia Beata poprosiła mnie o rozmowę, ale nie w pracy. Umówiłyśmy się w kawiarni na mieście. Beata dała mi swój telefon, żebym poczytała archiwum z ich ostatnimi rozmowami. Z trudem przedzierałam się przez niegramatyczny chaos, czasem bez ładu i składu, myśląc, że chyba nie wytrzymałabym dwumiesięcznej korespondencji tego typu. Męczące to było jak diabli, ale treść… Facet pisał, że ma chwilowe problemy finansowe i potrzebuje pożyczyć kasę. Prosił, żeby Beata przelała mu kilkanaście tysięcy, a on jej odda na spotkaniu. Gdy odmówiła, zarzucił ją lawiną pretensji. Wypominał, że mu nie ufa, a przecież tak fajnie rozkwitła ich znajomość, i kiedy już mieli ją przenieść ze świata wirtualnego do realnego, ona wykręca mu taki numer.
– Beatko… – zaczęłam smutno – to chyba nie jest żaden pułkownik, z żadnego Iraku. Coś mi mówi, że to jakiś stały schemat działania, a cała znajomość to oszustwo.
– Oszust, prawda?
Beata już chyba znała prawdę; u mnie szukała tylko potwierdzenia. Urabiał ją dwa miesiące. Albo urabiali. Przecież mogło być ich kilku, mogła z nią gadać kobieta. Jakiż to problem ściągnąć z sieci zdjęcie jakiegoś wojskowego, podpisać fikcyjnym nazwiskiem? Żaden. Więcej trudu wymagało wymyślenie historii i spędzanie z Beatą czasu na rozmowach.
– Mam nadzieję, że nie podałaś im żadnych danych? Żadnego adresu, żadnych numerów…
– Na szczęście nie. Boże, jak sobie pomyślę, w co mogłam się wplątać!
Beata okazała się mądra i rozsądnie nieufna, co nie znaczy, że mniej cierpiała. Nie wiedziałam, jak ją pocieszyć. Bolało ją, że wyszła na pierwszą naiwną, bała się, że zostanie pośmiewiskiem w pracy. Niepotrzebnie. Wszystkie poczułyśmy się oszukane i wściekłe. Że można, ot tak, omamić sympatyczną, samotną kobietę, by ją po prostu okraść.
Anna, 50 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Nie wzięliśmy rozwodu, by nie rozbijać rodziny. To był największy błąd, jaki popełniliśmy w życiu”
- „Moja teściowa w sekrecie przetrząsała wszystkie nasze kąty. Gdy się dowiedziałam, dlaczego to robi, wszystko mi opadło”
- „Mój mąż wrócił z delegacji w Warszawie bez obrączki. Wmawiał mi, że ją zgubił, ale prawda wyszła na jaw przez 1 SMS”

