„Kolacja na walentynki miała nas na nowo zbliżyć. Przez napis na deserze wyszły na wierzch wszystkie ukryte brudy”
„Łukasz wpatrywał się w miejsce, gdzie przed chwilą stał deser, jakby szukał tam odpowiedzi na pytanie, którego jeszcze nie zadał. Poczułam pierwszy skurcz niepokoju. Zrozumiałam, że to jedno zdanie właśnie zmieniło nasz wieczór”.

Tamten wieczór miał być dla mnie cichym dowodem, że jesteśmy po tej samej stronie. Ubierałam się wolno, z myślą, że elegancka restauracja i jedna kolacja potrafią czasem wzniecić to, co od miesięcy gasło między nami. Chciałam wrócić do domu spokojniejsza, pewniejsza nas. Nie wiedziałam jeszcze, że jedno zdanie napisane cudzą ręką sprawi, że coś we mnie zacznie się oddalać.
Miałam wielkie nadzieje
Od rana czułam lekkie napięcie, choć wmawiałam sobie, że to tylko ekscytacja. Walentynki zawsze miały dla mnie znaczenie symboliczne, nie przez serduszka czy świece, ale przez obietnicę bliskości. Tego dnia szczególnie potrzebowałam potwierdzenia, że z Łukaszem jesteśmy stabilni, że wszystko, co ostatnio było między nami trudne i niewypowiedziane, da się jeszcze wygładzić jednym dobrym wieczorem.
Stałam przed lustrem dłużej niż zwykle. Zmieniłam sukienkę dwa razy, poprawiałam włosy, po czym znów je rozpuszczałam. Każdy gest był jak pytanie bez odpowiedzi: czy tak będzie dobrze? Czy wystarczająco? Złapałam się na tym, że znów próbowałam przewidzieć jego reakcje, zanim jeszcze cokolwiek się wydarzyło. To było męczące, ale tak bardzo weszło mi w nawyk, że przestałam to zauważać.
Łukasz czekał już w przedpokoju, gdy wychodziłam z sypialni.
– Gotowa? – zapytał, zerkając na mnie szybko, jakby oceniał coś w biegu.
– Tak – odpowiedziałam z uśmiechem. – Ładnie wyglądam?
– Ładnie – rzucił krótko. – Chodźmy, mamy rezerwację.
W samochodzie było cicho. Zbyt cicho jak na wieczór, który miał nas do siebie zbliżyć. Próbowałam rozładować atmosferę, opowiadając o pracy, o drobiazgach z dnia, ale Łukasz reagował półsłówkami. Co chwilę zerkał w telefon, odkładał go, znów brał do ręki. Znałam ten gest. Towarzyszył mu zawsze wtedy, gdy coś go uwierało, choć jeszcze nie wiedział, jak to nazwać.
– Wszystko w porządku? – zapytałam w końcu, starając się, by mój głos brzmiał lekko.
– Jasne – odpowiedział szybko. – Czemu pytasz?
– Po prostu… jesteś jakiś zamyślony.
Wzruszył ramionami.
– Praca. Wiesz, jak jest.
Skinęłam głową, chociaż w środku poczułam znajome ukłucie. To samo tłumaczenie słyszałam już tak wiele razy. Zamiast drążyć, znów zrobiłam to, co robiłam od dawna – odsunęłam swoje wątpliwości na bok. Powtarzałam sobie, że dziś nie jest dzień na rozmowy, że dziś ma być dobrze.
Gdy wysiadaliśmy pod restauracją, wzięłam głęboki oddech. Obiecałam sobie, że ten wieczór będzie spokojny. Że nie będę szukać napięć, nie będę dopowiadać sobie rzeczy, które mogą nie istnieć. Chciałam wierzyć, że jedna kolacja wystarczy, by przypomnieć nam, dlaczego w ogóle byliśmy razem.
Pomyłka jeszcze pogorszyła atmosferę
Restauracja była dokładnie taka, jak sobie wyobrażałam. Przytłumione światło, białe obrusy i cichy gwar rozmów, który nie przeszkadzał, a raczej otulał. Kelner zaprowadził nas do stolika przy oknie. Przez chwilę poczułam ulgę – jakby samo to miejsce miało moc uspokajania.
– Ładnie tu – powiedziałam, siadając.
– Mhm – mruknął Łukasz, rozpinając marynarkę.
Przeglądaliśmy menu w milczeniu. Próbowałam żartować, że wszystko brzmi zbyt elegancko jak na mój gust, ale odpowiedział jedynie krótkim uśmiechem. Zaczęłam się zastanawiać, czy to ja za bardzo się staram, czy on naprawdę jest tak nieobecny. Gdy kelner przyjął zamówienie, na moment zostaliśmy sami. Zawiesiłam wzrok na świecy stojącej między nami i pomyślałam, że może wystarczy chwila, żeby lód stopniał.
Rozmowa ruszyła powoli. Łukasz opowiadał o planach na najbliższe miesiące, o ambicjach, o tym, co jeszcze chciałby osiągnąć. Słuchałam uważnie, kiwając głową, choć gdzieś z tyłu głowy kołatała myśl, że coraz rzadziej mówi „my”. Mimo to starałam się nie przywiązywać do tego wagi. Dziś miało być inaczej.
Gdy kelner przyszedł z deserami, na jego twarzy widniał uprzejmy uśmiech.
– Deser od szefa kuchni – powiedział, stawiając talerz przede mną. – Z dedykacją dla państwa.
Spojrzałam na talerze i przez ułamek sekundy nie zrozumiałam, co widzę. Na brzegu deseru, starannie wypisane, widniały słowa: „Dla Ani i Michała”.
– Przepraszam? – wyrwało mi się, zanim zdążyłam się powstrzymać.
Kelner nachylił się lekko.
– Czy coś nie tak?
– Chyba zaszła pomyłka – odpowiedziałam, czując, jak robi mi się gorąco. – My jesteśmy Ania i Łukasz.
– Och… bardzo przepraszam – zmieszał się. – Nie wiem, jak to się stało.
Parsknęłam nerwowym śmiechem, bardziej z zakłopotania niż rozbawienia.
– No proszę, wygląda na to, że ktoś pomylił walentynkowe rezerwacje – rzuciłam, próbując obrócić wszystko w żart.
Kelner szybko zabrał talerz i odszedł, a ja podniosłam wzrok na Łukasza. Jego twarz była napięta, jakby nagle ktoś zgasił światło.
– Zabawne – powiedział po chwili, ale w jego głosie nie było ani krzty humoru.
– Przecież to zwykła pomyłka – odpowiedziałam szybko. – Widziałeś, jak się speszył.
Łukasz nie spojrzał na mnie. Wpatrywał się w miejsce, gdzie przed chwilą stał deser, jakby szukał tam odpowiedzi na pytanie, którego jeszcze nie zadał. W tej ciszy poczułam pierwszy skurcz niepokoju. Zrozumiałam, że to nie jest coś, co za chwilę minie. Że to jedno zdanie napisane na talerzu właśnie zmieniło nasz wieczór.
Zaczął mi coś zarzucać
Nowy deser pojawił się szybko, tym razem bez żadnych napisów. Stał między nami jak rekwizyt, którego nikt nie chciał dotknąć. Łukasz milczał, a ja czułam, jak napięcie gęstnieje z każdą sekundą. W końcu to on pierwszy przerwał ciszę.
– Michał – powiedział wolno. – Ciekawe.
Podniosłam na niego wzrok.
– Co ciekawe?
– To, że akurat jego imię – dodał, jakby ważył każde słowo. – Przecież to nie jest jakiś przypadkowy facet.
Westchnęłam cicho.
– Łukasz, to był błąd. Kelner sam to przyznał.
– Jasne – odparł. – Tylko wiesz… pomyłki też skądś się biorą.
Poczułam, jak coś we mnie drgnęło. Ten ton znałam aż za dobrze. Niby spokojny, ale podszyty czymś ostrym, gotowym do ataku.
– Co chcesz przez to powiedzieć? – zapytałam.
– Nic – odpowiedział zbyt szybko. – Po prostu pytam. A wy z Michałem często do siebie piszecie?
– Co? – uniosłam brwi. – Michał jest twoim przyjacielem.
– Właśnie – skinął głową. – Moim.
– I moim znajomym, odkąd jesteśmy razem – dodałam niemal natychmiast. – Nigdy nic między nami nie było i nie będzie.
Łukasz uśmiechnął się krzywo.
– Zawsze tak mówisz.
– Bo to prawda – odpowiedziałam ostrzej, niż planowałam.
Zapadła cisza. Słyszałam stukot sztućców z sąsiednich stolików, cichy śmiech jakiejś pary. U nas panował chłód. Łukasz oparł się o oparcie krzesła i przyjrzał mi się uważnie, jakby próbował mnie rozszyfrować.
– Pamiętasz, jak ostatnio wyszłaś wcześniej z jego urodzin? – zapytał. – Powiedziałaś, że bolała cię głowa.
– Bo naprawdę bolała – odpowiedziałam, czując narastającą frustrację. – Naprawdę wyciągasz teraz takie rzeczy?
– Staram się po prostu zrozumieć – powiedział spokojnie, ale w jego oczach nie było spokoju. – On zawsze jest gdzieś obok.
– Bo to twój najlepszy przyjaciel! – uniosłam głos, po czym szybko się opanowałam. – Łukasz, posłuchaj siebie.
Poczułam szok, potem złość, a zaraz za nimi coś jeszcze – zmęczenie. Ogromne, przytłaczające zmęczenie ciągłym tłumaczeniem się z własnej uczciwości. Zrozumiałam, że to nie jest rozmowa o deserze ani o imieniu zapisanym na talerzu. To była kolejna odsłona czegoś, co trwało od dawna.
– Nigdy nie dałam ci powodu, żeby mi nie ufać – powiedziałam cicho.
Spojrzał na mnie, ale nie odpowiedział od razu. W tym milczeniu poczułam się bardziej oskarżona niż po jakimkolwiek pytaniu.
Szczerość mu nie wystarczała
Patrzyłam na niego i miałam wrażenie, że między nami jest ktoś trzeci. Nie Michał, nie kelner, nawet nie ta nieszczęsna dedykacja, ale jego podejrzenia. Ciężkie, niewidzialne, rozlane po stole jak coś, czego nie da się już sprzątnąć.
– Łukasz – zaczęłam spokojnie, choć w środku wszystko mi drżało. – Mówię ci prawdę. Nie mam nic do ukrycia.
– Wiem, że tak mówisz – odpowiedział, unikając mojego wzroku.
– Nie „mówię”, tylko tak jest – poprawiłam go. – I przykro mi, że w ogóle muszę to tłumaczyć.
W końcu na mnie spojrzał. Przez moment dostrzegłam w jego oczach wahanie, jakby chciał mi uwierzyć, ale coś było silniejsze.
– Po prostu nie lubię, gdy ktoś jest zbyt blisko – powiedział. – Zwłaszcza on.
– To nie jest „ktoś” – odparłam. – To twój przyjaciel. A ja jestem twoją partnerką.
Zamilkł. Spuścił wzrok, zacisnął dłonie. Czekałam na coś, co rozładuje napięcie: przeprosiny, żart, choćby westchnienie ulgi. Zamiast tego pojawiła się kolejna wątpliwość, niewypowiedziana, ale wyczuwalna.
Nagle dotarło do mnie, że to nie pierwszy raz. Przypomniałam sobie inne sytuacje: niewinne wiadomości, pytania zadawane mimochodem, spojrzenia pełne czujności. Zawsze reagowałam tak samo – uspokajałam, tłumaczyłam, rezygnowałam z siebie, by on poczuł się bezpieczniej. Tylko że to bezpieczeństwo nigdy nie przychodziło.
– Wiesz, co jest najgorsze? – zapytałam cicho. – Nie to, że jesteś zazdrosny. Tylko to, że w twoich oczach tak łatwo mogłam stać się kimś, kto cię zawiedzie. Tak po prostu.
Łukasz otworzył usta, ale nic nie powiedział. W tej ciszy zrozumiałam coś jeszcze. Nawet moja szczerość nie wystarcza. A prawda, jeśli nie spotyka się z zaufaniem, staje się bezradna. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie jak dwoje obcych ludzi. Po raz pierwszy zamiast myśleć, jak go uspokoić, zaczęłam myśleć, jak ochronić samą siebie.
Przestałam się poświęcać
Zapłaciliśmy rachunek w milczeniu. Kelner życzył nam miłego wieczoru, a ja poczułam ukłucie ironii. Wyszliśmy na chłodne powietrze, które uderzyło mnie w twarz mocniej, niż jakiekolwiek zdanie wypowiedziane przy stole. Szliśmy obok siebie, ale już nie razem. Każdy krok oddalał mnie od wyobrażenia tego wieczoru, które nosiłam w głowie od rana.
W samochodzie Łukasz włączył radio, jakby dźwięk mógł zagłuszyć to, co wisiało między nami. Nie próbował już pytać, a ja nie próbowałam tłumaczyć. Czułam pustkę, ale też coś na kształt jasności. Zrozumiałam, że zmęczenie, które nosiłam w sobie od miesięcy, nie wzięło się znikąd. Było skutkiem ciągłego bycia w gotowości, ciągłego udowadniania własnej niewinności.
Gdy dotarliśmy do domu, powiedzieliśmy sobie dobranoc. Bez czułości, bez pretensji. Poszedł do pokoju gościnnego. Zamknęłam za sobą drzwi sypialni i usiadłam na łóżku, wpatrując się w ścianę. Myślałam o tym, jak bardzo chciałam, by ta jedna kolacja była dowodem na stabilność. Zamiast tego stała się dowodem na coś zupełnie innego.
Nie podjęłam wtedy żadnej decyzji. Wiedziałam tylko, że miłość bez zaufania nie daje poczucia bezpieczeństwa. A ja nie potrafiłam już dłużej udawać, że brak tego bezpieczeństwa to drobiazg, który da się przeczekać. Tamten wieczór jeszcze nie zakończył naszego związku, ale zakończył moją naiwność.
Anna, 30 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mąż zaskoczył mnie w walentynki. Liczyłam na bukiet róż, a znalazłam dowód zdrady w jego telefonie”
- „To miały być romantyczne ferie w górach, a mąż powiedział, że mnie zdradził. Szybko zadbałam o to, byśmy byli kwita”
- „Romantyczne ferie w Zakopanem to była porażka. Ukochany kręcił już od pierwszego dnia, aż wyszło szydło z worka”

