Reklama

Nasz dom działał jak precyzyjny mechanizm. Każdy poranek miał swoje miejsce, każda rozmowa swój cel, a każda decyzja była wcześniej omówiona i zapisana w głowie. Justyna mówiła, że to daje jej spokój. Ja też tak twierdziłem. A jednak, gdy zamykały się za nią drzwi i zostawałem sam, cisza nie była ulgą. Była brakiem czegoś więcej. Czegoś, czego nie potrafiłem już ignorować.

Justyna lubiła robić listy. Te na lodówce, te w telefonie, te, które układała w głowie, zanim jeszcze zdążyłem zapytać, co na kolację. Nasze życie było jedną z nich. Rano kawa o tej samej porze, krótkie rozmowy o planie dnia, wieczorem wymiana informacji, kto co załatwił i czego nie zdążył. Nikt nie podnosił głosu, nikt nie robił scen. Harmonogram działał.

– W środę wyjeżdżam, wracam w piątek wieczorem – powiedziała kiedyś, nie odrywając wzroku od laptopa.

– Jasne. Odbiorę pranie i zapłacę rachunki – odpowiedziałem automatycznie.

Tak wyglądały nasze dialogi. Sprawne, rzeczowe, bez miejsca na niedomówienia. I bez miejsca na emocje, których oboje nauczyliśmy się nie zauważać. Gdy kładliśmy się spać, leżeliśmy obok siebie, ale nic więcej.

Nie tęskniłem za żoną

Delegacje Justyny były wpisane w ten porządek. Oficjalnie za nią tęskniłem. Wysyłałem krótkie wiadomości, pytałem, czy dojechała, czy hotel w porządku. A jednak w środku czułem coś, czego nie potrafiłem nazwać tęsknotą. To był raczej oddech, jakby ktoś na chwilę poluzował zbyt ciasny kołnierz.

W pracy Roman czasem rzucał mi spojrzenie, które mówiło więcej niż słowa.

– Znowu sam zostałeś? – zapytał raz, nalewając kawy.

– Tak, Justyna jest w delegacji – wzruszyłem ramionami.

Macie poukładane życie – stwierdził bez ironii.

– Tak – przytaknąłem. I przez moment naprawdę w to wierzyłem.

Wieczorami siadałem w ciszy salonu i patrzyłem na równo ułożone książki. Wszystko miało swoje miejsce. Ja też. Tylko że coraz częściej łapałem się na myśli, że moje miejsce jest jak dobrze znane danie bez przypraw. Pożywne, bezpieczne, ale nijakie.

Usprawiedliwiałem się łatwo. Mówiłem sobie, że każdy ma prawo do drobnych słabości, że przecież nikogo nie krzywdzę samym myśleniem. Tłumiłem poczucie winy, zanim zdążyło się pojawić. Delegacje Justyny były wygodnym alibi. Przerwą w rutynie, na którą zasługiwałem po latach bycia rozsądnym. Nie zauważyłem momentu, w którym ta myśl przestała być niewinna.

Iga była inna niż żona

Iga pojawiła się w moim życiu bez zapowiedzi, jak coś, po co wchodzi się tylko na chwilę, a wychodzi później, niż się planowało. Poznaliśmy się przypadkiem, w porze lunchu, gdy stałem w kolejce po jedzenie, patrząc w telefon. Stała przede mną, odwróciła się nagle i uśmiechnęła, jakbyśmy znali się od lat.

– Zawsze tak milczysz, czy tylko dziś? – zapytała, zupełnie naturalnie.

Zaskoczyła mnie ta bezpośredniość. Justyna nigdy nie zaczynała rozmów w ten sposób. Z nią wszystko było przemyślane, wyważone. Iga mówiła to, co przyszło jej do głowy, bez sprawdzania, czy wypada.

Spotkania z nią miały w sobie lekkość, której dawno nie czułem. Nie planowaliśmy ich z wyprzedzeniem, nie zapisywaliśmy w kalendarzach. Gdy Justyna była w delegacji, pozwalałem sobie na ten jeden drobiazg. Jak pączek z pistacją – nie na co dzień, tylko czasem. Tak to sobie tłumaczyłem.

– Nie musimy się spieszyć – mówiła Iga, siadając naprzeciwko mnie. – Lubię, jak rzeczy dzieją się same.

To zdanie długo dźwięczało mi w głowie. Z Justyną nic nie działo się samo. Każdy krok był decyzją. Przy Idze czułem się jak ktoś, kto na chwilę przestał odpowiadać za cały świat.

Racjonalizowałem wszystko z wprawą. To tylko rozmowy. To tylko obecność. Przecież wracam do domu, do swojego życia. Iga była dodatkiem, nie zmianą. Przynajmniej tak sobie powtarzałem, gdy zamykałem za sobą drzwi mieszkania.

Ale ona zaczęła zadawać pytania. Niewinne, a jednak trafiające w samo sedno.

A gdyby jej nie było dłużej? – rzuciła kiedyś, jakby mimochodem.

– To tylko delegacje – odpowiedziałem zbyt szybko.

– Wiem. Ale ty też wtedy jesteś inny.

Zauważyłem, że czeka na coś więcej niż te wycinki czasu. Na mnie, nie tylko na moją dostępność. I pierwszy raz pomyślałem, że się skuszę. Ta myśl mnie przestraszyła.

Grałem na dwa fronty

Roman był jednym z tych ludzi, przy których nie trzeba było niczego tłumaczyć. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie w firmowej kuchni, każdy z kubkiem, który dawno stracił kolor. On mieszał łyżeczką, ja patrzyłem w okno, choć widok znałem na pamięć.

– Masz ostatnio rozbiegany wzrok – powiedział nagle.

– Co to znaczy? – zapytałem, choć dobrze wiedziałem.

– Że jesteś tu, ale myślami gdzie indziej.

Nie dopytywał. Nigdy nie był ciekawski. Jego pytania zawsze były krótkie, jakby dawał mi wybór, czy chcę coś powiedzieć, czy tylko to usłyszeć.

Justyna znów wyjechała – rzuciłem, jakby to wszystko wyjaśniało.

Roman skinął głową.

– A ty? Spotykasz się z Igą?

Zacisnąłem palce na kubku. W tamtej chwili poczułem irytację, zupełnie nieproporcjonalną do tonu rozmowy. Przecież nikomu nic nie robiłem. Miałem swoje zasady. Granice. Kontrolę.

– Wiesz, że nie znoszę kłamstw – powiedziałem po chwili. – Gdyby Justyna… – urwałem.

Gdyby ona zrobiła to samo? Gdyby cię zdradzała... – dokończył spokojnie.

To było jak uderzenie. Zdałem sobie sprawę, jak często wymagałem od niej przejrzystości, lojalności, obecności. Jak bardzo ceniłem jej przewidywalność. A jednocześnie sam żyłem w kłamstwie.

Żona coś zauważyła

Iga zaczęła pojawiać się w moich myślach nieproszona. W drodze do domu, przy kolacji, nawet wtedy, gdy Justyna siedziała naprzeciwko mnie i opowiadała o spotkaniach, których nazw nie zapamiętywałem. Łapałem się na tym, że porównuję. Jej spokój z impulsem Igi. Jej pytania z jej milczeniem.

Jesteś dziś jakiś nieobecny – powiedziała Justyna, odkładając widelec.

– Zmęczony – odpowiedziałem automatycznie.

Bałem się zdemaskowania, choć nikt mnie nie oskarżał. Każdy dźwięk telefonu podnosił mi tętno. Każde spojrzenie Igi niosło obietnicę i zagrożenie jednocześnie. Przestałem być uczciwy nawet wobec siebie. Nazywałem to równowagą, choć coraz bardziej przypominało balansowanie nad pustką. Roman miał rację. To się nie mogło udać

Męczyło mnie udawanie

Justyna wróciła z kolejnej delegacji wcześniej, bez zapowiedzi. Usłyszałem klucz w zamku w środku popołudnia, w chwili, gdy jeszcze byłem przekonany, że mam przed sobą kilka godzin samotności. Serce podeszło mi do gardła, jakby zrobiło coś, czego nie zdążyłem przemyśleć.

– Już jestem – powiedziała zwyczajnie, stawiając walizkę przy ścianie.

Uśmiechnąłem się za szybko. Za szeroko. Sam to zauważyłem i jeszcze bardziej mnie to usztywniło.

– Myślałem, że jutro… – zacząłem.

– Udało się skończyć wcześniej – odpowiedziała, patrząc na mnie uważniej niż zwykle. – Coś nie tak?

Wszystko było nie tak, ale nie mogłem tego powiedzieć. Każdy mój gest wydawał mi się podejrzany. Zastanawiałem się, czy w domu nie zostało coś, czego nie powinno, czy w moim głosie nie słychać napięcia. Przesuwałem talerze, poprawiałem poduszki, robiłem wszystko, by na nią nie patrzeć.

Atmosfera gęstniała, choć żadne z nas nie wypowiedziało ani jednego oskarżenia. Justyna była spokojna, niemal zbyt spokojna. Obserwowała mnie, jakby sprawdzała, czy nadal pasuję do znanego jej schematu.

Telefon zawibrował na stole. Zamarłem.

– Nie odbierzesz? – zapytała.

– Z pracy – skłamałem i odwróciłem ekran w dół.

Tego wieczoru długo nie mogłem zasnąć. Leżałem obok niej, słuchając jej równego oddechu, i czułem, że mój system się sypie. Wszystko, co dotąd było poukładane, zaczęło się rozsypywać od środka. Kontrola, na której opierałem swoje życie, okazała się iluzją.

Sprawy się skomplikowały

Następnego dnia spotkałem się z Igą. Była inna niż zwykle. Milcząca, spięta.

Nie chcę już być tylko wtedy, gdy jej nie ma – powiedziała w końcu. – Albo jestem częścią twojego życia, albo nie jestem wcale.

Patrzyłem na nią i wiedziałem, że nie ma już wygodnych definicji. Nie mogłem nazwać tego dodatkiem ani chwilą słabości. Każde słowo brzmiało jak oszustwo.

Wróciłem do domu sam. Usiadłem w kuchni, patrząc na pusty blat. Po raz pierwszy nie próbowałem niczego sobie tłumaczyć. Zrozumiałem, że największym kłamstwem nie było to, które ukrywałem przed Justyną czy Igą, ale to, które latami powtarzałem sam sobie, wierząc, że można żyć bez konsekwencji. Nawet pączki z pistacją przestały mi smakować.

Nie zadzwoniłem do Igi od razu. Telefon leżał na stole przez cały wieczór, a ja chodziłem po mieszkaniu, jakbym sprawdzał, czy nadal jest moje. W końcu usiadłem naprzeciwko Justyny. Nie planowałem tego. Żadne listy, żadne przygotowane zdania. Po prostu nie miałem już siły podtrzymywać porządku, który opierał się na milczeniu.

– Muszę ci coś powiedzieć – zacząłem, a ona uniosła wzrok znad dokumentów.

Słuchała w ciszy. Bez przerywania, bez gwałtownych reakcji. Im dłużej mówiłem, tym bardziej zdawałem sobie sprawę, że nie próbuję się bronić. Opowiadałem o własnym egoizmie, o ucieczce, o wygodzie udawania, że wszystko mam pod kontrolą. Gdy skończyłem, zapadła cisza cięższa niż wszystkie wcześniejsze.

Najbardziej boli nie to, co zrobiłeś – powiedziała w końcu Justyna. – Tylko to, że uważałeś, że masz do tego prawo.

Nie próbowała mnie zatrzymać ani wygonić. To było gorsze. Jej spokój był ostatecznym dowodem, że coś bezpowrotnie pękło. Tej nocy spałem w salonie, a rano spakowałem kilka rzeczy. Nie było dramatycznych scen. Było rozstanie, które przyszło zbyt późno, by dało się je naprawić.

Paweł, 44 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama