Reklama

To miał być zwykły poniedziałek, taki jak setki innych w moim uporządkowanym, nieco nudnym życiu. Miałam stabilną pracę, własne mieszkanie na warszawskim Mokotowie i przekonanie, że twardo stąpam po ziemi. Nie szukałam kłopotów. Nie szukałam nawet miłości. A jednak, kiedy teraz patrzę na stertę wezwań do zapłaty i puste miejsce w szafie, gdzie wisiały jego garnitury, mam ochotę krzyczeć. To historia o tym, jak inteligentna, wykształcona kobieta dała się podejść jak dziecko. Jak sprzedałam swoją niezależność za iluzję bycia tą jedyną. I piszę to ku przestrodze, bo Adrian nie miał na czole napisu „oszust”. Miał tam tylko obietnicę raju.

Wymieniliśmy się numerami

Pamiętam ten zapach — mieszankę drogiej wody kolońskiej z nutą tytoniu i świeżej farby drukarskiej. Byłam na wernisażu znajomego, trochę z obowiązku, trochę z nudów. Stałam przy bufecie, analizując w myślach projekt kuchni dla klienta, który od tygodnia marudził o odcień marmuru, kiedy poczułam na sobie czyjś wzrok. To nie było zwykłe spojrzenie. To było jak fizyczne dotknięcie.

Odwróciłam się i zobaczyłam Adriana. Stał oparty o filar, trzymając kieliszek wina w sposób, który sugerował, że urodził się w garniturze za dziesięć tysięcy złotych. Nie był klasycznie przystojny, ale miał w sobie ten rodzaj magnetyzmu, który sprawia, że powietrze wokół gęstnieje. Kiedy podszedł, nie użył taniego tekstu na podryw. Zapytał o moją opinię na temat abstrakcji wiszącej za moimi plecami, a potem słuchał. Boże, jak on potrafił słuchać.

Przez następne dwie godziny świat przestał istnieć. Czułam się, jakbym była jedyną osobą w sali, ba, w całym mieście. Adrian był konsultantem inwestycyjnym, zajmował się optymalizacją kapitału na rynkach wschodzących — brzmiało to imponująco, tajemniczo i wystarczająco nudno, bym nie dopytywała o szczegóły. Imponował mi. Ja, Martyna, 32-letnia architektka wnętrz, która zawsze miała wszystko pod kontrolą, nagle poczułam, że miękną mi kolana.

Wymieniliśmy się numerami. Kiedy wróciłam do domu, moje mieszkanie wydało mi się nagle puste i zimne. Chciałam więcej tego ciepła, które biło od niego. Nie wiedziałam wtedy, że to nie ciepło domowego ogniska, ale pożaru, który strawi wszystko, co zbudowałam.

Zaczęło się niewinnie

Pierwsze trzy miesiące były jak narkotyczny trans. Adrian nie zdobywał mnie — on prowadził na mnie zmasowany nalot. Kwiaty do biura? Oczywiście, ale nie bukiet róż, tylko rzadkie orchidee sprowadzane z Holandii. Kolacje? Tylko w miejscach, gdzie na rezerwację czeka się tygodniami, a on wchodził tam, witany przez menadżera jak stary przyjaciel. Nigdy nie pozwalał mi płacić. Kiedy raz sięgnęłam po portfel, złapał mnie za rękę. Jego uścisk był mocny, stanowczy, może odrobinę zbyt bolesny.

— Martyna, szanujmy się — powiedział cicho, patrząc mi głęboko w oczy. — Jesteś moją kobietą. Królowe nie płacą.

Wtedy to brzmiało romantycznie. Czułam się zaopiekowana. Mój poprzedni facet, Tomek, kłócił się o podział rachunku za pizzę co do złotówki. Adrian był jego przeciwieństwem. Był hojny, szarmancki i… zaborczy. Zaczęło się niewinnie.

— Kochanie, po co masz iść na kawę z Kaśką? Przecież ona ciągle narzeka na swojego męża, to toksyczne. Zostańmy w domu, zamówię sushi, zrobię ci masaż — mówił, gładząc mnie po karku.

I zostawałam. Kaśka dzwoniła, pisała, a ja odpisywałam zdawkowo. Adrian miał rację, myślałam. Kaśka po prostu zazdrości. Nikt nie patrzył na nią tak, jak Adrian patrzył na mnie. Powoli, systematycznie, odcinał mnie od otoczenia. Moi rodzice? Zbyt konserwatywni, nie rozumieją naszej nowoczesnej relacji. Znajomi z pracy? Korporacyjne szczury, które ściągają mnie w dół. Wierzyłam mu. On był moim lustrem, a ja widziałam w nim lepszą wersję siebie. Wersję ekskluzywną.

Początkowo odmówił

Pół roku po naszym poznaniu Adrian wprowadził się do mnie. To znaczy pomieszkiwał, bo jego apartament rzekomo był w trakcie generalnego remontu. Zbagatelizowałam fakt, że nigdy tam nie byłam. Przecież widziałam kluczyki do jego luksusowego Audi, widziałam jego drogie zegarki. Człowiek z takim statusem nie mógł kłamać, prawda?

To był deszczowy listopad. Adrian wrócił do domu blady, z zaciśniętymi szczękami. Nie odzywał się przez godzinę, nerwowo chodząc po salonie. W końcu, przyparta moją troską do muru, wyznał:

— Zablokowali mi przelew ze Szwajcarii. Jakaś bzdurna procedura bankowa związana z praniem brudnych pieniędzy, kompletna pomyłka. Wyjaśnię to w tydzień, ale teraz mam okazję życia. Grunt pod Warszawą, licytacja komornicza. Muszę wpłacić wadium do jutra do południa, inaczej przepadnie okazja na zarobienie trzystu procent w pół roku.

— Ile? — zapytałam, czując dziwny ucisk w żołądku.

— Czterdzieści tysięcy. Mam gotówkę w sejfie w Zurychu, ale fizycznie jestem tu uziemiony.

Czterdzieści tysięcy. To były moje oszczędności na nowy samochód. Ale patrzyłam na jego spoconą twarz, na jego desperację. To był mój Adrian, mój książę.

— Mogę ci pożyczyć — powiedziałam cicho.

Początkowo odmówił. Grał dumnego. „Nie mogę brać pieniędzy od kobiety”, mówił. Musiałam go przekonywać, żeby wziął moje pieniądze. Kiedy w końcu się zgodził, całował mnie po rękach. Czułam się jak wybawicielka. Jak partnerka w biznesie. Tydzień później oddał mi pieniądze. Co do grosza. Przyniósł też bransoletkę od Tiffany'ego jako odsetki.

Nigdy w ciebie nie zwątpiłem — szepnął, zapinając ją na moim nadgarstku.

To był haczyk. Połknęłam go w całości, razem ze spławikiem i wędką. Zbudował zaufanie, by za chwilę uderzyć ze zdwojoną siłą.

Jego oczy błyszczały

Kolejne miesiące to była emocjonalna huśtawka. Raz był czuły i kochany, by za chwilę wpadać w furię z byle powodu.

— Znowu masz na sobie tę sukienkę? Wyglądasz w niej tanio — rzucał przed wyjściem na kolację.

Biegłam się przebrać, płacząc w łazience, a potem przepraszałam go, że musiał na mnie czekać.

— Robię to dla ciebie, Martyna. Musisz reprezentować poziom. Jesteśmy parą power couple — tłumaczył, gdy wsiadaliśmy do taksówki.

Uzależnił mnie od swojej aprobaty. Każdy mój sukces zawodowy był miły, ale to jego wielkie interesy były ważne. W łóżku też wszystko zmieniło się w grę o władzę. Kiedy był zadowolony, seks był nieziemski. Kiedy miał gorszy dzień (czytaj: kłopoty z inwestorami), karał mnie chłodem, odwracał się plecami, sprawiając, że czułam się nieatrakcyjna i niechciana.

A potem przyszła Wielka Inwestycja.

— Deweloperka, kochanie. To jest przyszłość. Mam dojście do kamienicy na Pradze. Do remontu, ale struktura zdrowa. Możemy to kupić za bezcen, wyremontować — tu wchodzisz ty ze swoim talentem, i sprzedać z milionowym zyskiem.

Jego oczy błyszczały. Roztaczał przede mną wizję: nasze wspólne biuro, podróże, dom w Toskanii. Był tylko jeden problem. Jego środki wciąż były zamrożone w jakimś skomplikowanym funduszu powierniczym. Potrzebował wkładu własnego. Dużego.

— Weź kredyt pod hipotekę swojego mieszkania — rzucił to tak lekko, jakby prosił o podanie soli.

Zamarłam. Moje mieszkanie było moją jedyną bezpieczną przystanią. Było spłacone.

— Adrian, nie wiem... to ryzykowne.

— Ryzykowne? — Rysy jego twarzy stwardniały. — Czy ty mi nie ufasz? Po tym wszystkim? Oddałem ci tamtą pożyczkę, prawda? Jestem milionerem, Martyna, chwilowo bez płynności. Jeśli nie chcesz ze mną budować przyszłości, to powiedz to wprost. Może Monika z działu prawnego będzie bardziej chętna do współpracy.

Wzmianka o Monice (fikcyjnej czy prawdziwej, nie wiem) zadziałała. Bałam się go stracić. Bałam się, że moje nudne życie wróci, a kolorowy ptak odleci. Poszłam do banku. Wzięłam 300 tysięcy złotych pożyczki hipotecznej. Przelałam na jego konto inwestycyjne.

Ciągle potrzebował gotówki

Przez pierwsze tygodnie po przelewie Adrian był w euforii. Przynosił jakieś papiery, pokazywał rzuty (które, jako architekt, oceniałam jako dość amatorskie, ale bałam się krytykować). Potem jednak entuzjazm zgasł. Adrian zaczął znikać.

— Spotkania z notariuszem — mówił.

„Problemy z konserwatorem zabytków” — pisał w SMS-ach.

W domu atmosfera stała się nie do zniesienia. Adrian ciągle potrzebował gotówki na bieżące opłaty operacyjne. Moja karta kredytowa została wyczyszczona do limitu. Brałam chwilówki, żeby zapłacić rachunki za prąd, bo jego karta wciąż nie doszła z zagranicy. Schudłam pięć kilogramów. Moja cera poszarzała. W pracy zawaliłam projekt, bo nie mogłam się skupić.

Kiedy Kaśka, moja przyjaciółka, którą ignorowałam od miesięcy, wpadła do mnie niespodziewanie i zobaczyła mój stan, rozpłakała się.

— Martyna, co on z tobą robi? Wyglądasz jak cień człowieka!

Wyrzuciłam ją za drzwi. Krzyczałam, że jest zazdrosna, że nie rozumie wielkiego biznesu. Że Adrian mnie kocha. Boże, jak bardzo byłam ślepa. Broniłam swojego kata, bo przyznanie się do błędu oznaczałoby, że straciłam wszystko.

Nie byłam wyjątkowa

Pewnego wieczoru Adrian poszedł pod prysznic. Zostawił telefon na szafce nocnej. Ekran rozbłysnął. Nigdy tego nie robiłam, szanowałam jego prywatność, ale coś we mnie pękło. Może to instynkt samozachowawczy, który wreszcie się obudził. Wiadomość była od „Marek - Audi”.

Treść: „Stary, kiedy oddasz kasę za wynajem? Zalegasz za dwa miesiące, muszę ci zabrać auto, jak nie przelejesz do jutra”.

Wynajem? Jego luksusowe Audi było wynajmowane? Od Marka? Drżącymi rękami wpisałam kod — znałam go, bo widziałam setki razy, jak go wpisuje. 1234. Tak banalny, jak on sam. To, co znalazłam, sprawiło, że mnie zemdliło. Nie było żadnej kamienicy. Nie było żadnych inwestycji w Szwajcarii. Były za to aplikacje bukmacherskie. Setki transakcji. Przegrane zakłady na mecze piłkarskie w drugiej lidze tureckiej, na wyścigi konne, na wirtualnego pokera.

Moje 300 tysięcy. Moje oszczędności. Pieniądze z moich kart kredytowych. Wszystko poszło na hazard. Były też SMS-y do innych kobiet. „Sylwia - pożyczka”, „Ania - Tinder”. Pisał do nich te same teksty, co do mnie. „Królowo”, „Inwestycja życia”, „Przejściowe kłopoty”. Byłam tylko jedną z wielu. Nie byłam wyjątkowa. Po prostu kolejne źródło finansowania jego nałogu.

Roześmiał się

Kiedy wyszedł z łazienki, siedziałam na łóżku z jego telefonem w ręku. Byłam blada, trzęsłam się, ale w środku czułam dziwny chłód.

— Co ty robisz? — zapytał ostro, rzucając się w moją stronę.

Gdzie są pieniądze, Adrian? — zapytałam cicho. — Gdzie jest kamienica?

Zatrzymał się. Przez ułamek sekundy widziałam w jego oczach strach, ten pierwotny lęk zwierzęcia zapędzonego w kozi róg. Ale zaraz potem nałożył maskę. Tę arogancką maskę, którą tak kochałam.

— Grzebałaś w moim telefonie? Jak śmiesz? Po tym wszystkim, co dla nas robię? Naruszasz moją prywatność! To jest karalne!

— Ty jesteś karalny! — wrzasnęłam, rzucając telefonem o ścianę. — Okradłeś mnie! Przegrałeś moje życie u bukmachera!

Wtedy pokazał swoją prawdziwą twarz. Nie było już żadnych czułych słówek.

— Jesteś głupia — syknął, podchodząc blisko. — Sama mi to dałaś. Mam umowy. Mam twoje podpisy. Prawnie to były darowizny albo inwestycje obarczone ryzykiem. Nic mi nie zrobisz. Jesteś nikim beze mnie. — Popchnął mnie na łóżko.

— Pakuj się. Wychodzisz — powiedziałam, choć głos mi się łamał.

Roześmiał się.

— Tak, odchodzę. I tak już nic z ciebie nie wycisnę. Jesteś wydrenowana, skarbie. Pusta. Nudna.

Zabrał swoją torbę (markową, pewnie też podróbka albo prezent od innej naiwnej), spakował laptopa i wyszedł. Zostałam sama w mieszkaniu, które formalnie należało już bardziej do banku niż do mnie.

Zostałam ze zszarganą reputacją

Następne dni to była mgła. Kiedy poszłam do prawnika, potwierdził słowa Adriana. Odzyskanie pieniędzy będzie piekielnie trudne. Adrian oficjalnie nie ma nic. Żadnego majątku, żadnej pracy, meldunek u matki w małej miejscowości na Podkarpaciu. Jest nieściągalny. Zostałam z kredytem hipotecznym, którego rata po podwyżkach stóp procentowych zjada 80% mojej pensji. Zostałam z debetem na kartach. Zostałam ze zszarganą reputacją, bo okazało się, że pożyczył też 5 tysięcy od mojej asystentki, powołując się na mnie.

Musiałam sprzedać samochód. Musiałam wynająć jeden pokój w moim mieszkaniu studentce, żeby mieć na raty. Ja, 32-letnia kobieta sukcesu, dzielę łazienkę z obcą dziewczyną, bo mój książę z bajki okazał się uzależnionym od hazardu socjopatą. Najgorsze nie są jednak pieniądze. Najgorsze jest to, co zrobił z moją głową. Przez miesiące wierzyłam, że jestem do niczego, że to ja go zawodzę. Że nie jestem dość dobra.

Spotkałam się z Kaśką. Płakałam jej w ramię przez cztery godziny. Nic nie powiedziała. Po prostu zrobiła herbatę i pomogła mi wypełnić wniosek o wakacje kredytowe.

Powoli staję na nogi

Minął rok. Sprawa jest w prokuraturze, ale szanse są marne. Adrian zapadł się pod ziemię — pewnie inwestuje pieniądze innej zakochanej kobiety w innym mieście. Czasem wchodzę na fora internetowe i czytam historie o oszustach matrymonialnych. Jest nas tysiące. Inteligentne, zaradne, spragnione miłości kobiety, które dały się uwieść iluzji. Powoli staję na nogi. Chodzę na terapię dla ofiar przemocy narcystycznej. Uczę się na nowo ufać sobie, swoim instynktom. Wiem już, że jeśli coś wygląda zbyt pięknie, by było prawdziwe, to zazwyczaj jest kłamstwem.

Martyna, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama