„Kochałam synka, ale tęskniłam za wolnością. Teraz marzę o tym, by cofnąć czas i znowu zacząć żyć”
„Po tamtej awanturze Błażej uznał, że potrzebujemy zmiany otoczenia. Zorganizował weekendowy wyjazd do domku nad jeziorem. Tylko my we trójkę. Cisza, spokój, natura. Miało być idyllicznie. Miałam odpocząć. Rzeczywistość zweryfikowała te plany brutalnie szybko”.

Każdego ranka budzę się z ciężarem na piersiach, który nie ma nic wspólnego z chorobą serca czy płuc. To ciężar miłości, która stała się moją najsłodszą, a zarazem najciaśniejszą klatką. Kiedy otwieram oczy i widzę małą, ufną twarz mojego syna śpiącego obok, czuję falę czułości tak potężną, że zapiera mi dech. Ale zaraz za nią, niczym cień, nadciąga dławiące uczucie straty. Patrzę na niego i widzę w nim cały mój obecny świat, ale gdzieś w głębi duszy — w tym mrocznym kąciku, do którego nikogo nie wpuszczam, słyszę szept: oddałabym wszystko, by cofnąć czas. By odzyskać siebie. To historia o tym, jak bardzo można kochać kogoś nad życie i jednocześnie nienawidzić roli, którą przyszło nam grać.
Chcę ciszy
Pamiętam tamte dni tak wyraźnie, jakby to było wczoraj, choć czasem mam wrażenie, że minęły całe wieki. Mieszkałam w przestronnym, jasnym mieszkaniu w centrum miasta, gdzie podłogi zawsze lśniły czystością, a na stoliku kawowym leżały drogie albumy o sztuce, a nie nadgryzione chrupki kukurydziane w lepkich plamach po soku. Budziłam się bez budzika, przeciągałam leniwie w pościeli z egipskiej bawełny i myślałam o tym, co chcę zrobić, a nie o tym, co muszę.
Byłam architektką krajobrazu. Moje dłonie, teraz wiecznie przesuszone od ciągłego mycia butelek i sprzątania, kiedyś szkicowały ogrody dla prestiżowych hoteli i prywatnych rezydencji. Czułam się ważna, sprawcza. Moje decyzje miały znaczenie, a ludzie liczyli się z moim zdaniem. Pamiętam ten dreszcz emocji, gdy wygrywałam przetarg, to uczucie spełnienia, gdy patrzyłam na zrealizowany projekt. Byłam Alicją: kobietą sukcesu, pasjonatką, podróżniczką, która potrafiła spakować walizkę w piętnaście minut i polecieć na weekend do Barcelony tylko dlatego, że znalazła tanie bilety.
Teraz tamta Alicja jest tylko wspomnieniem, duchem, który nawiedza mnie, gdy patrzę w lustro i widzę zmęczoną kobietę w dresie poplamionym kaszką. Mój syn, Leoś, ma dwa i pół roku. Jest cudownym, bystrym chłopcem o wielkich, brązowych oczach, które patrzą na mnie z bezgraniczną miłością. Kiedy się uśmiecha, moje serce topnieje. Naprawdę. Kocham go tak mocno, że to fizycznie boli. Gdyby zaszła taka potrzeba, rzuciłabym się za nim w ogień bez chwili wahania.
A jednak, gdy o piątej rano czuję małą stópkę wbijającą mi się w żebra i słyszę domagające się uwagi marudzenie, pierwszą myślą, jaka pojawia się w mojej głowie, nie jest radość z nowego dnia. To jest rozpacz. Cicha, lepka rozpacz i pragnienie ucieczki. Chcę tylko odwrócić się na drugi bok i spać przez kolejne cztery godziny. Chcę ciszy. Chcę, żeby nikt mnie nie dotykał, nikt ode mnie niczego nie chciał, nikt nie wołał „mama” po raz setny w ciągu godziny. Wstaję jednak, bo muszę. Zakładam maskę, uśmiecham się i zaczynam kolejny dzień, który wygląda dokładnie tak samo jak poprzedni. Dzień świstaka w wersji dla matek.
Czułam się jak oszustka
Najgorsze w tym wszystkim jest poczucie osamotnienia w moich odczuciach. Społeczeństwo, media, a nawet moja własna matka, wszyscy wtłaczali mi do głowy jeden przekaz: macierzyństwo to spełnienie. To najwyższa forma kobiecości, magiczny czas, kiedy zapominasz o własnym ego i roztapiasz się w miłości do potomstwa. Nikt nie uprzedził mnie o żałobie. Bo ja przeżywam żałobę. Opłakuję swoje dawne życie każdego dnia. Tęsknię za możliwością wyjścia do toalety bez towarzystwa i dobijania się do drzwi. Tęsknię za rozmowami o literaturze, polityce czy nowinkach technologicznych, zamiast dyskusji o konsystencji kupy czy wyborze najlepszego bidonu. Tęsknię za swoimi pieniędzmi, które wydawałam na siebie bez poczucia winy.
Spotkałam się niedawno z moją przyjaciółką, Magdą. Ona też ma dziecko, córeczkę w wieku Leosia. Siedziałyśmy na placu zabaw, patrząc, jak nasze dzieci przesypują piasek z wiaderka do wiaderka. Magda wyglądała promiennie.
— Wiesz, Alicja — powiedziała, poprawiając idealnie ułożone włosy. — Nigdy nie byłam szczęśliwsza. Zuzia to mój cały świat. Czasem myślę, że przed jej urodzeniem moje życie było puste. Teraz mam cel.
Poczułam, jak żołądek podchodzi mi do gardła. Patrzyłam na nią i zastanawiałam się, czy ona kłamie, czy to ze mną jest coś nie tak. Jestem uszkodzona? Brakuje mi jakiegoś genu, który odpowiada za czerpanie ekstatycznej radości z bycia matką na pełen etat?
— Tak, to niesamowite — skłamałam gładko, choć w środku krzyczałam.
Wróciłam do domu z poczuciem winy, które ważyło tonę. Leoś biegł do mnie z radosnym piskiem, a ja marzyłam tylko o tym, żeby włączyć mu bajkę i zamknąć się w sypialni ze słuchawkami na uszach. Czułam się jak oszustka. Jak szpieg w krainie matek, który tylko udaje, że pasuje do reszty, podczas gdy w rzeczywistości planuje ucieczkę.
Moment, w którym tama pękła
Mój mąż, Błażej, to dobry człowiek. Naprawdę się stara. Pracuje w branży IT, zarabia na nasze utrzymanie, a po pracy bawi się z Leosiem klockami i kąpie go wieczorem. Teoretycznie nie powinnam narzekać. Mam wsparcie, nie jestem samotną matką. A jednak nasza relacja zaczęła przypominać pole minowe.
Błażej wracał z biura o siedemnastej. Wchodził do domu, pachnący świeżym powietrzem i „zewnętrznym światem”. Opowiadał o lunchu ze współpracownikami, o nowym projekcie, o korkach na mieście. A ja słuchałam tego z narastającą zazdrością, która zmieniała się w gniew. On wychodził. On miał przerwy na kawę, podczas których nikt nie wylewał na niego soku. Mógł słuchać muzyki w samochodzie. Mógł być Błażejem specjalistą, kolegą, człowiekiem. Ja byłam tylko „mamą”. Całodobowym serwisem obsługi małego człowieka.
Pewnego wieczoru, gdy Leoś w końcu zasnął po godzinnej walce, usiedliśmy w salonie. Błażej włączył serial, a ja tępo patrzyłam w ekran, nie rejestrując fabuły.
— Jesteś jakaś nieobecna ostatnio — zauważył, kładąc mi rękę na kolanie. — Może powinnaś gdzieś wyjść? Umówić się z dziewczynami?
To była troska, ale w moich uszach tych kilka słów zabrzmiało jak oskarżenie.
— Wyjść? — prychnęłam, odsuwając się gwałtownie. — Kiedy? I z kim? Większość moich znajomych pracuje albo nie ma dzieci i nie rozumie, dlaczego muszę być w domu o dziewiętnastej. A poza tym, po czym mam wyjść? Nie mam siły nawet umyć włosów, a co dopiero udawać towarzyską lwicę.
— Przecież siedziałaś cały dzień w domu — rzucił niefortunnie.
To był ten moment. Moment, w którym tama pękła.
— Siedziałam w domu?! — Mój głos zadrżał, a potem wzbił się na wyższe rejestry. — Myślisz, że ja tu siedzę i pachnę? Przez dwanaście godzin byłam animatorką, kucharką, sprzątaczką, negocjatorem i pielęgniarką. Nie usiadłam nawet na pięć minut, żeby wypić ciepłą herbatę! Nie mam ani chwili dla siebie, nawet w toalecie mam widownię! A ty mówisz, że siedziałam?!
Błażej patrzył na mnie zszokowany. Nigdy wcześniej tak na niego nie krzyczałam. Zazwyczaj dusiłam to w sobie, połykałam frustrację razem z zimnym obiadem.
— Alicja, spokojnie, nie chciałem cię urazić — próbował łagodzić sytuację.
— Ale uraziłeś! — Wybuchnęłam płaczem. — Nienawidzę tego. Nienawidzę tego życia. Nienawidzę tego, że przestałam istnieć jako ja!
Powiedziałam to. Wypowiedziałam te słowa na głos. Zapadła cisza, gęsta i ciężka. Błażej patrzył na mnie, jakby zobaczył ducha. Wiedziałam, co myśli. Że jestem wyrodną matką. Że nie kocham naszego syna. Ale to nie była prawda. Kochałam Leosia, ale nienawidziłam tego, co macierzyństwo zrobiło ze mną.
Czułam się jak więzień
Po tamtej awanturze Błażej uznał, że potrzebujemy zmiany otoczenia. Zorganizował weekendowy wyjazd do domku nad jeziorem. Tylko my we trójkę. Cisza, spokój, natura. Miało być idyllicznie. Miałam odpocząć. Rzeczywistość zweryfikowała te plany brutalnie szybko. Leoś źle zniósł podróż, wymiotował w samochodzie, co wiązało się z przymusowym postojem na poboczu autostrady i przebieraniem wrzeszczącego dziecka w strugach deszczu. Kiedy dotarliśmy na miejsce, okazało się, że domek nie jest tak dobrze przystosowany dla małych dzieci, jak zapewniano w ogłoszeniu. Wszędzie były schody bez barierek i ostre kanty.
Zamiast relaksu z książką na tarasie, spędziłam dwa dni biegając za synem i pilnując, żeby nie zrobił sobie krzywdy. W nocy, w nowym miejscu, Leoś budził się co godzinę. Błażej spał jak zabity po kilku piwach przy grillu, a ja krążyłam po obcym pokoju z płaczącym dzieckiem na rękach, czując, jak zmęczenie wchodzi w każdą komórkę mojego ciała. W niedzielę rano, gdy Leoś wpadł w histerię, bo nie pozwoliłam mu zjeść kamienia, poczułam, że zaraz eksploduję.
Zostawiłam wrzeszczące dziecko mężowi i wybiegłam z domku. Biegłam w stronę lasu, nie zważając na to, że jestem w piżamie i klapkach. Dobiegłam do jakiegoś zwalonego pnia i usiadłam na nim, chowając twarz w dłoniach. Wyłam. Nie płakałam — ja wyłam jak zranione zwierzę. Wyłam z bezsilności, z tęsknoty za moją dawną wolnością, z żalu za utraconą tożsamością. Przypomniałam sobie, jak cztery lata temu byłam na trekkingu w górach. Byłam silna, niezależna, szczęśliwa. Teraz czułam się jak więzień we własnym życiu. Miałam ochotę iść przed siebie i nigdy nie wracać.
Ta myśl mnie przeraziła. Jak mogłam myśleć o porzuceniu własnego dziecka? Przecież je kocham. Wtedy zrozumiałam, że to rozdwojenie mnie niszczy. Że nie mogę dłużej udawać, że wszystko jest w porządku. Że miłość do dziecka nie musi oznaczać rezygnacji z siebie, a ja właśnie to zrobiłam — złożyłam siebie w ofierze na ołtarzu macierzyństwa i teraz mam pretensje do całego świata.
Ustaliliśmy plan
Wróciłam do domku po godzinie. Byłam zziębnięta, ale dziwnie spokojna. Błażej siedział na podłodze z Leosiem, układali klocki. Gdy mnie zobaczył, w jego oczach dostrzegłam strach. Bał się, że nie wrócę?
— Musimy porozmawiać — powiedziałam cicho, ale stanowczo.
Tego wieczoru, gdy Leoś w końcu zasnął, otworzyliśmy wino. Nie było kłótni. Była brutalna szczerość.
— Błażej, ja dłużej tak nie pociągnę — zaczęłam. — Kocham naszego syna, ale umieram w środku. Potrzebuję swojego życia. Nie mogę być tylko matką. Jeśli czegoś nie zmienimy, zwariuję. Albo odejdę. A nie chcę odchodzić.
Opowiedziałam mu o wszystkim. O zazdrości, o poczuciu bycia niewidzialną, o braku stymulacji intelektualnej, o tym, jak bardzo tęsknię za pracą. Błażej słuchał w milczeniu. Nie przerywał, nie bronił się. Po raz pierwszy chyba naprawdę usłyszał, co do niego mówię, a nie tylko to, co chciał słyszeć.
— Myślałem, że tego chciałaś — powiedział w końcu cicho. — Że chcesz być z nim w domu, dopóki nie pójdzie do przedszkola. Zawsze mówiłaś, że chcesz być obecną matką.
— Chciałam — przyznałam. — Ale nie wiedziałam, ile to będzie mnie kosztować. Nie wiedziałam, że bycie obecną matką oznacza bycie nieobecną dla samej siebie.
Ustaliliśmy plan. To nie było łatwe, bo wymagało przeorganizowania naszego budżetu i logistyki. Zdecydowaliśmy, że Leoś pójdzie do żłobka, na początek na cztery godziny dziennie. Że ja wrócę do pracy, choćby na pół etatu, jako freelancerka. Że w każdy czwartek wieczorem mam wychodne i Błażej nie ma prawa do mnie dzwonić, chyba że dom stanie w płomieniach.
Miałam w sobie nową energię
Pierwszy dzień w żłobku był koszmarem. Leoś płakał, trzymając się mojej nogi, a ja czułam, jak serce pęka mi na pół. Wychowawczyni delikatnie go odciągnęła, a ja wyszłam za drzwi, słysząc jego krzyk: „Mama, nie!”. Stałam na korytarzu i trzęsłam się. Instynkt krzyczał: wracaj, zabierz go, chroń go! Ale rozsądek podpowiadał: jeśli teraz nie wyjdziesz, utoniesz. Wyszłam z budynku. Wsiadłam do samochodu i... zapadła cisza. Absolutna cisza.
Pojechałam do kawiarni, otworzyłam laptopa. Przez pierwsze pół godziny nie mogłam się skupić, ciągle sprawdzałam telefon, czekając na wiadomość, że muszę go odebrać. Ale nikt nie dzwonił. Powoli, bardzo powoli, zaczęłam wracać do świata żywych. Otworzyłam program do projektowania. Zaczęłam szkicować. I nagle poczułam to. To zapomniane uczucie ekscytacji. Mój mózg zaczął pracować na innych obrotach. Nie myślałam o pieluchach. Myślałam o proporcjach, o fakturach, o roślinach. Byłam Alicją-architektką.
Kiedy odebrałam Leosia po czterech godzinach, rzucił mi się na szyję. Był trochę zapłakany, ale żył. A ja? Ja miałam w sobie nową energię. Kiedy wróciliśmy do domu, miałam siłę, by bawić się z nim w chowanego. Miałam cierpliwość, by tłumaczyć mu, dlaczego nie wolno malować po ścianach. Nie byłam już sfrustrowanym strzępkiem nerwów. Byłam kobietą, która popracowała, wypiła ciepłą kawę i teraz mogła być mamą.
Poczułam ciepło w sercu
Minęło pół roku od tamtego weekendu. Czy wszystko jest idealnie? Oczywiście, że nie. Nadal zdarzają się dni, kiedy mam ochotę wyjść i nie wrócić. Nadal bywam zmęczona tak, że zasypiam na stojąco. Nadal czuję ukłucie żalu, gdy widzę na Instagramie zdjęcia znajomych z egzotycznych wakacji bez dzieci. To rozdwojenie we mnie nie zniknęło całkowicie. Nadal jestem podzielona między miłością do syna a tęsknotą za wolnością. Ale nauczyłam się tym zarządzać. Zrozumiałam, że te dwa uczucia mogą współistnieć. Mogę kochać moje dziecko nad życie i jednocześnie nienawidzić wstawania o piątej rano. Mogę być wdzięczna za jego istnienie i żałować utraconej spontaniczności. To nie czyni mnie potworem. To czyni mnie człowiekiem.
Przestałam dążyć do bycia matką idealną, taką jak z obrazka, która poświęca się bez reszty. Zrozumiałam, że moje poświęcenie nikomu nie służy: ani mnie, ani Błażejowi, a już na pewno nie Leosiowi, który potrzebuje szczęśliwej matki, a nie męczennicy. Ostatnio, gdy siedziałam przy biurku i kończyłam projekt ogrodu dla klienta, Leoś podszedł do mnie z kredkami.
— Mama rysuje? — zapytał.
— Tak, kochanie, mama pracuje — odpowiedziałam, biorąc go na kolana.
Popatrzył na ekran, potem na mnie i uśmiechnął się.
— Ładne — powiedział.
Poczułam ciepło w sercu. Nie zniknęło moje dawne ja. Ono tam było, czekało, aż pozwolę mu wrócić do głosu. Teraz uczę się łączyć te dwa światy. To trudny taniec, pełen potknięć, ale przynajmniej znowu słyszę muzykę. Kocham mojego syna. I wreszcie, po długim czasie, znowu zaczynam lubić swoje życie. Nie jest takie samo jak kiedyś. Jest inne, trudniejsze, bardziej wymagające, ale jest moje. I już nie pozwolę go sobie odebrać.
Alicja, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Zapłaciłam fortunę za pączka z niespodzianką. W środku była jednak tylko zwykła marmolada”
- „Żona zaplanowała idealną kolację walentynkową, a ja wszystko zepsułem. Gdy wręczyłem jej prezent, było jeszcze gorzej”
- „Moja żona wszystko brała zbyt serio. Nawet mój romans uznała za koniec świata, a to przecież była tylko rozrywka”

