Reklama

Siedzę w salonie, który ma trzysta metrów kwadratowych, a czuję się, jakbym był zamknięty w pudełku po zapałkach. W garażu stoją trzy samochody, których nazw nawet nie potrafię poprawnie wymówić, a na ścianach wiszą obrazy warte więcej niż całe życie moich rodziców. Ale cisza w tym domu jest tak głośna, że aż pękają bębenki. Moja córka, Zuzanna, właśnie wysłała mi asystentkę, żeby ustalić termin naszej świątecznej wideokonferencji. Nie ma czasu na spotkanie. Nie ma czasu dla ojca, który dekadę temu sprzedał duszę diabłu, albo raczej losowi, żeby ona mogła stać się tym, kim jest dzisiaj. To ja stworzyłem tego potwora. Pięknego, wykształconego, pachnącego drogimi perfumami potwora, który wstydzi się mojego nazwiska.

Byłem jej bohaterem

Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj, choć minęło już piętnaście lat. Wtedy nie nazywałem jej Zuzanną. Była po prostu Zuzią. Małą, piegowatą iskierką, która biegała po moim warsztacie samochodowym, brudząc sobie sukienkę smarem. Byłem wtedy nikim. Po prostu Markiem, mechanikiem z brudem za paznokciami, którego nie dało się domyć nawet pumeksem i pastą BHP. Moja żona, Ania, odeszła od nas, gdy Zuzia miała trzy latka, zostawiając mnie z długami, złamanym sercem i małą dziewczynką, która pytała, dlaczego mama zniknęła.

Nasze życie było proste, wręcz banalne w swojej biedzie. Mieliśmy dwupokojowe mieszkanie w bloku z wielkiej płyty, gdzie sąsiad z góry co wieczór urządzał awantury, a zimą wiatr hulał przez nieszczelne okna tak mocno, że musieliśmy spać w dresach. Ale mieliśmy siebie. Pamiętam, jak Zuzia siadała mi na kolanach, kiedy wracałem zmęczony po dwunastu godzinach pod podwoziem jakiegoś starego Opla.

— Tatusiu, zjesz ze mną tosta? — pytała, trzymając w rączce przypalony chleb z najtańszym serem. To były nasze uczty. Królewskie uczty.

Wtedy, mimo że ledwo wiązałem koniec z końcem, czułem się potrzebny. Byłem jej bohaterem, bo potrafiłem naprawić lalkę przy pomocy taśmy izolacyjnej i kleju. Byłem jej całym światem. Nie wiedziałem wtedy, że bieda była spoiwem, które trzymało nas tak blisko. Że wspólne liczenie drobnych w słoiku, żeby kupić lody w niedzielę, budowało więź, której żadne pieniądze nie są w stanie zastąpić.

Nie mogłem oddychać

To brzmi absurdalnie, prawda? Powiedzieć, że wygrana na loterii zrujnowała mi życie. Przecież każdy o tym marzy. Każdy, kto stoi w kolejce w Żabce i patrzy na te kolorowe kupony, myśli: Gdybym tylko trafił, wszystko by się zmieniło. I zmieniło się. O Boże, jak bardzo się zmieniło.

Był listopadowy, deszczowy dzień. Wszedłem na stację benzynową tylko po to, żeby zapłacić za paliwo do mojego rzęcha. Zostało mi w kieszeni dokładnie dziesięć złotych reszty. Zuzia dzień wcześniej płakała, bo koleżanki z klasy śmiały się z jej butów. Miały dziurę na czubku. Zakleiłem ją, ale dzieci są okrutne. Widzą wszystko. Kupiłem ten los w odruchu desperacji. Czysty impuls. Nawet nie sprawdziłem liczb od razu. Kupon walał się w schowku samochodowym przez trzy dni, między starymi paragonami a skrobaczką do szyb.

Kiedy w końcu sprawdziłem wyniki, siedziałem w kuchni nad talerzem zupki chińskiej. Ekran mojego starego telefonu zamrugał. Sześć cyfr. Sześć przeklętych cyfr, które ułożyły się w kombinację otwierającą sejf do raju. Dwadzieścia cztery miliony złotych. Najpierw nie mogłem oddychać. Potem zacząłem płakać. Nie ze szczęścia. Ze strachu. Pamiętam, że wbiegłem do pokoju Zuzi, która spała, przytulając swojego wytartego misia. Patrzyłem na nią i przysięgłem sobie: Nigdy więcej nikt nie wyśmieje twoich butów. Będziesz miała wszystko. Będziesz księżniczką. To był mój pierwszy błąd. Pomyliłem bycie ojcem z byciem bankomatem.

Cieszyłem się jej radością

Decyzje zapadały błyskawicznie. Stare mieszkanie sprzedałem za bezcen, rozdając większość mebli sąsiadom. Kupiłem dom. Nie, to nie był dom. To była rezydencja pod Warszawą, na zamkniętym osiedlu, gdzie trawa była malowana na zielono (przynajmniej tak to wyglądało), a ochrona przy bramie legitymowała nawet dostawców pizzy. Zuzia miała wtedy dziesięć lat. Przeniosłem ją do prywatnej, brytyjskiej szkoły. Czesne kosztowało tyle, ile ja zarabiałem przez rok w warsztacie.

Początki były trudne, ale ekscytujące. Pamiętam nasze pierwsze zakupy w drogich butikach. Zuzia biegała między wieszakami, dotykając jedwabiu i kaszmiru, a ja stałem z boku, wciąż w moich jeansach z bazaru, i wyciągałem platynową kartę. Ekspedientki patrzyły na mnie z mieszaniną pogardy i służalczości. Wiedziały, że nie pasuję do tego świata, ale wiedziały też, że moje pieniądze są tak samo dobre, jak pieniądze starej arystokracji.

— Tato, zobacz! Wyglądam jak te panie z telewizji! — krzyczała Zuzia, wirując w sukience za trzy tysiące złotych.

Cieszyłem się jej radością. Myślałem, że daję jej bezpieczeństwo. Kupiłem jej najlepszy komputer, najnowszy telefon, opłaciłem lekcje tenisa, jazdy konnej, francuskiego i gry na pianinie. Zatrudniłem gosposię, panią Halinkę, żeby gotowała i sprzątała, bo przecież milionerzy nie szorują kibli. Ja sam przestałem pracować. Zamknąłem warsztat. To był kolejny błąd. Praca trzymała mnie przy ziemi. Bez niej zacząłem dryfować. Całymi dniami snułem się po wielkim domu, oglądając telewizję na 85-calowym ekranie i czekając, aż Zuzia wróci ze szkoły. Ale kiedy wracała, była coraz bardziej... inna.

Wycofałem się do kuchni

Pierwszy raz poczułem ukłucie w sercu dwa lata po wygranej. Zuzia miała dwanaście lat. Zorganizowała przyjęcie urodzinowe dla koleżanek z nowej szkoły. Same córki prezesów, polityków, celebrytów. Chciałem być dobrym gospodarzem. Kupiłem najlepsze mięso na grilla, założyłem nową koszulę (którą uważałem za elegancką, choć była trochę za jaskrawa) i wyszedłem do ogrodu, żeby przywitać gości.

— Cześć, dzieciaki! Kto ma ochotę na karkówkę mistrza Marka?! — zawołałem wesoło, trzymając w ręku szczypce.

Zapadła cisza. Dziewczynki w markowych ubraniach spojrzały na mnie jak na egzotyczne zwierzę. Zuzia podbiegła do mnie, czerwona na twarzy. Nie ze śmiechu. Ze wstydu.

— Tato... — syknęła przez zęby. — Proszę cię. Nie karkówkę. I nie krzycz tak. Tata Julii jest dyplomatą, oni nie jedzą takich rzeczy. I mógłbyś... nie wiem, przebrać się? Wyglądasz jak...

Urwała, ale wiedziałem, co chciała powiedzieć. Wyglądasz jak robol. Wycofałem się do kuchni. Zostawiłem obsługę grilla wynajętej firmie cateringowej. Przez okno patrzyłem, jak moja córka śmieje się z tymi idealnymi dziećmi, popijając bezalkoholowe mojito z kryształowego szkła. Już wtedy czułem, że ona mówi w innym języku. Języku pieniądza, kodów kulturowych i niuansów, których ja, prosty mechanik po zawodówce, nigdy nie zrozumiem. Zainwestowałem w jej edukację, żeby miała lżej. Nie przewidziałem, że edukacja wzniesie mur, przez który nie będę w stanie się przebić.

Dawałem jej tę przestrzeń

Lata mijały. Zuzia zamieniła się w Zuzannę. Stała się piękna, zimna i niezwykle ambitna. Moje pieniądze otworzyły jej drzwi, ale to ona przez nie przeszła. Była prymuską. Mówiła biegle w trzech językach. Wiedziała, jak trzymać kieliszek do wina, którego widelca użyć do ostryg i jak rozmawiać o sztuce współczesnej. Ja w tym czasie gnuśniałem. Próbowałem czytać te mądre książki, które ona przynosiła do domu, ale zasypiałem po trzech stronach. Próbowałem zabrać ją na ryby, tak jak kiedyś, ale ona patrzyła na mnie z przerażeniem.

— Tato, mam jutro egzamin z makroekonomii, a ty chcesz, żebym taplała się w błocie? Poza tym, śmierdzi tam rybami.

Coraz częściej słyszałem słowo „przestrzeń”:

Potrzebuję przestrzeni, tato.

— Nie wchodź do mojego pokoju bez pukania, to narusza moją przestrzeń.

— Wyjeżdżam na obóz żeglarski do Chorwacji, potrzebuję przestrzeni od tego domu.

Dawałem jej tę przestrzeń. I pieniądze. Zawsze pieniądze. Kiedy miała zły humor — przelew. Kiedy zdała egzamin — nowy samochód. Kiedy ktoś złamał jej serce — wycieczka na Bali. Myślałem, że tak okazuje się miłość, kiedy słowa przestają działać. Stałem się sponsorem własnego dziecka. Najgorsze przyszło, gdy poszła na studia. Wybrała prawo na prestiżowej uczelni w Londynie. Oczywiście, ja za wszystko płaciłem. Apartament w centrum Londynu, czesne, życie na poziomie, o którym większość ludzi może tylko pomarzyć.

Widywaliśmy się rzadko. Święta, czasami wakacje. Ale te spotkania były bolesne. Siedzieliśmy przy wielkim dębowym stole, jedliśmy wykwintne dania przygotowane przez kucharkę i nie mieliśmy o czym rozmawiać.

— Jak tam studia, kochanie? — pytałem.

— Dobrze, tato. Nie zrozumiesz, to skomplikowane prawo handlowe — odpowiadała, nie odrywając wzroku od iPhone'a.

— Może obejrzymy jakiś film?

— Jestem umówiona. Wychodzę.

I wychodziła. A ja zostawałem sam z moimi milionami, które nagle wydawały się bezwartościowym papierem.

Wstydziła się mnie

Prawdziwy cios nadszedł dwa lata temu. Zuzanna kończyła studia. Była wielka gala rozdania dyplomów w Londynie. Kupiłem bilet lotniczy w pierwszej klasie, nowy garnitur od Armaniego (w którym czułem się jak pajac) i poleciałem, pękając z dumy. Na miejscu poznałem go. Filipa. Jej narzeczonego. Pochodził z rodziny z tradycjami. Jego ojciec był znanym bankierem, matka marszandką sztuki. Ludzie, którzy pieniądze mieli od pokoleń. Tacy, którzy nie muszą krzyczeć logotypami na koszulkach, bo ich pewność siebie jest wystarczającym znakiem statusu.

Spotkanie odbyło się w ekskluzywnej restauracji. Zuzanna siedziała obok Filipa i wyglądała... inaczej. Była swobodna, dowcipna, błyskotliwa. Przy mnie zawsze była spięta.

— Panie Marku — zaczął Filip z tym swoim uprzejmym, ale protekcjonalnym uśmiechem. — Zuzanna wspominała, że zajmował się pan... mechaniką? To urocze. Zawsze podziwiałem ludzi pracy fizycznej. To takie... uczciwe.

Urocze. Powiedział to tak, jakby mówił o tresowanym małpiszonie. Spojrzałem na Zuzannę, czekając, aż mnie obroni. Aż powie: Mój ojciec ciężko pracował, żeby mnie tu wysłać. Mój ojciec jest mądrym człowiekiem. Ale ona tylko upiła łyk wina i zmieniła temat:

— Filip, opowiedz tacie o naszej podróży do Toskanii.

Wtedy to do mnie dotarło. Byłem dla nich kłopotliwym dodatkiem. Bankomatem, który spełnił swoje zadanie i teraz powinien stać cicho w kącie. Wstydziła się mnie. Wstydziła się moich szorstkich dłoni, mojego prostego języka, mojej historii o wygranej na loterii, która dla nich była dowodem na to, że jestem nowobogackim parweniuszem, a nie kimś, kto doszedł do czegoś. Dla Filipa i jego rodziny byłem ciekawostką przyrodniczą. Człowiekiem, któremu się poszczęściło.

Wieczorem, w hotelu, zapytałem ją o to wprost.

Wstydzisz się mnie, Zuziu?

Spojrzała na mnie tymi swoimi zimnymi, niebieskimi oczami, które kiedyś patrzyły na mnie z uwielbieniem.

— Tato, nie dramatyzuj. Po prostu... ty i Filip to dwa różne światy. Nie próbuj na siłę wchodzić w jego towarzystwo. Oni mają inne maniery, inne tematy. Ty po prostu... no wiesz. Czasami jesteś zbyt głośny. Zbyt swojski.

— Ten swojski ojciec zapłacił za tę sukienkę, którą masz na sobie — warknąłem, czując jak żółć podchodzi mi do gardła.

— I za to jestem wdzięczna — odpowiedziała chłodno. — Ale pieniądze to nie klasa, tato. Klasy nie kupisz.

To zdanie podcięło mi skrzydła.

Czułem zazdrość

Wróciłem do Polski następnego dnia. Zuzanna została w Londynie. Dostała pracę w kancelarii ojca Filipa. Oczywiście. Od tamtej pory nasz kontakt ogranicza się do minimum. Czasami zadzwoni, gdy potrzebuje dofinansowania albo gdy chce, żebym podpisał jakieś dokumenty w funduszu powierniczym, który dla niej utworzyłem. Dziś jestem mężczyzną po pięćdziesiątce. Mam dom z basenem, sauną i salą kinową. Mam samochody, które robią setkę w trzy sekundy. Mam znajomych, którzy lubią mnie, dopóki stawiam najdroższą whisky. Ale nie mam córki.

Wczoraj spotkałem na ulicy mojego dawnego kolegę z warsztatu, Wieśka. Był brudny, zmęczony, pchał przed sobą wózek z wnuczkiem.

— Marek! Kopę lat! — krzyknął, szczerząc braki w uzębieniu. — Słyszałem, że ci się powodzi!

Porozmawialiśmy chwilę. Opowiedział mi, że jego córka, która pracuje w Biedronce, właśnie urodziła drugie dziecko. Że w niedzielę wszyscy zjeżdżają się do niego na rosół. Że ciasno w tym ich M3, że głośno, że czasami brakuje do pierwszego, ale jakoś to leci. Patrzyłem na niego i czułem zazdrość. Palącą, niszczącą zazdrość. Oddałbym te wszystkie miliony, te przeklęte zera na koncie, żeby chociaż raz jeszcze usiąść z małą Zuzią w kuchni, zjeść przypalonego tosta i usłyszeć, że jestem najlepszym tatą na świecie.

Pieniądze zmieniają ludzi

Zuzia wychodzi za mąż w przyszłym roku. Ślub będzie we Włoszech, w winnicy. Dostałem zaproszenie. Papier czerpany, złote litery. Na dole dopisek, małym drukiem: Dress code: Black Tie. Prosimy o nierobienie zdjęć i dyskrecję ze względu na obecność mediów. Zadzwoniła do mnie wczoraj, ale nie po to, żeby zapytać, co u mnie.

— Tato, asystentka Filipa prześle ci listę hoteli. Wybierz coś dla siebie, ale błagam, nie ten najbliżej winnicy. Tam będzie rodzina Filipa i kluczowi partnerzy biznesowi. Będziesz się czuł nieswojo.

Będziesz się czuł nieswojo. Tłumaczenie: „Nie chcemy, żebyś nam przeszkadzał”. Zgodziłem się. Jak zawsze. Prześlę też czek na prezent ślubny. Gruby czek. Bo tylko to mi zostało. Patrzę na moje odbicie w lustrze. Widzę faceta w drogim swetrze, który wygląda na zadbanego. Ale w środku jestem tym samym Markiem z warsztatu, tylko że teraz jestem potwornie samotny.

Wygrałem na loterii, ale przegrałem życie. Zbudowałem mojej córce drabinę do nieba, a ona, wchodząc na szczyt, kopnęła ją, zostawiając mnie na dole. I wiecie co jest najgorsze? Że gdybym mógł cofnąć czas do tego deszczowego dnia, nie wiem, czy nie kupiłbym tego losu znowu. Bo pamięć o jej uśmiechu, gdy kupiłem jej pierwsze markowe buty, wciąż jest najpiękniejszą i najbardziej bolesną rzeczą, jaką mam.

Uważajcie, czego pragniecie. Pieniądze zmieniają ludzi. Ale rzadko zmieniają ich na lepsze. Czasami po prostu wyciągają na wierzch to, co w nas najgorsze, albo budują mury, których nie da się przeskoczyć nawet o tyczce zrobionej ze złota. Mój dom jest piękny, ale zimny. Cholernie zimny.

Marek, 54 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama