„Kiedy wygrałem kupę kasy, stałem się skarbonką wszystkich wokół. Gorzko się przekonałem, że pieniądze szczęścia nie dają”
„Minęły dwa lata. Moje konto, choć wciąż zasobne, skurczyło się zauważalnie. Nie byłem lekkomyślny w inwestycjach, ale strumień drobnych pożyczek i darowizn wydrążył skałę. Zacząłem analizować wydatki i dotarło do mnie, że wydałem równowartość dobrego domu na pomoc innym. Zacząłem też zauważać pewne zgrzyty”.

Wydawało mi się, że złapałem Pana Boga za nogi, kiedy te sześć liczb zmieniło moje życie w jednej sekundzie. Myślałem, że pieniądze to klucz, który otworzy przede mną wszystkie drzwi, a przede wszystkim serca ludzi, na których mi zależało. Przez dwa lata żyłem w bańce iluzji, będąc sponsorem cudzych marzeń, ratownikiem w kryzysach i najmilej widzianym gościem przy każdym stole. Dziś, siedząc w ciszy mojego wielkiego salonu, wiem już, że nie kupowałem przyjaźni, a jedynie wynajmowałem towarzystwo na godziny. To historia o tym, jak hojność stała się moją pułapką.
To był podziw
Pamiętam ten dzień z fotograficzną dokładnością, jakby wydarzył się wczoraj, a nie trzy lata temu. Był szary, deszczowy listopad, jeden z tych miesięcy, kiedy człowiek wychodzi do pracy po ciemku i wraca po ciemku. Pracowałem wtedy w magazynie logistycznym na obrzeżach miasta. Moje życie było do bólu przewidywalne: rano kanapki z serem, potem osiem godzin przerzucania kartonów, a wieczorem telewizor i samotna kolacja. Nie narzekałem, bo tak żyli moi rodzice i większość sąsiadów, ale w głębi duszy zawsze tliła się we mnie iskra nadziei na coś więcej.
Kiedy sprawdziłem kupon, siedziałem w kuchni przy stole przykrytym ceratą w kratkę. Herbata stygła w kubku, a w tle szumiał stary lodówko-zamrażalnik. Musiałem sprawdzać te cyfry chyba z pięćdziesiąt razy. Serce waliło mi tak mocno, że bałem się zawału. To nie była po prostu duża suma. To była kwota, która sprawiała, że moje dotychczasowe problemy: cieknący kran, rata za dziesięcioletniego opla czy wizyta u dentysty stawały się abstrakcją.
Przez pierwszy tydzień nikomu nie powiedziałem. Chodziłem do pracy jak w transie, bojąc się, że jeśli powiem to na głos, czar pryśnie. Ale euforia była zbyt wielka, by dusić ją w sobie w nieskończoność. Pierwszą osobą, której powiedziałem, był mój kuzyn, Robert. Zawsze trzymaliśmy się razem, choć nasze drogi trochę się rozeszły.
— Żartujesz? — Robert prawie upuścił widelec, gdy zaprosiłem go na obiad do drogiej restauracji i pokazałem stan konta w aplikacji bankowej. — Paweł, stary, ustawiłeś się na całe życie!
Wtedy po raz pierwszy poczułem to ciepło. Ten błysk w jego oku nie był zazdrością, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. To był podziw. Nagle przestałem być tym cichym Pawłem z magazynu. Stałem się kimś. Kimś, kto ma moc. Zwolniłem się z pracy tydzień później. Szef patrzył na mnie z niedowierzaniem, gdy składałem wypowiedzenie bez podania przyczyny. Czułem się wolny. Postanowiłem, że nie będę jednym z tych bogaczy, którzy zamykają się w złotych klatkach. Chciałem być dobrym człowiekiem. Chciałem, żeby moje szczęście promieniowało na innych. To był mój pierwszy, kardynalny błąd.
Czułem się w obowiązku pomóc
Wieści rozeszły się szybciej niż przypuszczałem. Nie musiałem nawet dawać ogłoszenia do gazety. Wystarczyło, że kupiłem nowe mieszkanie w apartamentowcu w centrum i zmieniłem samochód na taki z salonu. Mój telefon, który wcześniej dzwonił może dwa razy w tygodniu, nagle stał się gorącą linią. Ludzie, których nie widziałem od liceum, nagle przypominali sobie o moim istnieniu. Znajomi z dawnej pracy, sąsiedzi z poprzedniego bloku, daleka rodzina, której imion nawet nie pamiętałem — wszyscy chcieli się spotkać, powspominać, napić kawy.
— Pawełku, kopę lat! Musimy nadrobić zaległości! — słyszałem w słuchawce głos Kaśki, koleżanki ze studiów, z którą nie rozmawiałem dekadę.
Na początku to było fantastyczne. Czułem się potrzebny, lubiany, szanowany. Organizowałem grille, na które przychodziło trzydzieści osób. Stawiałem wszystko. Najlepsze mięsa, drogie napoje, catering. Patrzyłem na te uśmiechnięte twarze i myślałem: „To są moi ludzie. Cieszą się moim szczęściem”. Wtedy zaczęły się prośby. Były subtelne, niemal niewidoczne.
— Wiesz, mamy z Marcinem ciężki okres — westchnęła Kaśka podczas jednego z takich spotkań, sącząc drogą herbatę na moim tarasie. — Samochód nam padł, a on czymś musi dojeżdżać do pracy. Banki teraz tak zdzierają na kredytach...
Nie musiała kończyć. Czułem się w obowiązku pomóc.
— Ile potrzebujecie? — zapytałem, czując się jak filantrop.
— Och, nie, nie śmiałabym... — krygowała się, ale w jej oczach widziałem kalkulację. – Piętnaście tysięcy by nas uratowało. Oczywiście oddamy, jak tylko staniemy na nogi.
Przelałem pieniądze następnego dnia. Nie spisaliśmy umowy. Po co umowa między przyjaciółmi? Przecież Kaśka była taka serdeczna, przynosiła mi domowe ciasto, dzwoniła zapytać, jak się czuję. To było dla mnie warte więcej niż te piętnaście tysięcy.
Stałem się bankomatem
Lawina ruszyła. Robert, ten mój kuzyn, przyszedł do mnie z „genialnym pomysłem na biznes”. Chciał otworzyć warsztat samochodowy, ale brakowało mu na wkład własny i sprzęt. Jego entuzjazm był zaraźliwy.
— Paweł, to będzie nasza wspólna sprawa. Ty dajesz kapitał, ja daję pracę. Zyski dzielimy — zapewniał, kreśląc plany na serwetce.
Dałem mu sto tysięcy. Czułem dumę, że mogę pomóc rodzinie. Widziałem, jak jego żona płacze ze szczęścia, dziękując mi za szansę na lepsze życie. Zapraszali mnie na obiady co niedzielę. Siedziałem u szczytu stołu, nakładano mi największe porcje, pytano o zdanie w każdej kwestii, nawet jeśli nie miałem o niej pojęcia. Byłem patriarchą, dobroczyńcą. Potem był Jacek, stary kumpel z osiedla. Jego sytuacja była inna — problemy zdrowotne. Potrzebował rehabilitacji po wypadku, na którą musiałby czekać na fundusz dwa lata. Prywatnie? Koszty były ogromne.
— Nie mam do kogo się zwrócić, stary — mówił, patrząc w podłogę. Wstydził się, widziałem to. — Boli mnie jak cholera, a muszę wrócić do pracy.
Opłaciłem mu całą terapię i turnus rehabilitacyjny. Kiedy wrócił sprawny, ściskał mnie tak mocno, że prawie połamał mi żebra.
— Uratowałeś mi życie, stary. Nigdy ci tego nie zapomnę — mówił ze łzami w oczach.
Czułem się wspaniale. Miałem poczucie misji. Moje pieniądze nie leżały bezczynnie na koncie — one zmieniały rzeczywistość. Remontowałem łazienki ciotkom, dokładałem się do wakacji znajomych, których „nie było stać na porządny wypoczynek”, kupowałem prezenty na chrzciny i wesela, które wartością przewyższały roczne zarobki obdarowanych. Stałem się bankomatem z funkcją przytulania. Ale wtedy tego nie widziałem. Widziałem uśmiechy. Słyszałem komplementy: „Paweł to ma gest”, „Na Pawła zawsze można liczyć”, „To jest prawdziwy przyjaciel”. Te słowa były dla mnie jak narkotyk. Uzależniłem się od bycia tym dobrym, hojnym wujkiem.
Atmosfera zgęstniała
Minęły dwa lata. Moje konto, choć wciąż zasobne, skurczyło się zauważalnie. Nie byłem lekkomyślny w inwestycjach, ale strumień „drobnych” pożyczek i darowizn wydrążył skałę. Zacząłem analizować wydatki i dotarło do mnie, że wydałem równowartość dobrego domu na pomoc innym. Zacząłem też zauważać pewne zgrzyty. Kaśka, która pożyczyła na samochód, przyjechała do mnie nowym autem, znacznie droższym niż to, o którym rozmawialiśmy.
— O, widzę, że się powodzi — zagadnąłem ostrożnie. — A jak tam stoimy z naszym rozliczeniem?
Jej twarz stężała. Uśmiech zniknął w ułamku sekundy.
— Jezu, Paweł, przecież wiesz, że oddam. Dopiero co go kupiliśmy, mamy wydatki. Tobie się chyba nie spieszy, co? Śpisz na pieniądzach, a mnie ścigasz o grosze?
Zamurowało mnie. „Grosze”? Piętnaście tysięcy to dla niej grosze, bo to moje pieniądze? Poczucie winy, które próbowała we mnie wzbudzić, zadziałało. Wycofałem się, przeprosiłem. Warsztat Roberta też nie przynosił zysków. Przynajmniej nie mnie. Ciągle słyszałem o konieczności dokupienia nowych maszyn, o trudnym rynku, o podatkach. Ale Robert kupił sobie motocykl i wyremontował dom. Kiedy zapytałem o dywidendę, oburzył się.
— Ty myślisz tylko o kasie! Ja tu zapieprzam od rana do nocy, a ty chcesz spijać śmietankę, bo raz rzuciłeś groszem?! — wykrzyczał mi w twarz podczas rodzinnego grilla.
Atmosfera zgęstniała. Reszta rodziny patrzyła na mnie z wyrzutem. Jakbym był chciwym kapitalistą uciskającym biednego rzemieślnika. Nikt nie pamiętał, że to ja dałem te pieniądze bezzwrotnie — bo o zwrocie kapitału Robert już dawno przestał wspominać. Zacząłem czuć się nieswojo we własnym życiu. Zaproszenia na imprezy wciąż przychodziły, ale miałem wrażenie, że są one warunkowe. Ludzie oczekiwali, że przyjdę i „postawię”. Że przywiozę drogą whisky, że zamówię taksówki dla wszystkich. Kiedy raz przyszedłem ze zwykłym winem, zobaczyłem zawód w oczach gospodyni.
— Tylko tyle? Myślałam, że przywieziesz to z Francji, co ostatnio... — mruknęła.
Rozłączył się bez pożegnania
Przełom nastąpił w lipcu. Rynek inwestycyjny tąpnął i część moich oszczędności ulokowanych w funduszach straciła na wartości. Nie zbankrutowałem, wciąż byłem zamożny, ale zrozumiałem, że to źródełko nie jest nieskończone. Postanowiłem zakręcić kurek. Pierwszy test przyszedł szybko. Jacek, ten od rehabilitacji, zadzwonił z nową potrzebą.
— Słuchaj, stary, jest sprawa. Chcę otworzyć firmę budowlaną. Mam ekipę, mam zlecenia, ale potrzebuję busa i narzędzi. Pożyczysz z pięćdziesiąt koła? Oddam z procentem.
Wziąłem głęboki oddech. Siedziałem w moim salonie, patrząc na panoramę miasta i czułem ucisk w żołądku.
— Jacek, nie mogę — powiedziałem spokojnie.
— Jak to nie możesz? — W jego głosie nie było prośby, było żądanie.
— Po prostu. Zmieniłem strategię finansową. Nie pożyczam już pieniędzy znajomym. To psuje relacje.
— Psuje relacje? — Jacek parsknął śmiechem, który był zimny jak lód. — Psuje relacje to, że jesteś sknerą. Masz miliony na koncie, a żałujesz kumplowi na start? Myślałem, że jesteś inny, Paweł. Że kasa cię nie zmieniła. A jednak. Woda sodowa uderzyła do głowy.
Rozłączył się bez pożegnania. Przez następne tygodnie odmawiałem kolejnym osobom. Znajomej, która chciała na aparat ortodontyczny dla córki. Sąsiadowi, który chciał pożyczyć na spłatę chwilówki. Reakcje były identyczne: niedowierzanie, potem gniew, a na końcu obraza.
Szybko zauważyłem zmianę w moim otoczeniu. Telefon przestał dzwonić. Zaproszenia na grille ustały. Kiedy spotkałem Kaśkę w sklepie, udała, że nie widzi mnie między półkami z makaronem. Robert przestał odbierać moje telefony, a na Facebooku wrzucał posty o „fałszywych przyjaciołach, którzy kochają tylko pieniądze”. Wiedziałem, że to o mnie. Ironia losu była gorzka. To ja dałem im pieniądze, ja im pomogłem, a teraz to ja byłem tym złym. Czarnym charakterem w ich historiach.
Rozpłakałem się
Prawdziwa weryfikacja przyszła jesienią. Skręciłem kostkę. Byłem średnio mobilny, nawet przejście po mieszkaniu graniczyło z cudem. Leżałem w moim wielkim, pustym mieszkaniu. Lodówka świeciła pustkami. Zamówienie jedzenia z dostawą to jedno, ale potrzebowałem, żeby ktoś wyprowadził mojego psa, bo ledwo stałem na nogach. Wybrałem numer Roberta. Odrzucił połączenie. Napisałem SMS: „Robert, mam skręconą kostkę, potrzebuję pomocy z psem”. Odpowiedź przyszła po godzinie: „Jestem zajęty na warsztacie. Zamów sobie opiekuna, stać cię”.
Zadzwoniłem do Kaśki. Nie odebrała. Zadzwoniłem do Jacka.
— Czego chcesz? — warknął do słuchawki.
— Jacek, mam skręconą kostkę. Mógłbyś wyprowadzić mojego psa?
— Sorry, stary. Nie mam czasu. Jadę na ryby z chłopakami. Weź sobie kogoś wynajmij czy coś.
Rozpłakałem się. Nie z bólu fizycznego, choć noga wciąż dawała się we znaki. Płakałem z bezsilności i upokorzenia. Kuzyn, któremu sfinansowałem biznes, nie mógł wyprowadzić mojego psa. Podobnie jak wszyscy pozostali. Wtedy dotarło do mnie z całą mocą: nie miałem przyjaciół. Miałem klientów. Dopóki płaciłem abonament na ich obecność, byli przy mnie. W momencie, gdy przestałem świadczyć usługi finansowe, kontrakt wygasł.
Przez ten czas, gdy miałem trudności z chodzeniem, pomagała mi pani Krystyna, starsza sąsiadka z piętra niżej. Kobieta, której nigdy nie dałem ani grosza, poza uprzejmym „dzień dobry” i przytrzymaniem windy. Kiedy zobaczyła, jak się męczę, schodząc po schodach z psem, sama do mnie zajrzała. Wyprowadzała go, przynosiła zakupy, zrobiła herbaty. Kiedy chciałem jej zapłacić, oburzyła się.
— Panie Pawle, co pan wygaduje? Sąsiedzi sobie pomagają. Dzisiaj pan, jutro ja.
To zdanie wstrząsnęło mną bardziej niż wygrana w lotto. Bezinteresowność. Coś, czego nie doświadczyłem od momentu, gdy stałem się „milionerem”.
Jestem spokojny
Kiedy wyzdrowiałem, podjąłem decyzję. Sprzedałem apartament. Był dla mnie symbolem mojej naiwności i pychy. Kupiłem mały dom pod miastem, w cichej okolicy, z dala od ludzi, którzy znali moją historię. Zmieniłem numer telefonu. Nie podałem go nikomu z dawnego kręgu „przyjaciół”. Odciąłem się. Brutalnie i całkowicie. Długi Kaśki i Roberta spisałem na straty — to była cena za lekcję życia, którą odebrałem. Drogą lekcję, ale skuteczną.
Dziś żyję spokojnie. Mam pieniądze, wciąż sporo, ale nie obnoszę się z nimi. Jeżdżę przeciętnym samochodem, ubieram się normalnie. Nikomu nowo poznanemu nie mówię o wygranej. Pracuję na pół etatu w lokalnym schronisku dla zwierząt — nie dla pieniędzy, ale żeby mieć co robić i czuć się potrzebnym w prawdziwy sposób. Czasem, gdy jadę do miasta, widuję ich. Widziałem Roberta w jego warsztacie — wyglądał na zmęczonego. Widziałem Kaśkę w jej wciąż nie do końca spłaconym samochodzie. Nie podchodzę, nie zagaduję. Oni też udają, że mnie nie znają, choć wiem, że pewnie obrabiają mi tyłek przy każdej okazji, nazywając mnie skąpcem, który zapomniał, skąd pochodzi.
Ale ja nie zapomniałem. Pamiętam dokładnie, kim byłem. Byłem Pawłem, który miał marzenia. Teraz jestem Pawłem, który ma rzeczywistość. Zrozumiałem, że pieniądze nie zmieniają ludzi — pieniądze tylko zdejmują im maski. U moich znajomych zdjęły maski przyjaźni, odsłaniając chciwość. U mnie zdjęły maskę naiwniaka, odsłaniając samotnika. Czy jestem szczęśliwy? To trudne pytanie. Jestem spokojny. A spokój, jak się okazało, jest o wiele cenniejszy niż euforia, którą czułem, widząc te sześć liczb na kuponie.
Mam psa, który kocha mnie niezależnie od stanu konta, i mam panią Krystynę, którą odwiedzam w niedziele z ciastem — kupionym w zwykłej cukierni, nie sprowadzanym z zagranicy. I to mi wystarcza. Nauczyłem się, że prawdziwa szczodrość to dawanie czasu i uwagi, a nie przelewy bankowe. A ci, którzy zniknęli? Cóż, widocznie ich miejsce było w księgowości, a nie w moim sercu.
Paweł, 42 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Na emeryturze teściowa spakowała walizki i wprosiła się do nas. Szybko się okazało, że troje w małżeństwie to za wiele”
- „Teściowa zaczęła płacić za nas rachunki, ale zabierała nam coś innego. Już wolę być biedna niż żyć na jej garnuszku”
- „Teściowa upokarzała mnie przy niedzielnym rosole, aż znalazłam na to 1 prosty sposób. Aż usiadła z wrażenia”

