Reklama

Nie lubię powrotów. Zawsze są cichsze niż wyjazdy i dużo bardziej szczere. Droga z gór do domu była prawie pusta, radio trzeszczało gdzieś w tle, a ja jechałam w milczeniu, pozwalając myślom płynąć bez kontroli. Za mną zostały trzy dni śniegu pod butami, zapachu drewna i tej dziwnej lekkości, którą czuję tylko wtedy, gdy jestem sama i nikt niczego ode mnie nie chce. Ten wyjazd był spontaniczny. Wzięłam wolne z dnia na dzień, wrzuciłam do bagażnika plecak, termos i kilka swetrów. Nie miałam planu ani towarzystwa. Byłam tylko ja. Bardzo tego potrzebowałam.

Ostatnio wszystko w moim życiu było rozsądne: praca, terminy, rozmowy o przyszłości, które brzmiały jak dobrze znane formułki. W górach wreszcie nie musiałam niczego tłumaczyć. Nawet sobie.

Śnieg zaczął padać gdzieś za ostatnią wioską. Najpierw drobno, niewinnie, potem coraz ciężej, jakby niebo postanowiło sprawdzić moją cierpliwość. Zasięg zniknął szybciej, niż zdążyłam się zirytować. Nawigacja zgłupiała, droga zrobiła się wąska i obca.

— Spokojnie, Edyta — mruknęłam do siebie, zwalniając. — Dasz radę.

Nie panikowałam. Jeszcze nie. Ale gdy samochód zaczął tracić przyczepność, a ja zobaczyłam przed sobą tylko ścianę białych płatków i czarne sylwetki drzew, poczułam ukłucie niepokoju. Zatrzymałam się na poboczu. Silnik pracował równo, ogrzewanie dawało ciepło, wszystko było pod kontrolą. Teoretycznie. Tylko że cisza za szybą była zbyt gęsta. A śnieg nie wyglądał jak coś, co za chwilę odpuści.

Pomyślałam wtedy, że to tylko chwilowy postój Przypadek. Chwila. Nie wiedziałam jeszcze, że tego dnia nie chodziło o drogę.

Przestałam czuć się sama

Wysiadłam z auta dopiero po kilku minutach, kiedy upewniłam się, że śnieg nie słabnie, a droga przed maską nadal wygląda tak samo nieprzyjaźnie. Mróz uderzył mnie w twarz, ostry i suchy, jakby chciał mnie otrzeźwić. Las stał nieruchomo, czarny i obojętny, a cisza była tak gęsta, że słyszałam własny oddech. Wtedy zauważyłam światła kilkadziesiąt metrów dalej, lekko rozmyte przez śnieżycę. Drugie auto.

Poczułam ulgę, a zaraz potem ostrożność. Zawsze najpierw przychodziła analiza, dopiero potem emocje. Ruszyłam powoli w tamtą stronę, uważając na śliski śnieg pod butami. Drzwi drugiego samochodu otworzyły się niemal równocześnie z moim podejściem i zobaczyłam mężczyznę w grubej kurtce, który spojrzał na mnie bez pośpiechu, bez nerwowych ruchów.

— Też pani utknęła? — zapytał spokojnie, jakbyśmy spotkali się w kolejce, a nie na zapomnianej leśnej drodze.

Wygląda na to, że tak — odpowiedziałam, starając się, by mój głos brzmiał rzeczowo. — Droga dalej jest nieprzejezdna.

— Próbowałem kawałek wcześniej. Zawracałem, bo nie było sensu ryzykować. — Skinął głową w stronę zasypanego odcinka. — Zna pani tę trasę?

— Nie. Skróciłam drogę, głupi pomysł — przyznałam, choć zwykle nie mówiłam tego obcym ludziom.

Uśmiechnął się lekko, bez rozbawienia, raczej ze zrozumieniem. W tym uśmiechu było coś kojącego, co mnie zaskoczyło. Zauważyłam jego dłonie, pewne, spokojne, i sposób, w jaki stał, jakby nie spieszył się z żadną decyzją.

— Lepiej poczekać. Śnieg musi trochę odpuścić — powiedział po chwili. — W aucie jest cieplej. Mam też coś gorącego do picia, jeśli pani chce.

Ta propozycja zawisła między nami ciężej niż śnieg w powietrzu. W głowie natychmiast uruchomiłam listę za i przeciw, choć nie lubiłam tego określenia. Obcy mężczyzna, odludna droga, brak zasięgu. Jednocześnie rozsądek podpowiadał, że stanie samotnie w aucie niewiele zmienia, a wspólne czekanie może być po prostu praktyczne.

— Jeśli to nie problem — powiedziałam w końcu, bardziej do siebie niż do niego.

— Żaden — odpowiedział i otworzył drzwi, robiąc mi miejsce. — Jestem Paweł.

Przedstawiłam się i usiadłam na fotelu pasażera, czując, jak napięcie powoli schodzi mi z ramion. Wnętrze auta było ciepłe, pachniało lasem i czymś neutralnym, nienarzucającym się. Paweł podał mi termos, a ja pomyślałam, że już dawno nie byłam w sytuacji, w której musiałam zaufać komuś tak szybko i bez gwarancji. Nie wiedziałam jeszcze, czy to była dobra decyzja. Wiedziałam tylko, że przestałam czuć się sama na tej drodze.

Popatrzyłam na niego uważniej

Na początku rozmawialiśmy tak, jak rozmawia się z kimś obcym, kiedy sytuacja wymusza uprzejmość. Kilka zdań o pogodzie, o tym, jak nagle się załamała, o tym, że prognozy znowu się nie sprawdziły. Paweł mówił spokojnie, z lekką ironią, jakby cała ta śnieżyca była tylko drobną niedogodnością, a nie czymś, co faktycznie nas zatrzymało.

— Wracała pani z gór? — zapytał, kiedy cisza zrobiła się zbyt wyraźna.

— Tak. Sama — dodałam odruchowo, choć nie było to pytanie.

— Ja też — odpowiedział bez wahania. — Samotne wyjazdy mają w sobie coś oczyszczającego.

Popatrzyłam na niego uważniej. Nie mówił tego, żeby zrobić wrażenie. Raczej odezwał się jak ktoś, kto sam długo się nad tym zastanawiał. Oparłam się o zagłówek i pozwoliłam sobie na chwilę szczerości.

— Pojechałam bez planu. Potrzebowałam ciszy — przyznałam. — W mieście wszystko ostatnio było zbyt głośne.

— Znam to uczucie. — Skinął głową. — Czasem człowiek musi zniknąć, żeby znowu siebie usłyszeć.

Rozmowa potoczyła się sama, bez wysiłku. Żartowaliśmy z zimowych przygód, z nieudanych skrótów i ambicji, które kończą się na poboczu leśnej drogi. Zauważyłam, że śmieję się ciszej niż zwykle, ale szczerzej. Nie było we mnie tej potrzeby kontroli, którą nosiłam na co dzień. Paweł opowiadał o pracy, o tym, że często jeździ w góry, żeby poukładać sobie myśli. Ja mówiłam o swoim życiu tyle, ile chciałam, bez wchodzenia w szczegóły. W pewnym momencie dotarło do mnie, że nie pilnuję już czasu. Śnieg nadal padał, ale przestał być najważniejszy.

Zaskoczyło mnie to poczucie bliskości, które pojawiło się tak naturalnie, bez dotyku, bez deklaracji. Tylko słowa i cisza pomiędzy nimi. Pomyślałam, że ta rozmowa miała być tylko wypełnieniem oczekiwania, a stała się czymś więcej, choć jeszcze nie potrafiłam tego nazwać. Nie planowałam tego, a jednak siedziałam tam i nie chciałam, żeby to się kończyło.

Spojrzała na niego zaskoczona

Paweł spojrzał przez przednią szybę, potem na mnie, jakby chciał się upewnić, czy to, co zamierza powiedzieć, nie przerwie czegoś ważnego.

— Chyba powoli się uspokaja — stwierdził. — Za chwilę pewnie da się przejechać.

Pokiwałam głową, ale nie sięgnęłam do klamki. W środku poczułam lekkie napięcie, zupełnie nieadekwatne do sytuacji. Przecież to była dobra wiadomość. O to chodziło od początku, żeby ruszyć dalej, wrócić do swojego życia. A jednak coś we mnie protestowało.

— Tak — odpowiedziałam po chwili. — Wygląda lepiej.

Paweł nie uruchomił silnika. Przez moment patrzył przed siebie, jakby rozważał coś, co nie miało związku z drogą.

— Znam schronisko niedaleko stąd — powiedział w końcu, tonem zbyt spokojnym, by był przypadkowy. — Ciepło, normalne jedzenie. Można tam poczekać, aż będzie zupełnie bezpiecznie.

Spojrzałam na niego zaskoczona. To była propozycja, a nie sugestia podszyta presją. Miałam wybór i on o tym wiedział. Przez głowę przemknęły mi wszystkie racjonalne argumenty przeciw. Obcy mężczyzna, improwizacja, brak planu. Zaraz potem pojawiło się inne uczucie, cichsze, ale bardziej uparte.

— To daleko? — zapytałam.

— Kilkanaście minut. Jeśli droga znowu się pogorszy, zawrócimy — odpowiedział bez wahania.

Wzięłam głęboki oddech. Zrozumiałam, że to nie śnieg mnie zatrzymywał, tylko ja sama. Ten moment, w którym mogłam po prostu pojechać albo świadomie zostać jeszcze chwilę dłużej.

— Dobrze — powiedziałam, zanim zdążyłam się rozmyślić. — Możemy spróbować.

Paweł uśmiechnął się krótko, jakby nie chciał okazywać zbyt wiele. Silnik zaskoczył, a samochód powoli włączył się na drogę. Patrzyłam, jak drzewa przesuwają się za szybą, i miałam wrażenie, że przekroczyłam jakąś niewidzialną granicę. To już nie był przypadek. To była decyzja. Nie wiedziałam, dokąd dokładnie jadę. Wiedziałam tylko, że nie chcę jeszcze wracać.

Zrobiło się ciemno

Schronisko pojawiło się nagle, jakby wyłoniło się z lasu w ostatniej chwili. Drewniany budynek stał trochę na uboczu, przycupnięty pod ścianą drzew, z oknami świecącymi ciepłym światłem. Gdy weszliśmy do środka, otuliło mnie przyjemne ciepło i zapach jedzenia. Miałam wrażenie, że czas zwolnił dokładnie w momencie, gdy zamknęły się za nami drzwi.

Usiedliśmy przy stole pod ścianą, z dala od kilku innych osób. Rozmowa wróciła niemal natychmiast, jakbyśmy tylko zmienili dekorację. Paweł mówił o relacjach, o tym, że coraz trudniej mu wierzyć w proste scenariusze. Oczekiwania, które z czasem przestają pasować do ludzi. Słuchałam uważnie, bo w jego słowach było coś znajomego.

— Czasem mam wrażenie, że wszystko, co ważne, dzieje się między planami — powiedziałam, bardziej do siebie niż do niego.

— Albo wtedy, gdy plany się sypią — odpowiedział cicho.

Między zdaniami pojawiały się chwile milczenia, których nie chciałam wypełniać. Patrzyliśmy na siebie uważnie, bez pośpiechu, jakbyśmy oboje wiedzieli, że to spotkanie nie będzie miało powtórki w tej samej formie. To nadawało każdej minucie dziwną intensywność.

Zrobiło się ciemno, zanim ktokolwiek zwrócił na to uwagę. Za oknami wirował śnieg, a we mnie rosło poczucie ciepła, które nie miało wiele wspólnego z temperaturą. Wiedziałam, że ten dzień zapisze się we mnie na długo, niezależnie od tego, co wydarzy się dalej. Kiedy wstaliśmy od stołu, poczułam lekkie ukłucie niepokoju. Każdy krok przybliżał nas do momentu, w którym trzeba będzie wrócić do rzeczywistości.

Intuicja mnie nie zawiodła

Wracałam do codzienności powoli, jakby miasto miało inną gęstość niż góry. Praca, rozmowy, te same ulice i te same pytania, na które odpowiadałam automatycznie. Z zewnątrz wszystko wyglądało normalnie, a jednak co chwilę łapałam się na tym, że myślami wracam do tamtego wieczoru, do drogi zasypanej śniegiem i rozmowy, która przyszła bez zapowiedzi.

Wyszliśmy ze schroniska, zamieniliśmy kilka zdań o bezpiecznym powrocie, podaliśmy sobie dłonie, jakby to było najbardziej naturalne zakończenie. Zostawił mi swój numer, ja zapisałam go bez komentarza. Wtedy wydawało mi się to wystarczające. Przez dwa dni nie robiłam nic. Telefon leżał obok, a ja udawałam przed sobą, że to nie ma znaczenia. Zastanawiałam się, czy to spotkanie było tylko chwilą wyjętą z rzeczywistości, czymś, co działa wyłącznie w określonych warunkach. Bałam się, że jedno zdanie napisane za wcześnie może odebrać mu sens.

Trzeciego dnia wieczorem w końcu napisałam. Krótko, bez prób bycia dowcipną. Napisałam, że często wracam myślami do tamtej drogi i że mam nadzieję, że wrócił bezpiecznie. Przez kilka minut wpatrywałam się w ekran, czując napięcie zupełnie nieproporcjonalne do tej wiadomości. Odpisał szybciej, niż się spodziewałam. Napisał, że też myślał o tym spotkaniu i że rzadko zdarza mu się żałować, że coś skończyło się zbyt szybko. Czytałam te zdania kilka razy, zanim pozwoliłam sobie na uśmiech.

W kolejnych wiadomościach pojawiła się propozycja spotkania — zwykłe pytanie o dzień i miejsce. Zrozumiałam wtedy, że intuicja mnie nie zawiodła. To nie była historia zamknięta w jednym dniu.

Edyta, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama