Reklama

Po maturze każda z moich przyjaciółek miała już gotowy plan: studia w dużym mieście, wyjazdy, praktyki, rozwój kariery. Ich głosy brzmiały pewnie, kiedy mówiły o swoich ambicjach, a ja tylko przytakiwałam. Nie mówiłam głośno, że moje marzenia są inne. Że najbardziej na świecie pragnę mieć rodzinę, dzieci, dom pachnący obiadem. Wstydziłam się tego. Bałam się ich drwin, bo przecież dziś dziewczyny powinny walczyć o sukces. A ja tylko chciałam być czyjąś żoną i mamą. Marzenie, które wydawało się takie zwyczajne, a przez to niewarte dzielenia się nim z kimkolwiek.

Nie mówiłam o tym nikomu

Kiedy odbierałyśmy świadectwa dojrzałości, czułam się, jakbym miała przed sobą nie przyszłość, tylko pustą kartkę. Dziewczyny krzyczały, śmiały się, robiły sobie zdjęcia, a ja stałam z boku, jakby odklejona od tej sceny. Jedna z nich rzuciła:

— Za rok spotykamy się w Warszawie! Kto nie zrobi kariery, ten frajer!

Wszystkie się zaśmiały. I choć zrobiłam podobną minę, wewnątrz poczułam ukłucie. Miałam przyjęcie na pedagogikę, ale wiedziałam, że to tylko po to, żeby mieć odpowiedź, gdy ktoś zapyta „co dalej”. Tak naprawdę nie widziałam siebie w biurze, na uczelni ani w żadnej z tych wielkich, głośnych przyszłości, o których mówiły moje koleżanki. W domu nie mówiłam o tym nikomu. Mama była dumna z mojego wyniku z matury, tata już snuł wizje, że jako pierwsza w rodzinie skończę studia.

Milczałam. Chciałam wierzyć, że może z czasem te moje pragnienia zmienią się same, że może dorosnę do tych planów, które niby były moje, a jednak nie były. Po wakacjach się rozjechaliśmy. Facebook zapełniał się zdjęciami z akademików, nowych miast, pierwszych zajęć. A ja... zostałam. Wymyśliłam, że wezmę rok przerwy, że popracuję, zaoszczędzę, zanim zdecyduję. Tak mówiłam każdemu. Tylko ja wiedziałam, że tak naprawdę czekam na coś zupełnie innego.

I tak to się zaczęło

Poznałam go we wrześniu, kiedy jechałam pociągiem do ciotki pod Lublinem. Miałam w torbie domowe ciasto i książkę, której nie czytałam, bo nie mogłam się skupić. W przedziale był tylko on — wysoki, lekko zarośnięty, z plecakiem wciśniętym pod siedzenie.

— Miejsce wolne? — zapytał, wskazując na siedzenie naprzeciwko.

Skinęłam głową, nie patrząc mu w oczy. A on usiadł i zaczął opowiadać. Że wraca z gór, że pracuje jako grafik, że lubi ludzi, ale często od nich ucieka. Mówił dużo, lekko, tak, jakbyśmy znali się od dawna. Przedstawił się jako Jurek.

— A ty? Co robisz? — spytał w końcu.

Zawahałam się.

Jeszcze nie wiem. Zbieram myśli — odpowiedziałam.

Uśmiechnął się. Bez oceny, bez pytania „Dlaczego nie studiujesz?”. Tylko tyle. A ja po raz pierwszy poczułam, że nie muszę się tłumaczyć. Przegadaliśmy trzy godziny. Wysiedliśmy razem, on poszedł na przesiadkę, a ja w drugą stronę, do ciotki. Wymieniliśmy się numerami. Myślałam, że to tylko rozmowa w pociągu, że nie zadzwoni. A jednak napisał tego samego wieczoru. I tak to się zaczęło. Spotkania w połowie drogi, spacery, kawiarnie, wspólne śniadania w wynajętych pokojach. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym.

Zapytał mnie kiedyś:

O czym marzysz?

Zawahałam się tylko przez chwilę.

– O rodzinie. O domu pełnym dzieci. O kimś, kto też tego chce.

Nie uciekł. Pocałował mnie w czoło i powiedział:

— Dobrze trafiłaś.

Później było tylko trudniej

Pobraliśmy się po roku. Wszyscy mówili, że to szybko, że lepiej poczekać. Ale ja czułam, że nie mam na co. Miałam dwadzieścia jeden lat i głowę pełną wyobrażeń o tym, jak to będzie: ja w fartuszku, on z naręczem zakupów, dzieci biegające po kuchni. Ślub był skromny, bardziej nasz niż dla gości. Mama płakała ze wzruszenia, tata wypił o jeden kieliszek za dużo, a ja patrzyłam na niego, mojego męża, i wierzyłam, że właśnie zaczynam swoje prawdziwe życie.

Zaszłam w ciążę kilka miesięcy później. Byłam szczęśliwa, naprawdę szczęśliwa. On też się cieszył, ale inaczej. Ciszej, mniej entuzjastycznie. Tłumaczył to zmęczeniem, stresem w pracy. A ja nie dopytywałam. Nie chciałam niszczyć tej bańki, w której w końcu wszystko było na swoim miejscu. Pierwszy raz poczułam ukłucie niepokoju, kiedy powiedział:

— Myślałem, że jeszcze trochę pożyjemy dla siebie. Że się sobą nacieszymy.

Nie odpowiedziałam. Głaskałam brzuch i udawałam, że nie słyszę. Przecież sam mówił, że chce rodziny. Może po prostu się bał. Ja też się bałam, ale ten strach był dla mnie częścią radości. Dla niego z kolei jakby czymś ciężkim, co nagle spadło mu na barki.

Później było tylko trudniej. Ciąża dała mi w kość, nie spałam, wymiotowałam, ciągle coś mnie bolało. Jurek był, ale jakby mniej obecny. Wychodził wcześniej, wracał później. Tłumaczył się pracą. Ja tłumaczyłam go przed sobą. Przecież wszystko miało być dobrze.

Próbowałam z nim rozmawiać

Gdy urodził się nasz syn, moje życie zatrzymało się w jednym miejscu — między łóżeczkiem, kuchnią a pralką. Kochałam go nad życie, każdą zmarszczkę na jego maleńkich dłoniach, każdy dźwięk, ale byłam wyczerpana. Nie miałam czasu zjeść, nie mówiąc o umyciu włosów. Płakałam często — cicho, w nocy, kiedy mały spał. Nie z żalu, tylko z przeciążenia.

Jurek coraz rzadziej bywał w domu. Wracał, całował mnie w czoło, mówił: „Jesteś dzielna”, i znikał w laptopie. Czasem zastanawiałam się, czy zauważyłby, gdybym po prostu wyszła. Potem karciłam się za takie myśli. Przecież miałam to, o czym marzyłam. Miałam rodzinę, dziecko, dom. Tylko że w tym wszystkim byłam sama.

Koleżanki pisały z Warszawy, Wrocławia, Berlina. Pokazywały zdjęcia z konferencji, plaż, nowych mieszkań. Jedna z nich napisała do mnie: „A ty? Co tam u ciebie? Pracujesz gdzieś?”. Chciałam odpowiedzieć: „Tak, pracuję. Non stop. Za darmo. I nikt mnie nie pyta, czy mam czas”. Ale tylko wstawiłam zdjęcie syna. Napisała: „Ooo, jaki słodki!” i tyle.

Jurek wciąż mnie omijał. Wieczorami próbowałam z nim rozmawiać.

Czuję się niewidzialna — mówiłam.

— Przecież wszystko robię dla nas — odpowiadał.

Nie kłócił się. Nie był zły. Tylko jakby już nie był częścią tej codzienności. Miał swoje życie poza domem, a ja miałam swoje: pełne pieluch, kaszek i ciszy, w której nikt mnie nie pytał, czego ja teraz potrzebuję.

Może źle to sobie wyobraziłam

Syn miał dwa lata, kiedy zaczęłam mówić na głos rzeczy, które wcześniej tylko myślałam. Że czuję się niewystarczająca. Że nie wiem, kim jestem, poza byciem mamą. Że patrzę w lustro i widzę kobietę, której nikt nie zauważa. Jurek wtedy spojrzał na mnie z lekkim zdziwieniem, jakby słyszał mnie pierwszy raz.

— Przecież chciałaś tego. To był twój wybór.

Zabolało. Jakby mój wybór przekreślał prawo do zmęczenia, do zawahania. Tak, chciałam rodziny. Bardzo. Ale nie samotności we dwójkę. Nie wieczorów spędzanych obok siebie, ale osobno. Nie tłumaczenia się z każdej łzy. Coraz częściej nocami siedziałam na kanapie, przeglądając zdjęcia z czasów liceum. Dziewczyny się spełniały. Miały pasje, wolność, niezależność. Ja miałam miłość, ale jakby rozcieńczoną przez zmęczenie i codzienność.

Zapytałam raz Jurka:

— Czy ty jeszcze mnie kochasz?

Podniósł wzrok znad komputera i powiedział:

— To nie o to chodzi. Kocham, ale jestem zmęczony. Życie nas dopadło.

Nie powiedziałam nic. Bo nie wiedziałam, czy mam prawo chcieć czegoś więcej, skoro miałam to, o czym marzyłam. Czasem, kiedy odwiedzałam rodziców, patrzyłam na ich stary dom i czułam ukłucie zazdrości. Mama nadal gotowała rosół w niedzielę, tata drzemał w fotelu. Ich świat się nie zmienił. Mój natomiast rozpadł się, zanim zdążyłam go dobrze zbudować. Zaczęłam myśleć, że może źle to sobie wyobraziłam. Że marzenia nie są gwarancją szczęścia. Że czasem człowiek po prostu nie wie, czego naprawdę potrzebuje.

Teraz próbuję odnaleźć siebie

Dziś nasz syn ma cztery lata. Jest cudowny. Mądry, czuły, z tysiącem pytań na minutę. Czasem, kiedy zasypia, leżę obok niego i myślę, że to on trzyma mnie przy zdrowych zmysłach. Mój mąż... cóż, nadal jest. W tym samym domu, przy tym samym stole. Ale jesteśmy jak dwie osoby, które się kiedyś spotkały na peronie, pobiegły razem przez chwilę, a potem zaczęły iść w przeciwnych kierunkach. Coraz rzadziej się przytulamy. Coraz rzadziej rozmawiamy o czymś innym niż zakupy, dziecko, rachunki.

Nie żałuję, że zostałam mamą. Nigdy. To była najpiękniejsza decyzja w moim życiu. Żałuję tylko, że nie dałam sobie prawa, by marzyć także o sobie. By pomyśleć o tym, co będzie dalej, kiedy dzieci urosną, a mąż przestanie mnie całować na powitanie. Moje przyjaciółki nadal robią kariery. Jedna z nich niedawno urodziła dziecko. Napisała do mnie: „Nie miałam pojęcia, jak bardzo to wszystko zmienia człowieka. Podziwiam cię, że dałaś radę”.

Uśmiechnęłam się przez łzy. Może w końcu przestaję się wstydzić. Może w końcu przestaję myśleć, że moje marzenia były „za małe”. One były po prostu inne. I nadal są. Teraz próbuję odnaleźć siebie. Powoli. Z jedną książką na miesiąc, z godziną spaceru w samotności, z cichym planem, że może kiedyś... też wrócę do czegoś swojego.

Iwona, 27 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama