„Kiedy córka się wyprowadziła, poczułam się samotna. Zapomniałam, że przecież mam swoje życie”
„Pierwszy tydzień był koszmarem. Paulina dzwoniła, tak jak obiecała, ale nasze rozmowy były sztuczne. Opowiadała o nowym biurze, o mieszkaniu, o tym, jak piękne jest miasto. Ja odpowiadałam półsłówkami, informując ją jedynie o pogodzie i o tym, co jadłam. Chciałam, żeby poczuła, jak bardzo mnie zraniła”.

Nigdy nie sądziłam, że cisza może być tak ogłuszająca, a widok pustego pokoju będzie bolał bardziej niż jakiekolwiek fizyczne zranienie. Przez lata budowałam nasz wspólny świat, cegła po cegle, wierząc, że tworzę bezpieczną przystań, z której nikt nie będzie chciał uciekać. Kiedy usłyszałam te dwa słowa, mój świat się zawalił, a ja zostałam pod jego gruzami, nie rozumiejąc, dlaczego miłość, którą dawałam, stała się dla niej klatką, z której musiała się wyrwać za wszelką cenę.
Uśmiechnęłam się z ulgą
Pamiętam ten dzień z fotograficzną dokładnością. To była jedna z tych leniwych, dusznych niedziel, kiedy czas zdaje się płynąć wolniej, a brzęczenie muchy obijającej się o szybę jest najgłośniejszym dźwiękiem w domu. Nakładałam na talerze rosół, starając się nie rozlać ani kropli na biały obrus, który wyprasowałam specjalnie na tę okazję. Dla mnie niedzielny obiad był świętością. Rytuałem, który trzymał naszą małą, dwuosobową rodzinę w ryzach.
Paulina siedziała naprzeciwko mnie, bawiąc się łyżką. Znałam ten gest. Robiła tak zawsze, gdy się czymś denerwowała albo miała coś do ukrycia. Odwróciła wzrok, a jej zazwyczaj rozpuszczone, jasne włosy były ciasno spięte w kucyk, co nadawało jej twarzy surowy wyraz.
— Wszystko w porządku, kochanie? — zapytałam, stawiając przed nią parujący talerz. — Mało jesz ostatnio. Wyglądasz na zmęczoną.
— Mamo, musimy porozmawiać — powiedziała cicho, nie podnosząc wzroku znad rosołu.
Moje serce zatrzymało się na ułamek sekundy, po czym ruszyło z podwójną prędkością. Instynkt matki rzadko zawodzi. Wiedziałam, że to nie będzie rozmowa o nowej sukience czy planach na wakacje. W powietrzu wisiało coś ciężkiego, coś ostatecznego.
— Dostałam pracę — wyrzuciła z siebie szybko, jakby bała się, że jeśli zrobi przerwę, to straci odwagę. — W agencji reklamowej. To stanowisko, o którym marzyłam od studiów.
Uśmiechnęłam się z ulgą, choć moje dłonie wciąż drżały.
— To wspaniale! Przecież szukali kogoś w tej firmie w centrum, mówiłaś mi o tym. Będziesz miała blisko, może nawet będziesz wpadać na obiad w tygodniu...
— Mamo — przerwała mi, a jej głos stwardniał. — To nie jest praca tutaj. To we Wrocławiu.
Łyżka wypadła mi z ręki i uderzyła o porcelanę z głośnym brzękiem. Wrocław. Trzysta kilometrów stąd. Trzysta kilometrów od domu, w którym spędziła całe życie. Trzysta kilometrów ode mnie.
— Ale... jak to? — wydukałam, czując, jak w gardle rośnie mi wielka, dławiąca gula. — Przecież tutaj też są agencje. Tutaj masz dom. Masz wszystko. Po co masz się tułać po obcym mieście?
Paulina w końcu na mnie spojrzała. W jej oczach nie było wahania, które chciałam tam zobaczyć. Była determinacja, ale też coś, co zabolało mnie najbardziej — litość.
— Już zdecydowałam. Zaczynam za dwa tygodnie. Muszę się wyprowadzić.
Zamknęłam się w sypialni
Przez kolejne dni chodziłam po domu jak duch. Każdy kąt przypominał mi o niej. Salon, w którym uczyła się chodzić. Kuchnia, gdzie piekłyśmy razem pierniki na każde święta. Jej pokój, wciąż pełen plakatów, książek i ubrań, które wkrótce miały zniknąć. Czułam się oszukana.
Po śmierci mojego męża, kiedy Paulina miała zaledwie pięć lat, całe swoje życie podporządkowałam jej. Nie wyszłam ponownie za mąż, choć miałam okazje. Nie rozwijałam kariery tak, jak mogłam, bo wolałam być w domu, kiedy wracała ze szkoły. Byłam matką i ojcem w jednym. Byłam jej przyjaciółką, powierniczką, tarczą ochronną. Myślałam, że jesteśmy zespołem. Że ona to docenia. Że nigdy mnie nie zostawi, bo wie, ile poświęciłam, żeby ona była szczęśliwa.
A teraz? Teraz pakowała to wszystko do kartonowych pudeł, jakby nasze wspólne życie było tylko zbędnym balastem. Weszłam do jej pokoju, gdy układała książki w stosy.
— Naprawdę musisz brać te wszystkie albumy? — zapytałam, opierając się o futrynę. — Przecież tam będziesz miała mało miejsca. Wynajmujesz tylko kawalerkę. Zostaw je tutaj, będą bezpieczne.
— Mamo, chcę je mieć przy sobie — odpowiedziała, nie przerywając pakowania. — To moje rzeczy. Chcę się tam poczuć jak u siebie.
— Jak u siebie? — prychnęłam, czując wzbierającą złość. — Tutaj jesteś u siebie. Tam będziesz tylko lokatorem. Obcą osobą w obcym mieście. Nikt ci tam nie pomoże, jak zachorujesz. Nikt nie zrobi ci herbaty.
Paulina wyprostowała się i westchnęła głęboko.
— Mam dwadzieścia sześć lat. Potrafię zrobić sobie herbatę. Potrafię o siebie zadbać. Dlaczego nie możesz się po prostu cieszyć moim szczęściem?
— Cieszyć? — Mój głos zadrżał. — Zostawiasz mnie samą. Jak mam się cieszyć? Dla kogo mam teraz gotować? Do kogo mam się odezwać wieczorem? Myślisz tylko o sobie.
Zapadła cisza. Paulina patrzyła na mnie z bólem, ale nie cofnęła się.
— Może właśnie o to chodzi — powiedziała cicho. — Że całe życie myślałaś za nas dwie. Nie mam czym oddychać, mamo. Kocham cię, ale duszę się tutaj. Każdy mój krok jest przez ciebie analizowany. Każda decyzja komentowana. Muszę sprawdzić, kim jestem, kiedy nie ma cię tuż obok.
Te słowa uderzyły mnie jak policzek. Wyszłam z pokoju, trzaskając drzwiami. Zamknęłam się w sypialni i płakałam w poduszkę, czując się najbardziej samotną osobą na świecie. Moja własna córka uważała moją miłość za truciznę.
Cisza dzwoniła mi w uszach
Poranek wyjazdu był szary i deszczowy, jakby pogoda dostroiła się do mojego nastroju. Pomagałam jej znosić kartony do samochodu, który pożyczyła od kolegi. Każde pudło było jak kawałek mojego serca wyrywany z piersi.
— Masz słoiki z bigosem? — zapytałam mechanicznie, stojąc przy otwartym bagażniku. — I te konfitury z malin, na przeziębienie.
— Mam, mamo. Wszystko mam — powiedziała, zapinając kurtkę.
Stała przede mną, gotowa do drogi. Wyglądała na dorosłą, silną kobietę, a ja wciąż widziałam w niej małą dziewczynkę z warkoczykami. Chciałam ją chwycić za rękę i zaciągnąć z powrotem do domu, zamknąć drzwi na klucz i udawać, że ten dzień nigdy nie nadszedł. Ale wiedziałam, że to niemożliwe.
— Zadzwoń, jak dojedziesz — powiedziałam chłodno, nie potrafiąc ukryć żalu.
Paulina podeszła i mocno mnie przytuliła. Poczułam zapach jej perfum i łzy napłynęły mi do oczu.
— Nie gniewaj się — szepnęła mi do ucha. — To nie jest przeciwko tobie. Muszę to zrobić dla siebie. Będę dzwonić codziennie. Obiecuję.
Odsunęła się, wsiadła do samochodu i odpaliła silnik. Patrzyłam, jak czerwone światła tylnych lamp znikają za zakrętem. Stałam na deszczu w samych kapciach, nie czując zimna. Czułam tylko pustkę. Wróciłam do domu i usiadłam w fotelu w salonie. Cisza dzwoniła mi w uszach. Zegar ścienny tykał głośno, odliczając sekundy mojego nowego, samotnego życia.
Usiadłam przy stole
Pierwszy tydzień był koszmarem. Paulina dzwoniła, tak jak obiecała, ale nasze rozmowy były sztuczne. Opowiadała o nowym biurze, o mieszkaniu, o tym, jak piękne jest miasto. Ja odpowiadałam półsłówkami, informując ją jedynie o pogodzie i o tym, co jadłam. Chciałam, żeby poczuła, jak bardzo mnie zraniła. Chciałam, żeby usłyszała w moim głosie wyrzut. W czwartek rano rozległ się dzwonek do drzwi. To była Krystyna, moja sąsiadka. Nigdy nie byłyśmy blisko — uważałam ją za zbyt egoistyczną. Krystyna dużo podróżowała, chodziła na jogę, a jej dzieci od dawna mieszkały za granicą. Zawsze dziwiło mnie, jak może być taka radosna, skoro jej rodzina jest w rozsypce.
— Przyszłam na kawę — powiedziała, wchodząc do środka bez zaproszenia, trzymając w ręku paczkę ciastek. — Wiem, że Paulina wyjechała. Pewnie siedzisz i gapisz się w ścianę.
— Nie gapię się w ścianę — obruszyłam się, choć dokładnie to robiłam przez ostatnią godzinę. — Po prostu odpoczywam.
Krystyna nastawiła wodę w czajniku, czując się jak u siebie.
— Elżbieta, nie oszukujmy się. Widzę, co się dzieje. Uważasz, że to koniec świata, prawda? Że ona cię porzuciła.
Usiadłam przy stole, czując, jak tama pęka.
— Bo tak jest, Krysiu. Poświęciłam jej wszystko. Nie mam nikogo innego. A ona wyjechała bez mrugnięcia okiem. Jakby te wszystkie lata nic nie znaczyły.
Krystyna postawiła przede mną kubek z kawą i spojrzała mi prosto w oczy.
— A może to ty zapomniałaś, że masz swoje życie? — zapytała brutalnie szczerze. — Dzieci nie są naszą własnością, Ela. Są gośćmi w naszym domu. Karmimy je, uczymy latać, a potem musimy otworzyć okno. Jeśli trzymamy je na siłę, to nie jest miłość. To jest niewola.
— Łatwo ci mówić — burknęłam. — Twoje dzieci są w Anglii i w Stanach.
— I tęsknię za nimi jak cholera — przyznała Krystyna, a jej uśmiech na chwilę zgasł. — Ale jestem z nich dumna. Są samodzielni, szczęśliwi. Gdybym wisiała na telefonie i płakała im do słuchawki, tylko bym ich od siebie odepchnęła. A tak? Dzwonią, bo chcą, a nie dlatego, że muszą zaspokoić moje poczucie winy.
Jej słowa zapadły we mnie głęboko. Czy Paulina dzwoniła, bo chciała? Czy może dzwoniła, żeby upewnić się, że matka jeszcze żyje i nie umarła z żalu?
Wzięłam głęboki oddech
Mijały kolejne tygodnie. Zaczęłam dostrzegać pewne rzeczy, na które wcześniej byłam ślepa. Dom, choć pusty, był czystszy. Mniej sprzątania, mniej prania. Miałam czas na czytanie książek, które od lat kurzyły się na półce. Ale wciąż czułam ten ucisk w żołądku, ilekroć myślałam o córce we Wrocławiu. Pewnego wieczoru Paulina zadzwoniła później niż zwykle. Jej głos był inny: drżący, niepewny.
— Mamo? Nie śpisz?
— Nie, czytam. Coś się stało? — zapytałam, natychmiast przechodząc w tryb alarmowy.
— Miałam dzisiaj straszny dzień w pracy. Zrobiłam błąd w prezentacji, szefowa na mnie nakrzyczała przy wszystkich. Czuję się beznadziejnie. Nie wiem, czy się do tego nadaję.
W pierwszej chwili chciałam powiedzieć: „A nie mówiłam? Wróć do domu, tutaj będziesz bezpieczna. Tutaj nikt na ciebie nie krzyczy”. Te słowa cisnęły mi się na usta, były tak naturalne, tak znajome. Ale wtedy przypomniałam sobie rozmowę z Krystyną. Przypomniałam sobie twarz Pauliny w dniu wyjazdu — zdeterminowaną, ale szukającą akceptacji. Jeśli teraz powiem jej, żeby wróciła, potwierdzę jej najgorsze obawy — że beze mnie sobie nie poradzi. Że jest słaba.
Wzięłam głęboki oddech.
— Kochanie, każdy popełnia błędy — powiedziałam spokojnie, zaskakując samą siebie. — To dopiero twój pierwszy miesiąc. Jesteś mądra, ambitna i świetnie zorganizowana. Pamiętasz, jak bałaś się egzaminów na studia? A zdałaś najlepiej na roku. To minie. Jutro pójdziesz tam, poprawisz to i pokażesz im, na co cię stać.
Po drugiej stronie słuchawki zapadła cisza. Długa, znacząca cisza.
— Naprawdę tak myślisz? — zapytała Paulina cichym głosem.
— Wiem to. Wierzę w ciebie.
Usłyszałam, jak pociąga nosem.
— Dziękuję, mamo. Nawet nie wiesz, jak bardzo potrzebowałam to usłyszeć. Tęsknię za tobą.
— Ja za tobą też, córeczko. Ale dasz radę.
Po tej rozmowie nie czułam już tej paraliżującej pustki. Czułam coś innego — dumę. I po raz pierwszy od dawna, spokój. Zrozumiałam, że moja rola jako matki się nie skończyła. Ona się po prostu zmieniła. Nie byłam już kierownikiem jej życia, ale mogłam być jej bezpieczną bazą. Kimś, kto wspiera, a nie ogranicza.
Usłyszałam śmiech w słuchawce
Dwa miesiące później stałam na peronie we Wrocławiu. Paulina biegła w moją stronę, przeciskając się przez tłum podróżnych. Wyglądała inaczej — zmieniła fryzurę, ubierała się odważniej, w jej ruchach było więcej pewności siebie. Rzuciła mi się na szyję, prawie przewracając mnie z walizką.
— Mamo! Tak się cieszę, że przyjechałaś! — krzyknęła, nie przejmując się ludźmi dookoła.
— Ja też się cieszę. — Uśmiechnęłam się, czując ciepło w sercu.
Zabrała mnie do swojego mieszkania. Było małe, to prawda, trochę chaotyczne, a w zlewie stały dwa brudne kubki. Ale było jej. Na ścianach wisiały grafiki, których ja bym nigdy nie powiesiła, a na parapecie usychał kwiatek, którego zapomniała podlać. Kiedyś bym to skomentowała. Kiedyś zaczęłabym od razu sprzątać i narzekać. Teraz usiadłam na kanapie, którą kupiła za pierwsze zarobione pieniądze, i przyjęłam od niej herbatę.
— I jak ci się podoba? — zapytała z nadzieją w głosie.
Rozejrzałam się po pokoju. Widziałam nie tylko meble, ale wolność, którą sobie wywalczyła. Widziałam dorosłą kobietę, która buduje swoje życie na własnych zasadach. I widziałam, że mimo odległości, wciąż jest w tym życiu miejsce dla mnie. Nie jako strażnika, ale jako gościa honorowego.
— Jest pięknie, kochanie — powiedziałam szczerze. — Jest bardzo twoje.
Wieczorem poszłyśmy na spacer po Rynku. Paulina opowiadała mi o swojej pracy, o nowych znajomych, o planach na weekend. Słuchałam jej z zainteresowaniem, nie przerywając, nie oceniając. Odkrywałam moją córkę na nowo. Była interesującym człowiekiem, nie tylko moim dzieckiem. Kiedy wróciłam do swojego miasta, dom wciąż był pusty, ale ta cisza już nie krzyczała. Była przestrzenią na moje myśli. Następnego dnia zadzwoniłam do Krystyny.
— To co, ta propozycja wyjścia na jogę jest wciąż aktualna? — zapytałam.
Usłyszałam śmiech w słuchawce.
— Zawsze, Elu. Zawsze.
Spojrzałam na kalendarz wiszący w kuchni. Zaznaczyłam datę kolejnej wizyty we Wrocławiu, ale tym razem nie było to jedyne wydarzenie w moim miesiącu. Obok zapisałam „Kino z Krysią” i „Kurs malarstwa”. Zrozumiałam, że wyprowadzka córki nie była końcem mojego życia. Była impulsem, którego potrzebowałam, żeby w końcu zacząć żyć własnym. Ból porzucenia powoli zamieniał się w satysfakcję z obserwowania, jak moje dziecko staje się niezależnym człowiekiem. A ja? Ja wciąż byłam jej matką, ale w końcu stawałam się też znowu sobą.
Elżbieta, 54 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Zimą bardziej niż kaloryfer grzeje mnie miłość kochanka. Mąż i dzieci nie wiedzą, że mamusia ma swoje za uszami”
- „Gdy w walentynki pękła w mieszkaniu rura, zalałam męża pretensjami. Ten wieczór był najlepszą randką od dnia naszego ślubu”
- „Przesiąkłem zapachem perfum kochanki, więc szybko kupiłem takie same żonie. Kłamstwo wyszło na jaw”

