Reklama

Przez długi czas powtarzałam sobie, że to tylko obiady. Dwie, może trzy godziny w tygodniu, które da się przetrwać z uśmiechem. W końcu to matka mojego męża, a rodziny się nie wybiera. Nie przypuszczałam jednak, że przy stole, przy rosole i pieczonych ziemniakach, można krok po kroku podkopać czyjeś poczucie wartości i małżeństwo.

Zaczynałam się przejmować coraz bardziej

Pierwsze uwagi teściowej wydawały się niewinne.

– Kochana, rosół trochę za mało słony – mówiła łagodnie, podsuwając mi solniczkę. – Ale to nic, każdy się uczy.

Uśmiechałam się wtedy i odpowiadałam spokojnie:

– Następnym razem doprawię mocniej, pani Elu.

Marek ściskał mnie pod stołem za kolano, jakby chciał powiedzieć: „Nie przejmuj się”. Tyle że ja zaczynałam się przejmować coraz bardziej. Z czasem komentarze przestały dotyczyć jedzenia.

– Marek zawsze marzył o większym mieszkaniu – rzuciła któregoś dnia, rozglądając się po naszym salonie. – W jego pokoju u nas miał więcej przestrzeni.

Spojrzałam na męża, licząc, że zaprotestuje. Wzruszył tylko ramionami.

– Mamo, jest w porządku – mruknął.

– Oczywiście, że w porządku – odpowiedziała szybko. – Ja tylko mówię, że mój syn przyzwyczajony był do wyższego standardu.

Poczułam, jak policzki zaczynają mi płonąć. To ja spędzałam wieczory, przeglądając oferty mieszkań, to ja liczyłam każdą złotówkę, żebyśmy mogli odłożyć na większy wkład własny. A ona jednym zdaniem sprowadzała to do mojego niedbalstwa. Kolejne niedziele wyglądały podobnie.

– Może powinnaś zmienić pracę? – zaproponowała kiedyś, nalewając sobie kompotu. – Marek potrzebuje kogoś ambitnego u boku.

– Jestem ambitna – odpowiedziałam ciszej, niż zamierzałam.

– Same ambicje nie wystarczą, rachunków nią nie opłacisz – uśmiechnęła się.

Marek milczał. A ja czułam się tak, jakbym była ze wszystkim sama.

Ja tylko chcę dla was jak najlepiej

Punktem zwrotnym był obiad z okazji rocznicy naszego ślubu. Chciałam, żeby było miło. Upiekłam ciasto według przepisu jego mamy, żeby uniknąć komentarzy. Gdy podałam deser, pani Ela spróbowała kawałek i westchnęła teatralnie.

– No cóż, przepis to jedno, ręka gospodyni to drugie.

Wtedy coś we mnie pękło.

– Mamo, może wystarczy – odezwał się wreszcie Marek, ale brzmiało to bardziej jak prośba niż stanowisko.

– Ja tylko chcę dla was jak najlepiej – odpowiedziała, odkładając widelec. – Gdybyś mnie słuchała, Aniu, uniknęlibyście wielu błędów.

Spojrzałam na nią i po raz pierwszy nie spuściłam wzroku. Serce biło mi jak oszalałe.

– Jakich błędów? – zapytałam.

– Na przykład tego, że Marek wraca zmęczony, a ty zamiast zadbać o spokojny dom, ciągle coś planujesz. Kobieta powinna wiedzieć, kiedy ustąpić.

W salonie zrobiło się duszno. Marek patrzył w talerz. Zrozumiałam, że jeśli teraz znowu przemilczę, już zawsze będę tą „niewystarczającą”. Wzięłam głęboki oddech, ale jeszcze nic nie powiedziałam. To zdanie dojrzewało we mnie od miesięcy.

Nasze małżeństwo nie potrzebuje kierownika

Siedzieliśmy przy stole w absolutnym bezruchu. Zegar w kuchni tykał głośniej niż zwykle, jakby podkreślał każdą sekundę mojego wahania. Pani Ela poprawiła serwetkę na kolanach i spojrzała na mnie z pobłażliwym uśmiechem.

– Nie gniewaj się, Aniu – dodała łagodnym tonem. – Ja naprawdę wiem, co jest dobre dla mojego syna.

I wtedy to zdanie samo ze mnie wyszło.

– Pani Elu, Marek nie jest już pani synkiem, tylko moim mężem. A nasze małżeństwo nie potrzebuje kierownika.

Nie podniosłam głosu. Wypowiedziałam to spokojnie, wyraźnie, patrząc jej prosto w oczy.

– Słucham? – zapytała jego mama, marszcząc brwi.

Szanuję pani doświadczenie – ciągnęłam, czując, że ręce drżą mi pod stołem. – Ale decyzje o naszym życiu podejmujemy my. Razem. Bez oceniania przy każdym obiedzie.

Marek wciągnął powietrze.

– Ania… – zaczął, ale urwał.

Ja tylko wyrażam swoje zdanie – odpowiedziała chłodno pani Ela. – Jeśli nie potrafisz przyjąć dobrej rady, to nie moja wina.

– Rada to jedno – wtrąciłam. – A podważanie wszystkiego, co robię, to drugie.

To nasze życie

Marek wstał od stołu. Krzesło zaskrzypiało o podłogę.

– Mamo, Ania ma rację – powiedział w końcu, patrząc na nią poważnie. – Kocham cię, ale to nasze życie. Czasem czuję się, jakbym miał wybierać między wami.

Serce mi zamarło. Nie wiedziałam, że on to tak odbierał. Pani Ela pobladła.

– Wybierać? – powtórzyła. – Po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiłam?

– Właśnie dlatego – odpowiedział cicho. – Zrobiłaś dla mnie bardzo dużo. Ale teraz chcę sam podejmować decyzje. Z Anią.

Pierwszy raz widziałam w jego oczach taką stanowczość. Teściowa odsunęła talerz.

– Rozumiem – powiedziała sztywno. – Czyli jestem już tylko gościem.

– Nie – odparłam szybciej, niż planowałam. – Chcę, żeby była pani częścią naszego życia. Ale to nie oznacza, że może pani mieszać się we wszystko.

Znowu zapadła cisza, ale tym razem inna. Teściowa wstała od stołu.

– Muszę już iść – oznajmiła. – Widocznie młodzi lepiej wiedzą.

Drzwi zamknęły się za nią ciszej niż zwykle. Stałam w kuchni, patrząc na niedojedzone ciasto. Nagle poczułam, że kolana mam jak z waty. Marek podszedł do mnie i objął mnie od tyłu.

– Bałem się, że kiedyś to nastąpi – wyszeptał. – Przepraszam, że wcześniej nie reagowałem.

Odwróciłam się do niego.

– A ja bałam się, że jeśli zareaguję, stracę ciebie.

Przytulił mnie mocniej. Tego wieczoru po raz pierwszy od dawna czułam, że stoimy po tej samej stronie. Nie wiedziałam jednak, czy ta cisza po burzy oznaczała koniec konfliktu, czy dopiero jego początek.

Powiedziała, że ją upokorzyliśmy

Myślałam, że po tamtym obiedzie coś się zmieni. Przez trzy dni panowała cisza – żadnych wiadomości, żadnych telefonów. Czułam ulgę, ale też napięcie, jakby powietrze było naładowane przed kolejną burzą. Czwartego dnia, punkt siódma rano, zadzwonił telefon Marka. Leżał jeszcze obok mnie, zaspany, gdy na ekranie pojawiło się „Mama”.

– Odbierz – powiedziałam cicho. – Lepiej nie odkładać tego na później.

Wyszedł do kuchni, ale ściany w naszym mieszkaniu nie były na tyle grube, żebym nie słyszała podniesionego głosu.

– Mamo, nie o to chodziło…

– …Nie, Ania nie zabrania mi kontaktu…

– …Nie, nie musisz dramatyzować.

Usiadłam na łóżku, czując, jak żołądek ściska mi się w supeł. Po chwili Marek wrócił, blady.

Powiedziała, że ją upokorzyliśmy – oznajmił. – Że nie spodziewała się takiej niewdzięczności.

– My? – zapytałam.

– Tak. Uznała, że pozwoliłem ci ją obrazić.

Poczułam, jak coś we mnie znów zaczyna drżeć. Nie z gniewu, tylko ze zmęczenia.

– Marek, ja jej nie obraziłam.

– Wiem – odpowiedział szybko. – Wiem.

Usiadł obok mnie i przetarł twarz dłońmi.

– Powiedziała też, że skoro nie jest już potrzebna, to nie będzie się narzucać. I że nie przyjdzie na urodziny taty w przyszłym tygodniu, jeśli mamy tam być.

To był cios poniżej pasa. Wiedziała, jak ważne są dla niego rodzinne spotkania.

– To stawianie ultimatum – powiedziałam cicho.

– Też tak to czuję.

Nie tak wyobrażałam sobie relację z teściową

Tego dnia w pracy nie mogłam się skupić. W głowie słyszałam jej głos: „Jestem już tylko gościem”. Zaczęłam się zastanawiać, czy nie przesadziłam. Może mogłam powiedzieć to łagodniej? Może powinnam była poczekać? Wieczorem Marek siedział przy stole, wpatrując się w telefon.

– Pojedziemy na te urodziny – powiedział w końcu. – Jeśli mama nie przyjdzie, to będzie jej decyzja.

Spojrzałam na niego uważnie.

– Jesteś pewien?

– Nie chcę już żyć między młotem a kowadłem – odpowiedział. – Albo zaczniemy stawiać granice teraz, albo nigdy.

W dniu urodzin jego ojca atmosfera była napięta. Gdy weszliśmy do domu, teściowa już tam była. Siedziała przy stole, wyprostowana, z twarzą pozbawioną uśmiechu.

– Dzień dobry – powiedziałam spokojnie.

– Dzień dobry – odparła chłodno.

Przez pierwszą godzinę rozmawiała tylko z innymi gośćmi. Ignorowała mnie demonstracyjnie. Marek próbował włączać mnie do rozmowy, ale czułam, że wszyscy obserwują każdy nasz gest. W pewnym momencie wstała i podeszła do mnie do kuchni, gdzie kroiłam ciasto.

– Nie tak wyobrażałam sobie relację z żoną mojego syna – powiedziała cicho.

Spojrzałam na nią.

– Ja też nie tak wyobrażałam sobie relację z teściową.

Przez chwilę mierzyłyśmy się wzrokiem.

Myślisz, że chcę ci zaszkodzić? – zapytała nagle, już bez tej twardości w głosie.

– Myślę, że chce mieć pani nad wszystkim kontrolę – odpowiedziałam szczerze.

– Po prostu bałam się, że odsuniesz mnie od syna – wyszeptała.

To zdanie zaskoczyło mnie bardziej niż wszystkie wcześniejsze uwagi. W kuchni znów zapadła cisza.

Myślałam, że pomagam

Stałyśmy w kuchni naprzeciw siebie, jak dwie kobiety, które przez długi czas mówiły różnymi językami. Dopiero tamtego dnia zaczęłyśmy się naprawdę słyszeć.

Nikt go pani nie odbiera – powiedziałam spokojnie. – Ja też nikogo nie chcę tracić. Ale nie mogę ciągle czuć się oceniana we własnym domu.

Pani Ela usiadła przy stole, jakby nagle zabrakło jej sił.

– Kiedy Marek był mały, wszystko konsultował ze mną – zaczęła cicho. – Szkołę, studia, pierwszą pracę. A potem pojawiłaś się ty i… przestał pytać.

– Bo dorósł – odpowiedziałam łagodnie. – A ja nie chcę go zastępować w relacji z panią. Chcę, żeby przy mnie był mężem, a nie synem, który musi wybierać.

Przez chwilę milczała, bawiąc się serwetką.

– Może rzeczywiście przesadzałam – przyznała w końcu. – Myślałam, że pomagam. Nie zauważyłam, że ranię.

Te słowa nie wymazały wszystkich wcześniejszych miesięcy, ale coś w moim środku odpuściło.

Możemy spróbować od początku – zaproponowałam. – Bez ocen przy każdym obiedzie. Jeśli będę chciała rady, zapytam. A jeśli nie zapytam, proszę zaufać, że damy sobie radę.

Spojrzała na mnie długo, jakby ważyła każde słowo.

– Dobrze – powiedziała w końcu. – Spróbujmy.

Jestem z ciebie dumny

Gdy wróciłyśmy do salonu, Marek podniósł wzrok znad talerza. W jego oczach widziałam napięcie.

– Wszystko w porządku? – zapytał.

Pani Ela usiadła obok niego.

– Twój wybór jest dobry – powiedziała spokojnie. – A ja muszę nauczyć się być mamą dorosłego mężczyzny.

Marek zamilkł, jakby nie był pewien, czy dobrze usłyszał.

– Dziękuję, mamo – odpowiedział po chwili.

Reszta wieczoru minęła bez złośliwości i demonstracyjnych westchnień. Nie było idealnie, rozmowy były ostrożne, ale po raz pierwszy nie czułam, że siedzę na egzaminie. W drodze do domu Marek ścisnął moją dłoń.

– Jestem z ciebie dumny – powiedział. – Gdybyś wtedy nie powiedziała tego jednego zdania, dalej tkwilibyśmy w tym samym miejscu.

Patrzyłam przez okno samochodu na mijające światła i pomyślałam, że czasem jedno spokojne, stanowcze zdanie może zmienić więcej niż miesiące milczenia. Nie stałyśmy się z teściową najlepszymi przyjaciółkami. Nadal różniłyśmy się w wielu kwestiach. Ale od tamtej pory przy wspólnym stole było miejsce dla trzech dorosłych osób. A cisza, która wtedy zapadła jak po burzy, okazała się początkiem czegoś nowego – nie idealnego, ale prawdziwego i opartego na wzajemnym szacunku.

Anna, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama