Reklama

Patrzyłam na sufit pokoju hotelowego, licząc pęknięcia w tynku, których nikt inny by nie zauważył w tym luksusowym apartamencie. Obok mnie spał człowiek, któremu zaledwie kilka godzin wcześniej, przed ołtarzem pełnym kwiatów i wzruszonych ciotek, ślubowałam miłość, wierność i uczciwość małżeńską. Spał spokojnie. A ja? Ja czułam, jak złota obrączka już zaczyna mi ciążyć. To nie był zwykły strach przed nowym etapem życia czy stres panny młodej. To była lodowata pewność, że właśnie weszłam do klatki, a klucz został wyrzucony przez okno prosto w ciemną noc.

Musimy teraz liczyć pieniądze?

Wszystko zaczęło się sypać w momencie, gdy zamknęły się za nami ciężkie drzwi apartamentu dla nowożeńców. Goście wciąż bawili się na dole, muzyka przytłumiona przez grube stropy docierała do nas jedynie jako rytmiczne dudnienie, przypominające bicie niespokojnego serca. Wyobrażałam sobie ten moment setki razy. Myślałam, że Adrian weźmie mnie w ramiona, że zdejmie mi buty, które obtarły mi pięty, że powiemy sobie coś czułego, może zaśmiejemy się z wujka, który pomylił kroki w polonezie. Zamiast tego, Adrian zdjął marynarkę, starannie powiesił ją na oparciu krzesła, wygładzając każde, nawet najmniejsze zagniecenie, po czym odwrócił się do mnie z twarzą pozbawioną jakichkolwiek emocji. Usiadłam na brzegu łóżka, wciąż w mojej wielkiej, białej sukni, która nagle wydała mi się absurdalnym przebraniem. Adrian wyciągnął z wewnętrznej kieszeni marynarki mały notes i długopis.

– Musimy podsumować wydatki i wpływy – stwierdził sucho, otwierając sejf w szafie, gdzie wcześniej zdeponowaliśmy koperty od gości. – Zauważyłem, że twoja kuzynka dała nam tylko kartkę bez wkładki. To bardzo nieeleganckie, biorąc pod uwagę, ile zapłaciliśmy za talerzyk.

Zamarłam. Moja kuzynka Ania samotnie wychowywała dwójkę dzieci i ledwo wiązała koniec z końcem. Sama jej obecność była dla mnie prezentem.

– Adrian, proszę cię... Jest nasza noc poślubna. Czy naprawdę musimy teraz liczyć pieniądze? – zapytałam, czując, jak w moich oczach zbierają się łzy.

Spojrzał na mnie, jakbym powiedziała coś w obcym języku.

– Małżeństwo to przedsiębiorstwo, Alicjo. Jeśli nie będziemy pilnować finansów od pierwszej minuty, skończymy jak twoi rodzice. Poza tym, musisz wiedzieć, że twoje zachowanie przy stole pozostawiało wiele do życzenia.

– Moje zachowanie? – powtórzyłam głucho.

– Śmiałaś się za głośno, krzyczałaś. To niszczy wizerunek, który budujemy.

Wtedy to do mnie dotarło. Nie wyszłam za mąż za mężczyznę, który mnie kochał. Wyszłam za mąż za menadżera projektu pod tytułem „Moje Idealne Życie”. Przez ostatnie dwa lata Adrian grał rolę idealnego partnera, ale teraz, gdy podpisaliśmy papiery, kurtyna opadła. Nie musiał się już starać. Byłam jego własnością, kolejnym aktywem w jego portfolio. Położył się spać, nie całując mnie nawet na dobranoc, zostawiając mnie z rozrzuconymi na stoliku kopertami i poczuciem totalnej pustki.

Myślałam, że chce dla mnie jak najlepiej

Leżąc w ciemnościach, zaczęłam przewijać taśmę naszej znajomości. Jak mogłam być tak ślepa? Przecież sygnały były widoczne od dawna, tylko ja malowałam je na różowo, tłumacząc wszystko jego ambicją i dbałością o szczegóły. Poznaliśmy się w galerii sztuki. Adrian skomentował obraz, na który patrzyłam, z taką wnikliwością i inteligencją, że od razu mnie zaintrygował. Był przystojny, zadbany, zawsze pachniał drogimi perfumami. Zaprosił mnie na kawę, potem na kolację. Wszystko było jak z filmu. Otwierał mi drzwi, przysyłał kwiaty do biura, zabierał w ciekawe miejsca. Ale teraz przypominałam sobie inne sytuacje.

Pamiętam, jak kiedyś spóźniłam się na spotkanie pięć minut, bo uciekł mi tramwaj. Adrian nie zrobił awantury. Po prostu milczał przez całą kolację, sprawiając, że czułam się winna. Kiedy w końcu się odezwał, powiedział tylko: „Szanowanie czasu drugiego człowieka to podstawa szacunku w związku”. Przepraszałam go wtedy przez godzinę. Albo sytuacja z moimi przyjaciółmi. Stopniowo, bardzo subtelnie, Adrian odcinał mnie od nich.

– Kaśka jest trochę za głośna, nie sądzisz? – mówił, krzywiąc się lekko. – A ten twój kolega z pracy, Michał... czy on naprawdę ma jakieś ambicje? Nie chciałbym, żebyś otaczała się ludźmi, którzy ciągną cię w dół.

Wierzyłam mu. Myślałam, że chce dla mnie jak najlepiej, że motywuje mnie do rozwoju. Przestałam spotykać się z Kaśką, ograniczyłam kontakty z Michałem. Zostałam sama w jego świecie, w jego złotej klatce, którą sama pomogłam budować. Nawet wybór sukni ślubnej nie był do końca mój. Chciałam koronki w stylu boho, zwiewne i lekkie. Adrian przekonał mnie – a raczej swoją matkę, która była przy przymiarkach – że klasyczna satyna jest bardziej „dostojna” i pasuje do powagi uroczystości. W dniu ślubu czułam się w niej sztywno i ciężko, ale on powiedział, że wyglądam „poprawnie”. Wtedy uznałam to za komplement. Teraz brzmiało to jak ocena towaru.

Byłam projektem

Kolejne dni miesiąca miodowego, który spędzaliśmy w luksusowym kurorcie w Grecji, były koszmarem ubranym w piękne widoki. Adrian miał zaplanowaną każdą godzinę. Pobudka o siódmej, bieganie - musiałam biegać z nim, mimo że nienawidzę tego sportu, śniadanie (tylko białko i warzywa, żadnych lokalnych przysmaków), czas na pracę zdalną, plaża dokładnie 45 minut, kolacja. Każdego wieczoru dzwonił do swojej matki, Barbary. Początkowo myślałam, że to wyraz troski, ale szybko zorientowałam się, że to raportowanie.

– Tak, mamo, Alicja posmarowała się kremem z filtrem pięćdziesiąt, pilnuję tego... Nie, nie jadła glutenu, pamiętam o twoich zaleceniach... Tak, ma kapelusz.

Słuchałam tego, siedząc na tarasie z widokiem na zachodzące słońce i czułam się jak mała dziewczynka pod kuratelą, a nie dorosła kobieta. Barbara, moja teściowa, była kobietą z żelaza, ukrytą za maską dobrotliwej starszej pani. To ona wybrała nam mieszkanie. To ona nalegała na intercyzę, którą podpisałam bez czytania, bo „przecież się kochamy”. W połowie wyjazdu Adrian oświadczył:

– Po powrocie zmienisz pracę. Rozmawiałem z mamą, w jej firmie księgowej zwolniło się miejsce w dziale administracji. Będziesz tam miała lepsze perspektywy niż w tym twoim studiu graficznym.

– Ale ja kocham moją pracę! – zaprotestowałam, czując, jak narasta we mnie bunt. – Jestem graficzką. Nie znam się na administracji.

– Nauczysz się – uciął krótko. – Grafika to hobby, a my potrzebujemy stabilizacji. Poza tym, pracując u mamy, będziesz pod jej okiem.

To zdanie przelało czarę goryczy. „Będziesz pod jej okiem”. Jakbym potrzebowała ciągłej kontroli. Zrozumiałam, że dla nich – dla Adriana i Barbary – nie byłam partnerką. Byłam projektem. Inwestycją, która miała przynieść określony zwrot: reprezentacyjną żonę, która będzie posłusznie wykonywać polecenia.

Czułam się jak intruz

Po powrocie do Polski wróciłam do naszego – a raczej jego – sterylnie czystego mieszkania. Każdy przedmiot miał tu swoje miejsce, a ja bałam się odłożyć kubek na blat, żeby nie zostawić śladu. Czułam się jak intruz. Wiedziałam, że muszę uciec, ale nie wiedziałam jak. Wstydziłam się. Co powiedzą rodzice? Co powiedzą ludzie? Dopiero co był huczny ślub, setki gości, prezenty, a ja po dwóch tygodniach chcę odejść? Bałam się oceny. Bałam się przyznać do błędu. Przełom nastąpił w niedzielę, podczas obiadu u teściowej. Barbara podała pieczeń, krytykując przy okazji moją fryzurę. Nagle Adrian odezwał się:

– Mamo, ustaliliśmy z Alicją, że od przyszłego miesiąca zaczyna pracę u ciebie.

Upuściłam widelec. Dźwięk metalu uderzającego o porcelanę rozszedł się echem po jadalni. Nie ustalaliśmy niczego takiego. Nie podjęłam żadnej konkretnej decyzji.

– Alicjo, co ty wyprawiasz? – syknął Adrian. – Uważaj trochę.

Spojrzałam na niego, potem na jego matkę, która patrzyła na mnie z tym swoim protekcjonalnym uśmiechem. Zobaczyłam moją przyszłość. Widziałam siebie za rok, pięć, dziesięć lat. Zgaszoną, smutną kobietę z idealną fryzurą, której życie będzie zaplanowane co do dnia.

– Nie – powiedziałam cicho.

– Co proszę? – Barbara uniosła brwi.

– Nie – powtórzyłam głośniej, wstając od stołu. Moje nogi drżały, ale głos nabierał mocy. – Nie. Nie będę pracować w twojej firmie.

– Alicja, uspokój się, robisz scenę – Adrian wstał, jego twarz pociemniała z gniewu. – Siadaj natychmiast.

– Nie usiądę – cofnęłam się w stronę przedpokoju. – Odchodzę, Adrian. To pomyłka. Wielka, gigantyczna pomyłka.

– Jeśli wyjdziesz teraz, nie masz po co wracać – powiedział zimno. – Zostaniesz z niczym. Zgodnie z intercyzą nie dostaniesz ani grosza.

– Nie chcę twoich pieniędzy – krzyknęłam, chwytając torebkę. – Chcę mojego życia.

Wybiegłam z ich domu tak, jak stałam. W eleganckiej sukience i szpilkach biegłam do przystanku autobusowego, płacząc i śmiejąc się jednocześnie. Ludzie patrzyli na mnie jak na wariatkę, ale ja czułam się, jakbym właśnie wypłynęła na powierzchnię po miesiącach spędzonych pod wodą.

Widzę kobietę, która wreszcie wie, czego chce

Wróciłam do rodziców. Był to najtrudniejszy powrót w moim życiu. Musiałam spojrzeć im w oczy i powiedzieć: „Mieliście rację, pytając, czy na pewno go znam”. Ojciec nic nie powiedział, po prostu mnie przytulił. Mama zaparzyła herbatę. Nie pytali o szczegóły, widzieli, w jakim byłam stanie. Rozwód nie był łatwy. Poza tym Adrian próbował nastawić przeciwko mnie wspólnych znajomych. Ale wiecie co? Nie miało to znaczenia. Odzyskałam kontakt z Kaśką. Wróciłam do mojej agencji reklamowej, gdzie szef przyjął mnie z otwartymi ramionami, mówiąc, że brakowało im moich projektów. Wynajęłam małą kawalerkę. Nie jest idealna, tynk czasem się sypie, a sąsiedzi są głośni, ale to jest moje miejsce. Moja twierdza.

Dziś, gdy patrzę na swoje odbicie w lustrze, nie widzę już tej przerażonej dziewczyny w welonie. Widzę kobietę, która wreszcie wie, czego chce, a przede wszystkim – czego nie chce. Czasami błąd jest najlepszym, co może nam się przytrafić, pod warunkiem, że w porę go naprawimy. Ucieczka w noc poślubną, nawet jeśli symbolicznie trwała dwa tygodnie była moją najlepszą decyzją. Odzyskałam wolność, a ona jest warta więcej niż wszystkie pieniądze i pozory idealnego życia.

Alicja, 29 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama