Reklama

Nasz ślub to był dzień jak z bajki. Ceremonia w zabytkowym kościele, białe kwiaty, moja drżąca ręka w dłoni Konrada. Gdy spojrzałam mu wtedy w oczy, miałam wrażenie, że widzę w nich całe swoje życie. Nasze życie. Czułam się jak najważniejsza kobieta na świecie. Goście płakali ze wzruszenia, a mama ściskała rękę taty tak mocno, jakby chciała mu powiedzieć: „Zobacz, nasza Milenka naprawdę znalazła szczęście”.

Potem była sala, gratulacje, toasty, śmiech. Konrad wygłosił przy stole krótką przemowę i wszyscy mówili później, że nigdy nie widzieli, żeby facet był tak zakochany. Ja prawie płakałam ze szczęścia. Wszystko wydawało się być na swoim miejscu. Pierwszy taniec zatańczyliśmy do znanej romantycznej ballady. Czułam się, jakbyśmy byli wycięci z katalogu ślubnego: idealni, piękni, zgrani. Uśmiechaliśmy się do siebie jak w reklamie pasty do zębów, a znajomi wrzucali nasze zdjęcia z podpisem „para marzeń”.

Kilka dni później polecieliśmy na Wyspy Kanaryjskie. Hotel z widokiem na ocean, biały piasek, drinki z palemką. Siedziałam przy basenie w nowym bikini, śmiejąc się, że wreszcie mamy czas tylko dla siebie. Planowaliśmy romantyczne wieczory, długie rozmowy, dotyk, bliskość. Miał to być nasz początek.

A potem przyszła noc. Konrad wszedł do łóżka, pocałował mnie w czoło i odwrócił się plecami. Dosłownie. Bez żadnych słów, bez czułości. Zasnęłam obok jego pleców. Może był zmęczony. Może ślub i podróż dały mu się we znaki. Próbowałam nie dramatyzować, ale coś we mnie drgnęło.

Coś mi tam nie grało

Kolejny dzień naszego miesiąca miodowego zaczął się od śniadania na tarasie. Stoliki przy basenie, błękit nieba, cichy szum wody. Zajęłam miejsce przy balustradzie z widokiem na ocean. Konrad przyszedł chwilę po mnie, trzymając talerz z owocami i kawę w ręku.

– Dziś masz ochotę na plażę czy na wycieczkę? – zagadnęłam z uśmiechem, próbując nadać temu porankowi trochę ciepła.

– Zobaczymy. Muszę coś odpisać szefowi – odpowiedział, nie patrząc na mnie.

Znów ten telefon. Ekran rozświetlony, kciuk szybko przesuwający się po wiadomościach, jego wzrok wbity gdzieś daleko, jakby był tu tylko ciałem. Tłumaczył, że to praca, że „nie wszystko da się wyłączyć na tydzień”. Tylko… przecież to był urlop po naszym ślubie. To powinien być czas tylko dla nas.

Wieczorem wyszliśmy na spacer wzdłuż plaży. Ciepły wiatr, zapach morza, a między nami... dystans. W końcu nie wytrzymałam.

– Jesteśmy w raju, a ty ciągle w telefonie.

– Wybacz, ale nie wszystko da się wyłączyć na tydzień – powtórzył.

A można wyłączyć serce?

Zatrzymał się i spojrzał na mnie po raz pierwszy tego dnia tak naprawdę.

– O co ci chodzi?

– Po prostu… jesteś inny. Inaczej na mnie patrzysz. Jakbyś... już nie był ze mną.

Nie poznawałam go. Mój mąż – ten sam, który niedawno mówił, że jestem jego całym światem – był nagle jak obcy. Szedł dalej w ciszy. A ja czułam, że zniknęła jakaś cienka zasłona, która do tej pory trzymała mnie w iluzji. Coś zaczęło się kruszyć. To coś było naszym małżeństwem.

Zobaczyłam coś niepokojącego

Obudziłam się w środku nocy. Konrad oddychał spokojnie, plecami do mnie, jakby w tym śnie był zupełnie sam. W pokoju panowała cisza, tylko od czasu do czasu słychać było szum fal. Zerkając w stronę szafki, zauważyłam, że jego telefon się świeci. Wiadomość. Ekran pulsował delikatnym światłem. Nadawca: „P.” – tylko jedna litera. A jednak zrobiło mi się słabo.

Nie powinnam. Wiedziałam, że to złe. Granice prywatności są ważne. Jednak coś mnie zmusiło. Jakby ciało działało szybciej niż głowa. Sięgnęłam po telefon i odblokowałam go ostrożnie jego odciskiem palca. Czat układał się w długą rozmowę. Intymne słowa, serduszka, zdjęcia. Rozmowy, które miały miejsce, gdy ja planowałam układ kwiatów na naszym weselu. „Tylko tydzień, kochanie. Potem znów będziesz mój”. Zamknęłam oczy. Może to jakiś stary kontakt. Może coś sprzed ślubu. Może...

Kto to jest Patrycja? – zapytałam po chwili zimno, nie podnosząc głosu.

Konrad zerwał się zdezorientowany. Spojrzał na mnie i zobaczył w mojej dłoni swój telefon.

– Co?

Nie udawaj. Widziałam waszą rozmowę.

Zamarł. Milczenie trwało za długo. W końcu wydukał:

To stara sprawa. Nie ma znaczenia…

– To znaczy, że cały czas byłeś z nią?

Opuścił głowę. Nie odpowiedział. Serce waliło mi jak młot. To nie była pomyłka. To nie był błąd. On wybrał mnie, nie kończąc tamtej relacji. Czułam, że grunt pod stopami zaczyna się rozmywać. Że zderzyłam się z czymś, czego nigdy się nie spodziewałam – z prawdą, której nie da się cofnąć.

On nie potrafił się odciąć

Siedział na krawędzi łóżka z twarzą w dłoniach. Wciąż w tych samych spodenkach do spania, rozczochrany, jakby to wszystko było tylko złym snem. Ja byłam ubrana. Gotowa do wyjścia albo do wojny.

– To wszystko było skomplikowane – zaczął cicho. – Z Patrycją byłem przez lata…

To po co mi się oświadczałeś?

Spojrzał na mnie z wyrzutem, jakby to pytanie było zbyt brutalne.

– Bo myślałem, że sobie z tym poradzę. Że wybiorę ciebie.

Prychnęłam.

– A wybrałeś ją. W nocy. Gdy pisałeś, że za nią tęsknisz.

Zacisnął szczękę. Widziałam, że nie wie, co powiedzieć. A może wiedział, tylko bał się wypowiedzieć to na głos.

– To nie tak… Ona… ona nie potrafiła beze mnie żyć. Pisała, że nie przetrwa mojego ślubu.

– I co? Pocieszałeś ją flirtem przez wiadomości?

– Nigdy nie doszło do niczego… fizycznego. Przysięgam. Tylko pisaliśmy… po prostu mi jej żal.

Zrobiłam krok do przodu.

– A mnie? Mnie nie było ci żal, kiedy siedziałam w białej sukni i wierzyłam, że jestem tą jedyną?

Zamilkł. W tamtym momencie zrozumiałam, że nie chodziło o tę kobietę, ani o litość. Nawet o jego słabość. Chodziło o to, że on nie odciął się od przeszłości. Chciał mnie, ale nie zrezygnował z niej. To był moment, kiedy wiedziałam, że nic już nie będzie takie samo. Już w nic mu nie wierzyłam. Zdradził mnie, nawet jeśli naprawdę z nią nie spał. Oddał jej serce, które powinno należeć do mnie.

Nie mogłam tam zostać

Wyszłam z hotelu o świcie. Słońce dopiero wstawało, niebo miało kolor rozwodnionego różu. Szłam boso po plaży, trzymając w dłoni telefon, który przestał dzwonić jakieś dziesięć minut temu. Konrad próbował się do mnie dodzwonić, ale nie odebrałam. Nie chciałam już słuchać. Usiadłam na kamieniach, tam gdzie fale rozbijały się z cichym sykiem. Patrzyłam w wodę. Jak idiotyczne było to wszystko… Jeszcze kilka dni temu pakowałam do walizki sukienki na romantyczne kolacje. Teraz myślałam o rozwodzie.

Wbiłam wzrok w horyzont, w miejsce, gdzie niebo zlewa się z oceanem, i zaczęłam układać w głowie słowa. Takie, które wypowiem po powrocie. Bez łez. Bez dramatów. Konkretne. Nieodwracalne. Rozwód. Słowo, które jeszcze wczoraj było absurdalne. Dziś brzmiało jak wybawienie.

Nie płakałam. Byłam zbyt zmęczona. Myślałam o naszych planach – dzieciach, domu, niedzielnych śniadaniach na tarasie. Wszystko to wyglądało teraz jak folder reklamowy, który ktoś mi wcisnął, a potem wyrwał z rąk.

Wróciłam do pokoju koło dziewiątej. Konrad siedział przy oknie, wciąż w tej samej koszuli, z miną skruszonego chłopca.

– Milena… możemy porozmawiać?

– Nie chcę o tym rozmawiać. Po powrocie składam pozew o rozwód.

– Ale Milena… Proszę…

– Dla mnie zdrady się nie leczy terapią. Tylko prawdą. A jej mi nie dałeś.

Nie odpowiedział. Nie miał już co powiedzieć.

Wszystko się działo gdzieś poza mną

Wróciłam do Polski z jednym bagażem więcej – tym, którego nie da się zważyć. Z bagażem zdrady, straconych nadziei i tej dziwnej pustki, która pojawia się, kiedy coś znika na dobre. Konrad próbował się kontaktować. Najpierw pisał wiadomości: „Tęsknię”, „Proszę, porozmawiajmy”, „Nie przekreślaj nas tak szybko”. Potem zostawiał nagrania – nie odsłuchałam. Na końcu pojawił się przed moim blokiem, ale nie otworzyłam drzwi. Wszystko we mnie było już zamknięte.

Spotkałam się z prawniczką. Młoda kobieta w okularach, rzeczowa, spokojna. Zadała mi kilka pytań, a potem powiedziała: „To będzie proste. Bez dzieci, bez majątku do podziału. Możemy złożyć pozew jeszcze w tym tygodniu”. Proste. Śmieszne słowo jak na to, co właśnie przechodziłam.

Wieczorem pojechałam do mamy. Przywitała mnie uściskiem, który trwał za długo, jakby bała się, że się rozpadnę. Nie pytała. Zrobiła herbatę z cytryną i usiadła naprzeciwko mnie w milczeniu. A potem powiedziała tylko jedno zdanie:

– Czasem lepiej odejść na początku, niż trwać w kłamstwie latami.

Otworzyłam się powoli. Na świat. Na rozmowy. Na siebie. Przestałam się obwiniać. Przestałam analizować, gdzie popełniłam błąd. Może nie popełniłam żadnego. Nie jestem słaba. To nie moja wina. On miał wybór – ja miałam zaufanie. Teraz mam coś więcej. Mam spokój.

Mogę żyć dalej

Siedziałam w kawiarni na rogu ulicy, w tej samej, do której kiedyś chodziliśmy razem. Dziś po raz pierwszy od dawna zamówiłam coś innego niż herbatę – kawę z mlekiem kokosowym i bitą śmietaną. Deserowy napój – jak powiedział barista. Uśmiechnęłam się. Właśnie tak chciałam zacząć ten dzień – inaczej.

Za oknem migały jeszcze świąteczne lampki. Patrzyłam na ludzi przechodzących chodnikiem, nie myśląc już o tym, co myśli Konrad. Nie próbując analizować jego decyzji, jego kłamstw, jego planów. Po prostu patrzyłam. Byłam tu i teraz. Telefon zawibrował. Przyszła wiadomość od przyjaciółki: „Musisz to zobaczyć” – i obrazek z psem w kapciach, który wyglądał jakby miał już wszystko gdzieś. Zaśmiałam się głośno, pierwszy raz od tygodni.

Na stoliku leżały papiery rozwodowe. Gotowe do zaniesienia do sądu. Nie płakałam. Nie bolało już tak, jak wcześniej. Bolało inaczej – dojrzalej. Jak blizna po operacji. Już się goiła.

Zawsze myślałam, że rozwód to porażka. Że oznacza koniec marzeń, zawiedzione zaufanie, życiową klęskę. A może to ratunek? Może to akt odwagi? Wyszłam z kawiarni z uniesioną głową. Bez niego. Z czymś znacznie ważniejszym – ze sobą.

Milena, 28 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama