„Jeździłem na delegacje do Skandynawii, a moja dziewczyna wiernie czekała. Nie wiedziałem, co robi za moimi plecami”
„Nie chciałem wierzyć w to, co się dzieje. Przecież mówiła, że tęskni, że bezsenne noce w naszym mieszkaniu są najgorsze. A później sam usłyszałem, co naprawdę robiła, gdy mnie nie było. I dlaczego w ogóle ze mną była. Teraz już wiem”.

Mam trzydzieści sześć lat, mieszkanie w Warszawie i dobrze płatną pracę, która regularnie wysyła mnie w delegacje do Skandynawii. Dla niektórych to wymarzony scenariusz – zwłaszcza jeśli nie wiedzą, że samotne wieczory w hotelach potrafią człowieka wyżreć od środka.
Kiedy poznałem Martę, wydawało mi się, że wreszcie mam komu wysłać „dobranoc” z Oslo, Bergen czy Sztokholmu. Z czasem zaczęła zostawać w moim apartamencie, potem – zamieszkała tam na dobre. Byłem zakochany, a może tak mi się wydawało. Oczy mi się otworzyły dopiero wtedy, gdy jeden z moich kolegów z pracy przesłał mi zdjęcie. To był tylko początek.
Nie chciałem wierzyć w to, co się dzieje. Przecież mówiła, że tęskni, że bezsenne noce w naszym mieszkaniu są najgorsze. A później sam usłyszałem, co naprawdę robiła, gdy mnie nie było. I dlaczego w ogóle ze mną była. Teraz już wszystko wiem.
Miałem za kim tęsknić
Pakowałem się po raz kolejny na wyjazd.
– Będziesz tęskniła? – zapytałem, zamykając walizkę.
Marta podeszła, objęła mnie od tyłu, pocałowała w kark.
– No co ty… Oczywiście, że tak. Jak zwykle.
Lubiłem te momenty przed wyjazdem. Tę bliskość, zapach jej perfum, nawet tę pozorną troskę, która z czasem okazała się czymś zupełnie innym. Wtedy jednak wszystko wydawało się prawdziwe.
– Przywiozę ci z Bergen twoją ulubioną czekoladę – mruknąłem, całując ją w czoło. – Tylko nie zjedz całej od razu.
– Zjem całą. Specjalnie.
Śmialiśmy się. Ja pierwszy, ona zaraz po mnie. Naturalnie, ciepło, jak para, która zna się od lat. W rzeczywistości minęło dopiero osiem miesięcy. Poznaliśmy się w kawiarni. Ona – z laptopem, z książką o psychologii relacji. Ja – po spotkaniu z klientem, zestresowany, zamyślony. Podszedłem. Nie wiem nawet, skąd miałem odwagę. A ona się uśmiechnęła i tak się zaczęło.
Zamieszkała u mnie po trzech miesiącach. Powiedziała, że u niej w wynajmowanym lokum jest wiecznie grzyb w łazience, że sąsiedzi hałasują, że moje mieszkanie jest jak hotel – wygodne, jasne, eleganckie. Lubiła je od początku i dbała o przestrzeń.
– Będziesz miał czas zadzwonić chociaż raz dziennie? – zapytała przy drzwiach.
– Dla ciebie zawsze.
Nie miałem pojęcia, że już wtedy, kiedy zamykałem za sobą drzwi, ona zaczyna drugie życie.
Zaczęło się od zdjęcia
To zdjęcie przyszło w czwartek, jakieś dwie godziny po moim spotkaniu z klientami w Oslo. Zwykłe powiadomienie na komunikatorze – wiadomość od Maćka, kolegi z dawnej pracy, z którym co jakiś czas wymienialiśmy się żartami i nowinkami. Tym razem to nie był żaden żart. „Poznajesz?” – zapytał lakonicznie, dołączając zdjęcie. Zamarłem. Marta w czerwonej sukience, tej samej, w której miesiąc wcześniej szliśmy razem na wesele mojej kuzynki. Siedziała w jakiejś modnej knajpie przy Placu Zbawiciela. Uśmiechnięta, nachylona do jakiegoś kolesia z brodą. Na stole dwie lampki wina. Jego dłoń na jej kolanie.
Odgarnęła włosy za ucho – ten sam gest, który robiła, gdy była naprawdę zaangażowana w rozmowę. Tylko nie ze mną. Nie tym razem. Otworzyłem zdjęcie na pełnym ekranie i zacząłem analizować każdy detal jak śledczy. Czy to stara fotografia? Może coś z przeszłości? Ale przecież była tam data – z wczoraj. Godzina 19:42. O podobnej godzinie Marta wysłała mi wiadomość: „Oglądam film. Tęsknię, wracaj szybko”.
Zrobiło mi się zimno. Maciek, jakby wyczuwając moje milczenie, napisał po chwili: „Sorry, że wysyłam, ale kumpel był tam z dziewczyną i ją rozpoznał. Pomyślałem, że powinieneś wiedzieć”. Nie odpisałem. Nie potrafiłem. Przez dwie godziny siedziałem w milczeniu, gapiąc się w ekran z uczuciem jakby ktoś wyciął mi serce i rzucił na bruk. To był pierwszy raz, kiedy do mnie dotarło, że coś może być nie tak. Choć wciąż próbowałem w to nie wierzyć.
Zacząłem coś zauważać
Po powrocie do Polski nie zrobiłem nic. Nie zapytałem, nie skonfrontowałem. Po prostu wszedłem do mieszkania, przytuliłem Martę i udawałem, że wszystko jest jak dawniej. Dałem jej ulubioną czekoladę, rzuciłem żart o norweskim jedzeniu, które „nadaje się tylko dla wikingów”, a ona się śmiała jak zawsze.
– Wyglądasz na zmęczonego – powiedziała, siadając obok na kanapie. – Miałeś ciężki tydzień?
– Trochę – odparłem, patrząc na jej twarz, szukając czegoś, co mnie uspokoi albo potwierdzi.
Nie było tam żadnej winy. Żadnego niepokoju. Nic. Może właśnie to było najgorsze.
Przez kolejne dni ją obserwowałem. Zerkałem na jej telefon i widziałem, że wyłącza ekran, gdy tylko przechodzę obok. Niby przypadkiem wychodziła „na szybkie zakupy”, tuż po tym, jak odpisała na wiadomość. W łazience przesiadywała dłużej niż zwykle, a jej telefon na kanapie zawsze leżał ekranem do dołu.
– Może byśmy gdzieś pojechali? – zaproponowałem któregoś wieczoru.
– Teraz? Po co? Przecież ciągle jesteś w rozjazdach.
– No właśnie dlatego. Chciałbym pobyć z tobą.
– Daj spokój. Ja lubię, jak jesteśmy razem, ale też jak mam czas tylko dla siebie.
Zabolało mnie to. Dla siebie czy raczej dla kogoś innego? Pogrążyłem się w myślach.
Tydzień później przez przypadek (albo może nie przez przypadek) zobaczyłem, jak wraca do mieszkania ubrana w coś, czego nie miała, wychodząc rano. Miała na sobie sukienkę w kwiaty i buty na obcasie, choć mówiła, że idzie do sklepu po płyn do prania. Potem zgubiła paragon. Nie ze sklepu. Z restauracji. Za dwie osoby – wino i deser.
Zobaczyłem to na własne oczy
Paragon z tamtej restauracji włożyłem do portfela. Nie wiem po co – może jako dowód, może jako coś w rodzaju zimnego klapsa, który miał mnie wybudzić z tego chorego snu, w którym wciąż udawałem, że wszystko jest w porządku. Nie konfrontowałem jej jeszcze. Wolałem wiedzieć więcej, zanim zacznę mówić. I wtedy los – a może czysty przypadek – przyniósł mi kolejne „prezenty”.
Byłem w centrum, kupowałem prezent urodzinowy dla siostrzenicy. Minąłem galerię, aż nagle usłyszałem znajomy śmiech. Ten sam, który przez ostatnie miesiące brzmiał dla mnie jak dźwięk domu. Odwróciłem się. Marta. Siedziała na ławce pod kawiarnią z jakimś facetem. Tym razem nie było wątpliwości. Ich ciała nachylone ku sobie. Jej ręka błądząca po jego ramieniu. Uśmiech. Pocałunek – delikatny, szybki, ale prawdziwy.
Schowałem się za słupem reklamowym. Tak, wiem – żałosne. Facet po trzydziestce, skrywający się jak nastolatek przyłapany na paleniu. Nie miałem w sobie siły, żeby podejść.
Wieczorem Marta wróciła jakby nigdy nic.
– Kupiłam dobre pesto, zrobimy makaron? – rzuciła wesoło, odkładając torby na blat.
– Jasne – odpowiedziałem spokojnie, patrząc, jak rozpakowuje produkty. – Gdzie jeszcze byłaś?
– A wiesz co, wpadłam do Zuzy. Dawno się nie widziałyśmy.
Przytaknąłem, nie komentując. W głowie mi dudniło. Zrozumiałem, że to nie był incydent. To był system. Powtarzalny, działający, przemyślany. A ja byłem tylko... sponsorem całości.
Nie miałem już siły udawać
Czekałem. Nie wiem, na co dokładnie – może na to, że się przyzna albo że się potknie. Że po prostu w końcu coś powie. Marta jednak grała rolę do końca. Całowała mnie na dzień dobry, pytała, jak minął dzień, komentowała wiadomości. Gotowała. Czasem włączała moją ulubioną płytę. A ja siedziałem obok, z cichym pytaniem „dlaczego?” w środku.
Zacząłem mniej mówić, mniej robić. Siedziałem jak w półśnie. Nie dlatego, że chciałem ją ukarać – po prostu wszystko we mnie wygasało.
– Jesteś ostatnio jakiś inny – rzuciła pewnego wieczoru.
– Zmęczony.
– Może za dużo pracujesz?
– Może.
Patrzyła na mnie uważnie, z tym swoim spojrzeniem, które kiedyś odbierałem jako troskę. Teraz widziałem w nim coś innego – niepokój. Może zaczęła przeczuwać, że wiem. Następnego dnia z ciekawości wszedłem na aplikację ze zdjęciami. Jej konto było prywatne, ale nie zablokowane dla mnie. Przeszukałem zdjęcia. Nic podejrzanego. Do czasu.
Coś było w „oznaczonych”. Fotka z tarasu, którego nie znałem. Ona, kieliszek wina, podpis: „Idealna niedziela”. Zdjęcie dodał jakiś mężczyzna. Nie miałem pojęcia, kim jest. Nie miał twarzy modela ani dyrektora. Ot, zwykły facet jak ja.
Zobaczyłem jego profil. Wszystko tam było: kolacje, kawiarnie, kino, weekend nad jeziorem. Marta na niemal każdym zdjęciu. Zawsze z tym samym podpisem: „Moja”. Wróciłem do kuchni, nalałem sobie drinka i usiadłem w ciszy. Wiedziałem już wszystko. Tylko jedno pytanie wciąż nie dawało mi spokoju. Dlaczego?
Wystawiłem jej walizki
Kilka dni później spakowałem jej rzeczy. Nie krzyczałem. Nie robiłem scen. Po prostu wydrukowałem kilka zdjęć z tamtego profilu, włożyłem je do koperty i położyłem na poduszce. Obok zamieściłem liścik: „Nie musisz się tłumaczyć. Wszystko już wiem. Żegnam”.
Kiedy wróciła i zobaczyła, co zrobiłem, rzuciła tylko:
– Serio? Przez głupie zdjęcia? Myślałam, że jesteś dojrzalszy.
Wtedy po raz pierwszy spojrzałem na nią naprawdę. Bez tej iluzji, bez zachwytu, bez potrzeby. Była mi zupełnie obca. Może zawsze była.
– Nie przez zdjęcia – odpowiedziałem spokojnie. – Przez to, że w momencie, kiedy mówiłaś, że tęsknisz, leżałaś w cudzym łóżku. Przez to, że całowałaś mnie rano, a wieczorem kogoś innego. Przez to, że byłem tylko wygodą. Finansowym planem minimum.
Nie zaprzeczyła. Nie płakała. Po prostu wzruszyła ramionami i wyszła. Bez jednego spojrzenia za siebie.
Minęło trochę czasu. Dziś wiem, że czasem można z kimś dzielić łóżko, rachunki i śniadania – i dalej być zupełnie samemu. Wiem też, że miłość to nie słowa, nie pocałunki, nie wspólne plany. Miłość to to, co ludzie robią, kiedy nikogo nie ma w pobliżu. A ja zasługuję na kogoś, kto będzie mnie kochał nie tylko wtedy, kiedy patrzę.
Artur, 36 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Pojechałam do pracy w Danii, a narzeczony miał wiernie czekać. Wreszcie dowiedziałam się, co wyprawiał od 1. dnia”
- „Mój mąż chciał być sprytny i żył na 2 fronty. Biedaczek wpadł jednak, przez własną głupotę i durną pomyłkę”
- „W styczniu pojechałam na urlop do Egiptu i czekałam na pierścionek. Marzenia o ślubie pogrzebałam w piasku”

