Reklama

Na zdjęciach nasze życie wygląda bajecznie. Zadbany dom, idealne dzieci, romantyczne kolacje, wyjazdy do Toskanii. Moi znajomi mówią, że powinnam być wdzięczna losowi. Że mam wszystko. I przez długi czas sama próbowałam w to wierzyć. Przecież nie miałam prawa narzekać, prawda? Tylko że gdy zostaję sama, ta fasada rozpada się w pył. Czuję się pusta, zmęczona, jakbym żyła cudzym życiem. Marzę o tym, by choć raz móc powiedzieć prawdę, nie bać się osądu, nie musieć się uśmiechać. Tylko czy nie jest już za późno?

Zasłona z pozorów

Najgorsze były poranki. Leżałam chwilę w łóżku, zanim odważyłam się wstać. Nasłuchiwałam – dzieci jeszcze spały, a Adrian przeglądał wiadomości na telefonie. Znałam ten rytm na pamięć. Wstawałam, robiłam kawę z mlekiem migdałowym, rozstawiałam talerzyki, wybierałam lniane serwetki, żeby wszystko wyglądało… odpowiednio. Adrian schodził na dół i witał mnie tym swoim krótkim –

– Cześć, ślicznie wyglądasz – które nie miało w sobie już nic z czułości.

Kiedyś zjadał śniadanie ze mną, teraz czytał nagłówki. Ja się uśmiechałam, bo tak trzeba. Potem dzieciaki zbiegały na dół, a ja włączałam tryb perfekcyjnej matki. Zdrowe śniadanie, śmiech, szybkie selfie – wrzucałam jedno na Instagram. Kilkadziesiąt serduszek w godzinę.

Zazdroszczę ci życia – napisała mi kiedyś koleżanka spod liceum. – Masz wszystko.

Zamknęłam wiadomość bez odpowiedzi. W drodze do pracy często myślałam, co by się stało, gdybym nagle przestała grać. Gdybym powiedziała wprost: nie jestem szczęśliwa. Nikt nie chciałby tego słuchać. Nawet ja. Więc zakładałam kolejną maskę. A potem kolejną. I kolejną. Tak się żyje w raju.

Cena idealnego życia

W pracy też grałam rolę. Wysoka pozycja w agencji PR, elegancka sukienka, perfekcyjny makijaż. Klientki patrzyły na mnie z podziwem, koleżanki mówiły, że jestem inspiracją. Nawet szefowa raz powiedziała, że

– Dobrze jest mieć cię w zespole – ty po prostu sprzedajesz styl życia, który każda kobieta chciałaby mieć.

Zaśmiałam się wtedy, bo wiedziałam, że się myli. Ten styl życia był jak ciasny gorset – z zewnątrz robił wrażenie, ale w środku wszystko bolało. Nie było tam przestrzeni na smutek, na zwątpienie, na jakiekolwiek „nie chcę”. Tylko ciągłe „muszę”.

Czasami siadałam w biurze i patrzyłam bezmyślnie w monitor. Przed oczami miałam obraz siebie sprzed lat – dziewczyny z marzeniami, która myślała, że miłość wystarczy, że wystarczy być sobą. Ta dziewczyna nie miała pojęcia, jak wiele trzeba będzie poświęcić, żeby się „dopasować”.

– Kochasz swoją pracę, prawda? – zapytała mnie kiedyś młodsza koleżanka.

Zacisnęłam usta i przytaknęłam. Nie było sensu mówić, że coraz częściej marzę, by uciec. Gdziekolwiek. Choćby na chwilę. Żeby nikt niczego ode mnie nie chciał. Wiedziałam, że płacę za ten obrazek fortunę. Tylko nie w pieniądzach. W sobie.

Nie mówię nikomu

Z przyjaciółkami widywałam się rzadziej niż kiedyś. Każda z nas miała swoje życie, dzieci, obowiązki. A może po prostu unikałam tych spotkań, bo bałam się, że nie wytrzymam i powiem za dużo.

Kiedy już się spotykałyśmy – śmiałyśmy się, piłyśmy prosecco i pokazywałyśmy zdjęcia z wakacji. Wszystko było na pokaz. Nawet nasze zwierzenia. Jedna mówiła, że mąż ją wkurza, bo nie wyrzuca śmieci. Druga, że dzieci ją wykańczają. Wszystko w bezpiecznych granicach, z podtekstem: „ale ogólnie i tak jest świetnie”. Ja milczałam.

– Ty to masz spokój, co? – powiedziała kiedyś Gosia. – Adrian wydaje się takim stabilnym facetem.

Przytaknęłam, bo co miałam powiedzieć? Że od miesięcy się mijamy, że zasypiam sama, że czasem nie pamiętam, kiedy ostatni raz mnie przytulił? Kiedy raz, po dwóch kieliszkach, powiedziałam coś więcej, spojrzały na mnie tak, jakby mi się coś pomyliło.

– Kryzys małżeński? Ty? No co ty! Każdemu się czasem wydaje, że coś nie gra – usłyszałam.

Potem zmieniły temat. Zrozumiałam, że nawet przy nich muszę dalej udawać. Że ich też boli prawda. A może przypomina o ich własnej. Więc lepiej milczeć.

Granica, której nikt nie widzi

Z czasem zaczęłam znikać. Nie fizycznie – byłam w pracy, w domu, odbierałam dzieci, kupowałam ryż i płaciłam rachunki. Ale wewnętrznie byłam coraz dalej. Jakby ktoś zgasił światło i zostawił mnie w środku ciemności, z obowiązkiem funkcjonowania tak, jakby wciąż świeciło słońce. Adrian niczego nie zauważał. Albo nie chciał.

– Coś się dzieje? – zapytał raz, jednym okiem wpatrzony w telewizor.

– Nie, wszystko w porządku – skłamałam, nie odrywając wzroku od herbaty.

Któregoś dnia, podczas obiadu z klientką, zobaczyłam kobietę w moim wieku, siedzącą sama przy stoliku. Piła wino, jadła powoli, wyglądała… spokojnie. Bez pośpiechu, bez telefonu, bez udawania. Poczułam, jak zaciska mi się gardło. Wróciłam do domu i zamknęłam się w łazience. Usiadłam na zimnych kafelkach i pozwoliłam sobie na coś, czego nie robiłam od miesięcy – płacz. Cichy, bezgłośny, pełen ulgi i żalu.

Płakałam za tą sobą, która kiedyś wierzyła, że wystarczy być dobrą, żeby zasłużyć na szczęście. Za tą, która nie wiedziała jeszcze, że udawanie szczęścia potrafi człowieka zniszczyć.

Tego nie widać na zdjęciach

Zdjęcia z naszych wakacji w Toskanii były piękne. Ja w białej sukience, dzieci na tle winnic, Adrian z kieliszkiem wina przy zachodzie słońca. Tylko ja wiem, że chwilę przed zrobieniem tej serii zdjęć pokłóciliśmy się w aucie. O bzdury. A może wcale nie o bzdury, tylko o wszystko, co przez miesiące nie zostało powiedziane.

Wrzuciłam zdjęcie na Instagram, zebrałam setki lajków i komentarzy.

– Wyglądacie jak z bajki – napisała jedna z koleżanek.

Patrzyłam na ekran i myślałam: „Nie masz pojęcia”. Tego wieczoru, gdy dzieci już spały, siedziałam na tarasie i wpatrywałam się w ciemność. Adrian przyniósł lampkę wina. Usiadł obok, ale nic nie mówił. Po chwili odłożył kieliszek i wszedł do środka. Zostawił mnie samą. Dosłownie i metaforycznie.

Pomyślałam wtedy, że za jeden wieczór, podczas którego mogłabym być naprawdę sobą, oddałabym całkiem sporą fortunę. Za rozmowę, za zrozumienie, za dotyk, który nie jest tylko rytuałem. Za możliwość powiedzenia: „Nie jestem szczęśliwa” – i usłyszenia w odpowiedzi: „Wiem. Chcę to zmienić”. Ale wiedziałam, że tego nie będzie. I że nikt tego nie zobaczy na zdjęciach.

Wszystko, czego nie powiedziałam

Czasem siadam sama w kuchni i myślę, ile słów we mnie ugrzęzło. Ile razy chciałam powiedzieć: „Nie daję rady”, „Nie chcę tak żyć”, „Zrób coś, bo ja już nie potrafię”. Ale zawsze wybierałam milczenie. Łatwiej było udawać, że jest dobrze. Łatwiej było zadbać o pozory niż stanąć twarzą w twarz z tym, co puste.

Dziś wiem, że sama siebie wciągnęłam w ten teatr. Że pozwoliłam, by wszystko kręciło się wokół „jak to wygląda”, zamiast „jak to czuję”. Uczyłam dzieci, by mówiły prawdę, a sama przez lata ją ukrywałam. Dla ich dobra? A może po prostu z lęku?

Nie wiem, co dalej. Czy będziemy z Adrianem razem, czy może rozdzieli nas cisza, którą zbyt długo pielęgnowaliśmy. Ale jedno wiem na pewno: nie chcę już udawać. Nawet jeśli wszystko się rozsypie. Nawet jeśli ktoś powie, że zmarnowałam coś pięknego.To piękne było tylko z daleka.

Nie mam już siły nosić masek. Chcę mówić głośno, co czuję. Chcę żyć w sposób, którego nie muszę dekorować. I jeśli miałabym za to zapłacić cenę – zapłacę. Ale przynajmniej będę wiedziała, że to było naprawdę moje życie.

Natalia, 36 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama