„Jestem krawcową, więc uszyłam córce sukienkę na studniówkę. Nie miałam pojęcia, że się mnie wstydzi”
„Nie pamiętam, jak cofnęłam się do kuchni. Ręce mi się trzęsły. Wstawiłam czajnik na gaz, chociaż nie miałam ochoty na herbatę. Głowa pulsowała. Coś normalnego. Czyli co? Moje sukienki są nienormalne? Wpatrywałam się w pęknięcie na kuchennym kafelku. Tak się starałam”.

Nie wstydzę się tego, kim jestem. Joanna, samotna matka, z zawodu krawcowa. I to nie taka od poprawek — ja rzeczywiście tworzę. Szycie to moje życie, pasja, coś, co trzyma mnie przy zdrowych zmysłach. A jednak coraz częściej mam wrażenie, że dla własnej córki jestem powodem do wstydu. Łucja ma osiemnaście lat, za chwilę czeka ją studniówka. Kiedy zapytałam, czy chce, żebym uszyła jej sukienkę, uniosła wzrok znad telefonu i tylko wzruszyła ramionami:
— Możesz spróbować.
Wzięłam to za zgodę. Może naiwnie, ale poczułam nadzieję, że znów się zbliżymy. Że moja praca, moje serce wszyte w każdy centymetr tej tkaniny, coś jej pokaże. Że zrozumie. Wybrałam materiał z połyskiem, delikatny, jakby uszyty z marzeń. Szyłam nocami, ze starannością, z dumą. Przymiarki były szybkie, bez emocji. Julka niby była zadowolona, ale jakby gdzieś obok. Zaczęłam czuć niepokój. I ten niepokój rósł. Aż w końcu stał się bólem, z którym nie potrafiłam sobie poradzić.
Zamarłam na moment
— Stań prosto, Łucja, muszę jeszcze sprawdzić talię — powiedziałam, klękając z centymetrem przy jej biodrze.
Córka westchnęła cicho i z trudem oderwała wzrok od ekranu telefonu. Stała przede mną w półgotowej sukience — jeszcze bez zamka, jeszcze bez podszewek, ale już widziałam, jak pięknie na niej leży.
— Trochę ciągnie na plecach — mruknęła, patrząc w lustro. — Może się jeszcze rozciągnie?
— Poprawię to — odparłam łagodnie. — To tylko fastryga. Jeszcze się wszystko ułoży.
Nie odpowiedziała. Przez chwilę trwała cisza. Tylko dźwięk powiadomień z telefonu przerywał ten moment, który kiedyś byłby naszym wspólnym czasem. Kiedy była mała, przymierzała moje szpilki i wołała: „Mamo, chcę być taka jak ty!”. A teraz… stała jak manekin, nieobecna, jakby chciała być gdzie indziej.
— A twoje koleżanki już mają sukienki? — zapytałam od niechcenia, niby mimochodem.
— No, niektóre zamówiły u projektantów… Ewa ma z butiku w Warszawie. — Ton jej głosu był jak nóż. Obojętny, ale jakby podszyty napięciem.
— Myślisz, że twoja będzie się wyróżniać?
— No… nie wiem. — Wzruszyła ramionami i odsunęła się, zanim skończyłam przypinać tkaninę.
Zamarłam na moment. Udawałam, że rozumiem. Ale coś we mnie drgnęło. Jakby mała igła wbiła się pod żebrami. Zepchnęłam to uczucie głęboko w siebie. Jeszcze wtedy nie chciałam widzieć, że Julka zaczyna się mnie wstydzić.
Chodziło o mnie
To miało być zwykłe popołudnie. Wróciłam wcześniej z pracowni, zmęczona, z plamą po kredzie krawieckiej na rękawie. Drzwi do pokoju Julki były lekko uchylone. Usłyszałam jej głos. I Ewy.
— Ale serio, kto ci to szył? — zapytała Ewa z wyczuwalnym rozbawieniem.
— Zamówiłam przez internet — odpowiedziała Łucja. — Taka niszowa marka… taniej, ale wygląda okej.
Zamarłam w korytarzu. Niby nic wielkiego, ot, dziewczeńska rozmowa. A jednak… każde słowo wbijało się we mnie jak igła.
— Bo wygląda dobrze, jak z jakiegoś showroomu. Niby prosta, ale z pazurem. Myślałam, że twoja matka coś ci znowu uszyje — zaśmiała się Ewa.
— No właśnie nie — rzuciła szybko Łucja. — Tym razem chciałam coś normalnego…
Nie pamiętam, jak cofnęłam się do kuchni. Ręce mi się trzęsły. Wstawiłam czajnik na gaz, chociaż nie miałam ochoty na herbatę. Głowa pulsowała. Coś normalnego. Czyli co? Moje sukienki są nienormalne? Wpatrywałam się w pęknięcie na kuchennym kafelku. Tak się starałam. Każdy szew, każda lamówka była zrobiona z myślą o niej. A ona… nawet się nie przyznała, że to moja robota.
Nie chodziło o sukienkę. Chodziło o mnie. O to, kim dla niej byłam. Czy aż tak się mnie wstydzi? Wtedy po raz pierwszy poczułam, że nasze więzi są jak stara nić — napięte do granic, gotowe pęknąć.
Coś się między nami popsuło
Nie wytrzymałam. Czekałam, aż Ewa wyjdzie, i natychmiast poszłam do pokoju Łucji. Stała przy lustrze, obracając się w sukience. Gdy mnie zobaczyła, na sekundę zamarła.
— Ładnie leży — powiedziałam chłodno. — Aż trudno uwierzyć, że to „coś z internetu”.
— Mamo, ja… — zaczęła, ale nie dałam jej dojść do słowa.
— Wiesz, nie chodzi o to, że mnie zabolało. Nie musisz się chwalić, że to ja ci to uszyłam. Ale udawać, że to jakiś sklep? — Głos mi drżał, ale się nie rozpłakałam. Jeszcze nie.
Łucja patrzyła na mnie tym swoim nowym, dorosłym spojrzeniem — niby pewnym siebie, a jednak jakby przestraszonym.
— Bałaś się, że ktoś cię wyśmieje? Że twoja matka to tylko jakaś babka z maszyną do szycia?
— Nie, mamo… Ja po prostu… Nie chciałam, żeby wszyscy gadali — szepnęła. — Ewa jest… inna. Tam dziewczyny potrafią być wredne.
— A ja co? Jestem tylko dodatkiem? Krawcową bez nazwiska?
— Nie o to chodzi! — Podniosła głos. — Po prostu chciałam, żeby nikt nie oceniał, że to tanie albo „od mamy”.
— Czyli się wstydzisz.
— Nie! — krzyknęła. — Tylko… Chciałam raz nie być tą z biedniejszego domu.
— A ja chciałam raz poczuć się jak matka, a nie jak służąca — powiedziałam twardo.
Cisza między nami była głośniejsza niż krzyk. Po chwili Łucja wybiegła z pokoju, trzaskając drzwiami. Zostałam sama. I nagle naprawdę poczułam, że coś się między nami popsuło.
Zatrzymałam się
Pani Danuta mieszkająca piętro wyżej zawsze miała dobrą intuicję. Gdy tego wieczoru wyszłam wyrzucić śmieci, natknęła się na mnie od razu.
— Coś taka blada, Joasiu? — zapytała, poprawiając chustkę na głowie.
— Nic takiego — rzuciłam. Ale spojrzała na mnie tym swoim przenikliwym wzrokiem i tylko pokiwała głową.
— Kłótnia z Łucją, co?
Nie odpowiedziałam. A ona westchnęła i przyciszonym głosem dodała:
— Dzieciaki... One mają swoje lęki, swoje światy. I często, zanim dorosną, to my jesteśmy tym, czego się najbardziej boją. Nawet jeśli nas kochają.
Zatrzymałam się. Spojrzałam na nią, zaskoczona. Skąd ona to wie?
— Mój Tomek też kiedyś się mnie wstydził — ciągnęła spokojnie. — Pracowałam w stołówce. W klasie nikt nie mógł o tym wiedzieć. Mówił, że jestem kucharką w hotelu. A ja? Płakałam po cichu, bo myślałam, że go zawiodłam.
— I co? Przeszło mu?
— Z wiekiem. Kiedy sam musiał zarobić pierwsze pieniądze. Wtedy zrozumiał. Tylko że wcześniej trzeba było nie brać tego do siebie.
Zamilkłam. Bo ja właśnie wzięłam wszystko do siebie. Całą sobą. Jakbym była tą sukienką — dobrą tylko wtedy, gdy nikt nie zna jej metki.
— Czasem nasze dzieci nas nie odrzucają — powiedziała cicho pani Danuta. — One po prostu się boją, że świat je odrzuci przez to, kim jesteśmy.
Te słowa zostały ze mną do późnej nocy. Siedziałam przy maszynie, patrząc na niedokończoną sukienkę. I pierwszy raz pomyślałam, że może to nie mnie Łucja się wstydzi. Może ona po prostu siebie jeszcze nie zna.
Spojrzałam na nią
Studniówka minęła. Łucja wróciła późno w nocy — zmęczona, w rozmazanym makijażu, z butami w ręce. Próbowała przemknąć obok mnie, ale czekałam. Siedziałam przy kuchennym stole z kubkiem zimnej herbaty.
— Jak było? — zapytałam spokojnie, bez cienia wyrzutu.
— Dobrze — mruknęła, stając w progu. — Wszyscy się zachwycali sukienką.
— To miło — odpowiedziałam sucho.
— Mamo… — zaczęła, ale się zawahała. — Ja chciałam ci powiedzieć, że… przepraszam.
Spojrzałam na nią. Stała boso, z mokrymi od śniegu nogami, cała jakby mniejsza niż zwykle. Już nie ta dorosła panna sprzed lustra, ale moja mała Łucja. Tylko starsza, bardziej poplątana w środku.
— Bałam się. — Jej głos był cichy. — Nie o ciebie. O siebie. Że nie pasuję. Że będę wyglądać biednie. Że ktoś powie coś głupiego i będę musiała udawać, że mnie to nie rusza. A tak… łatwiej było powiedzieć, że kupiłam ją w necie.
Nie odpowiedziałam od razu. Co miałam powiedzieć? Że mnie to nie bolało?
— Ta sukienka była najpiękniejsza ze wszystkich — dodała, spuszczając głowę. — I chyba nigdy nie będę miała drugiej takiej. Tylko że nie umiałam się nią pochwalić. Tobą się pochwalić. — Usiadła naprzeciw mnie i złożyła dłonie na stole. — Staram się. Ale czasem czuję się gorsza. I nie wiem, co z tym zrobić.
Patrzyłam na nią długo. I mimo tych przeprosin, mimo łez w jej oczach, coś we mnie już nie wskoczyło na miejsce. Jakby jakaś część mnie się ukruszyła. Miłość do niej była, jest i będzie. Ale naiwna wiara, że wystarczy się starać, żeby dostać wdzięczność — ta właśnie się wypaliła.
Joanna, 42 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Czułam, że mój mąż ma coś na sumieniu. Nasze małżeństwo już od dawna było kruche jak lód na Bałtyku”
- „To miały być romantyczne ferie w górach, a mąż powiedział, że mnie zdradził. Szybko zadbałam o to, byśmy byli kwita”
- „Utrzymuje mnie państwo, bo żyję z zasiłków. Dobrze się ustawiłem i nie zamierzam nic zmieniać”

