„Jednego dnia dowiedziałam się, że zostanę matką i rozwódką. Nie tak to sobie zaplanowałam”
„Kocham Cię. Te dwa słowa wypaliły mi dziurę w mózgu. Czytałam je w kółko, mając nadzieję, że litery zmienią układ, że to jakiś żart, pomyłka, głupi dowcip kolegów z biura. Ale to było konto Andrzeja. Jego zdjęcie profilowe. Jego styl pisania. Zaczęłam przewijać rozmowę w górę, choć dłonie trzęsły mi się tak bardzo, że ledwo trafiałam w touchpad”.

To miał być najszczęśliwszy dzień w moim życiu, a stał się początkiem mojego osobistego końca świata. Stałam w łazience, trzymając w drżących dłoniach mały kawałek plastiku, który miał zmienić wszystko. Dwie wyraźne, różowe kreski. Symbol nowego życia, o którym marzyliśmy, a przynajmniej tak mi się wydawało, od lat. Serce biło mi jak oszalałe, a w głowie układałam już scenariusz wieczoru: ulubione wino Andrzeja dla niego, sok jabłkowy w kieliszku dla mnie, nastrojowa muzyka i to wielkie ogłoszenie. Nie wiedziałam wtedy, że los jest okrutnym reżyserem i zamiast romantycznej komedii, zgotował mi thriller psychologiczny. Godzinę później moje łzy szczęścia zmieniły się w łzy rozpaczy, jakiej nie życzę nikomu.
Będziemy rodzicami
Poranek zaczął się nietypowo. Obudziłam się przed budzikiem, czując dziwny ucisk w żołądku. Zrzuciłam to na karb stresu w pracy. Jako główna architektka w dużej firmie deweloperskiej, miałam na głowie finalizację projektu osiedla „Zielone Tarasy”. To było moje dziecko, projekt, nad którym ślęczałam nocami, zaniedbując, jak mi się wtedy wydawało, domowe ognisko. Andrzej jednak zawsze powtarzał, że jest ze mnie dumny. Że moja ambicja to coś, co go we mnie najbardziej pociąga.
Wstałam cicho, żeby go nie obudzić. Spał na boku, z ręką pod poduszką, oddychając miarowo. Wyglądał tak spokojnie, tak niewinnie. Promienie słońca przedzierały się przez rolety, oświetlając jego twarz, którą kochałam nad życie. Byliśmy małżeństwem od siedmiu lat, parą od studiów. Uchodziliśmy za wzór. Znajomi zawsze mówili: „Patrzcie na Basię i Andrzeja, oni się nigdy nie kłócą”. I to była prawda. Nie kłóciliśmy się, bo wydawało mi się, że rozumiemy się bez słów.
Weszłam do łazienki i spojrzałam w lustro. Byłam blada, cienie pod oczami zdradzały zmęczenie. Ale ten ucisk w brzuchu i spóźniający się o tydzień okres dawały mi do myślenia. Miałam w szafce jeden test ciążowy, kupiony pół roku temu, kiedy mieliśmy fałszywy alarm. Zrobiłam go bez większych nadziei. Staraliśmy się o dziecko od dwóch lat, ale bez presji. Lekarze mówili, że jesteśmy zdrowi, że to blokada w głowie, że za dużo pracuję.
Czekałam trzy minuty, siedząc na krawędzi wanny i licząc kafelki na podłodze. Kiedy w końcu odważyłam się spojrzeć, musiałam przetrzeć oczy. Dwie kreski. Były tam. Nie zniknęły po mrugnięciu.
— O mój Boże — szepnęłam do pustej łazienki.
Fala gorąca zalała moje ciało. Czułam radość, panikę, ekscytację i strach jednocześnie. Jesteśmy w ciąży. Będziemy rodzicami. Andrzej oszaleje ze szczęścia. Ostatnio, choć mnie wspierał, widziałam, że czuje się nieco odsunięty przez moją pracę. Dziecko miało być tym brakującym elementem, który na nowo scali nasz świat, nada mu głębszy sens. Wyszłam z łazienki na palcach, chowając test głęboko do kieszeni szlafroka. Andrzej wciąż spał. Postanowiłam, że nie obudzę go teraz. Taką nowinę trzeba celebrować. Zrobię to wieczorem. Przygotuję kolację, może upiekę jego ulubioną tartę ze szpinakiem.
Wyszłam do pracy, nucąc pod nosem piosenkę, która leciała w radiu. Świat wydawał się piękniejszy. Korki na mieście nie irytowały, kawa smakowała lepiej, nawet marudny klient nie był w stanie zepsuć mi humoru. Byłam w bańce szczęścia. Nie wiedziałam, że ta bańka jest zrobiona z najcieńszego szkła.
Krew odpłynęła mi z twarzy
Wróciłam do domu wcześniej niż zwykle. Chciałam wszystko przygotować, zanim Andrzej wróci z biura. Pracował jako analityk finansowy, często siedział po godzinach, ale dziś napisałam mu SMS-a: „Kochanie, postaraj się być o 18:00. Mam niespodziankę”. Odpisał tylko krótkie: „Postaram się, ale mam urwanie głowy. Całuję”. Weszłam do salonu i od razu rzucił mi się w oczy jego laptop, leżący na stoliku kawowym. Musiał go zapomnieć rano w pośpiechu, co zdarzało mu się niezwykle rzadko. Andrzej był pedantem. Wszystko u niego miało swoje miejsce. Zazwyczaj zabierał sprzęt do firmy, ale widocznie dzisiaj wziął tylko tablet.
Podeszłam do komputera, żeby go zamknąć i odłożyć na biurko, by nie przeszkadzał w mojej romantycznej aranżacji stołu. Kiedy dotknęłam touchpada, ekran się wybudził. Nie był zablokowany. Andrzej musiał wyłączyć go tylko przyciskiem zasilania, nie wylogowując się, a system po prostu przeszedł w stan uśpienia. Na ekranie widniała otwarta przeglądarka internetowa. Chciałam ją zamknąć, nie miałam w zwyczaju szpiegować męża. Szanowaliśmy swoją prywatność. Ale mój wzrok przykuło coś, co sprawiło, że zamarłam z ręką w powietrzu.
To była strona z rezerwacjami hoteli. Nic nadzwyczajnego, przecież często wyjeżdżaliśmy. Ale data rezerwacji dotyczyła nadchodzącego weekendu. I nie był to hotel, o którym rozmawialiśmy, a luksusowy ośrodek spa w górach, z pakietem „Romantyczny weekend dla dwojga: masaże, szampan, płatki róż”. Uśmiechnęłam się mimowolnie. Więc on też szykował niespodziankę! Może pamiętał, że w przyszłym tygodniu mamy rocznicę poznania się? Choć nigdy tego nie świętowaliśmy, może chciał zrobić coś specjalnego. Moje serce stopniało. Biedny, zapomniał zamknąć stronę, a ja sobie zepsułam niespodziankę.
Już miałam zamknąć kartę, gdy zauważyłam, że obok otwarta jest zakładka z komunikatorem webowym. Kątem oka dostrzegłam imię: „Ewelina”. Nie znałam żadnej Eweliny. W pracy Andrzeja nie było nikogo o tym imieniu, a przynajmniej nigdy o niej nie wspominał. W naszej paczce znajomych też nie. Ciekawość, ta przeklęta ciekawość, wzięła górę nad rozsądkiem. Przecież to mogła być klientka, koleżanka ze studiów, ktokolwiek.
Kliknęłam w zakładkę. To, co zobaczyłam, sprawiło, że krew odpłynęła mi z twarzy, a nogi zrobiły się jak z waty. Musiałam usiąść na kanapie, bo czułam, że zemdleję.
Jego styl pisania
„Nie mogę się doczekać, aż w końcu będziemy sami, misiu. Ten weekend będzie tylko nasz. Bez telefonów, bez jej marudzenia o remoncie” — brzmiała ostatnia wiadomość od Eweliny, wysłana godzinę temu.
Andrzej odpisał: „Ja też, kochanie. Wytrzymaj jeszcze trochę. Wymyślę coś, żeby się wyrwać w piątek wcześniej. Powiem Basi, że mam delegację w Krakowie. Ona i tak żyje teraz tym swoim projektem, nawet nie zauważy. Kocham Cię”.
Kocham Cię. Te dwa słowa wypaliły mi dziurę w mózgu. Czytałam je w kółko, mając nadzieję, że litery zmienią układ, że to jakiś żart, pomyłka, głupi dowcip kolegów z biura. Ale to było konto Andrzeja. Jego zdjęcie profilowe. Jego styl pisania. Zaczęłam przewijać rozmowę w górę, choć dłonie trzęsły mi się tak bardzo, że ledwo trafiałam w touchpad. To nie był jednorazowy skok w bok. To nie była chwila słabości po alkoholu. To była relacja. Historia ciągnęła się od miesięcy.
Zobaczyłam zdjęcia. Ewelina była młoda, może dwudziestopięcioletnia. Długie blond włosy, figura modelki, roześmiane oczy. Na jednym ze zdjęć siedzieli w restauracji, którą ja i Andrzej uwielbialiśmy. Data? Trzy tygodnie temu. Wtedy, kiedy Andrzej powiedział, że musi zostać w pracy, żeby domknąć kwartalny raport.
— Kłamca — syknęłam przez zaciśnięte gardło. — Obrzydliwy kłamca.
Czytałam dalej, choć każde zdanie było jak uderzenie batem. Wyśmiewali się ze mnie. Andrzej pisał jej o moich „nudnych” opowieściach z pracy, o tym, że w łóżku „wieje chłodem”, że jestem „zainteresowana tylko swoją karierą”. Ewelina wtórowała mu, nazywając mnie „tą karierowiczką” i wysyłając emotikony przewracające oczami.
„Ona nigdy nie zrozumie twoich potrzeb tak jak ja” – pisała Ewelina.
„Wiem, dlatego jesteś moim oddechem. Z nią się duszę” — odpisywał mój mąż. Mężczyzna, z którym rano planowałam zestarzeć się na werandzie naszego domu.
W kieszeni wciąż miałam test ciążowy. Wyjęłam go. Dziecko. Dziecko mężczyzny, który planował w weekend zdradzać mnie w luksusowym spa, podczas gdy ja miałam myśleć, że ciężko pracuje na naszą przyszłość. Dziecko człowieka, który pisał obcej kobiecie, że się ze mną dusi. Co miałam zrobić? Jak miałam mu teraz powiedzieć? Czy w ogóle powinnam? A może to znak? Może powinnam spakować się i zniknąć, zanim on wróci?
Ale nie. Byłam w szoku, ale gdzieś pod tą warstwą bólu budziła się we mnie wściekłość. Chłodna, analityczna wściekłość, którą znałam z pracy przy trudnych negocjacjach. Nie dam mu tej satysfakcji. Nie będę ofiarą, która cicho płacze w poduszkę. Wstałam, poszłam do łazienki i przemyłam twarz zimną wodą. Spojrzałam w lustro. Nie widziałam już tej naiwnej, promieniejącej Basi z poranka. Widziałam kobietę, która została zraniona do żywego, ale która musi teraz walczyć. Nie o niego. O siebie. I o to małe życie, które dopiero co dało o sobie znać.
Idealny obrazek
Wróciłam do salonu. Zrobiłam zdjęcia ekranu swoim telefonem. Wszystko: rezerwację, wiadomości, zdjęcia. Potem zamknęłam przeglądarkę, wytarłam odciski palców z touchpada i odłożyłam laptopa dokładnie tam, gdzie leżał. Musiało wyglądać tak, jakby nikt go nie dotykał. Zaczęłam przygotowywać kolację. Robiłam to mechanicznie. Krojenie warzyw, duszenie szpinaku, wałkowanie ciasta. Każdy ruch był precyzyjny, choć w głowie miałam huragan. Wstawiłam tartę do piekarnika. Wyjęłam wino — dla niego. Dla siebie nalałam soku do identycznego kieliszka, żeby nie wzbudzać podejrzeń.
O 18:15 usłyszałam zgrzyt klucza w zamku. Serce podeszło mi do gardła, ale zmusiłam się do głębokiego oddechu.
— Cześć, kochanie! – zawołał od progu tym swoim ciepłym, głębokim głosem, który kiedyś sprawiał, że miękły mi kolana. Dziś sprawił, że poczułam obrzydzenie.
Wszedł do kuchni z wielkim bukietem czerwonych róż.
— Przepraszam za spóźnienie, ale musiałem wstąpić do kwiaciarni. Dla mojej najwspanialszej żony.
Podał mi kwiaty i pochylił się, żeby mnie pocałować. Odruchowo nadstawiłam policzek, unikając jego ust. Nawet tego nie zauważył albo zignorował.
— Piękne — powiedziałam, starając się, by mój głos nie drżał. — Jaka okazja?
— Bez okazji. Po prostu cię kocham — powiedział, patrząc mi prosto w oczy.
To było najgorsze. Patrzył mi w oczy i kłamał bez mrugnięcia powieką. Jak on to robił? Ćwiczył przed lustrem? A może kłamstwo stało się dla niego drugą naturą? Zasiedliśmy do stołu. Tarta parowała, świece płonęły. Idealny obrazek.
— Mówiłaś, że masz niespodziankę — zagadnął, nakładając sobie porcję. — Czyżbyś w końcu dostała ten awans na dyrektora działu?
— Coś w tym stylu. — Uśmiechnęłam się blado. — Ale najpierw ty. Jak minął dzień?
— Och, wariacko. Same spotkania, analizy. Wiesz, jak jest. Szef ciśnie o ten projekt dla banku. W piątek będę musiał pojechać do Krakowa na spotkanie z zarządem. Wrócę w niedzielę wieczorem.
Zacisnęłam dłoń na nóżce kieliszka tak mocno, że bałam się, że pęknie.
— Do Krakowa? — powtórzyłam spokojnie. — Znowu? Dopiero co tam byłeś.
— No niestety, takie życie. Ale obiecuję, że jak wrócę, to ci to wynagrodzę. Może pójdziemy do kina?
Patrzyłam na niego i widziałam obcego człowieka. Widziałam te wszystkie lata, które spędziliśmy razem, jako wielkie oszustwo. Czy wcześniej też mnie zdradzał? Czy byłam tak ślepa, tak zapatrzona w swoją pracę, że nie widziałam sygnałów?
— Andrzej — zaczęłam powoli, czując, jak adrenalina pulsuje mi w skroniach. — Pamiętasz, jak obiecaliśmy sobie przed ołtarzem uczciwość?
— Oczywiście, kochanie. Skąd to pytanie? Coś się stało? — Jego twarz wyrażała idealnie wyważone zaniepokojenie.
Sięgnęłam do kieszeni. Wyjęłam test ciążowy i położyłam go na stole, tuż obok wazonu z kłamliwymi różami. Andrzej zamarł. Spojrzał na test, potem na mnie, potem znowu na test. Jego oczy rozszerzyły się. Widelec wypadł mu z ręki i brzęknął o talerz.
— Basia... — wykrztusił. — To jest...?
— Tak. Jesteśmy w ciąży — powiedziałam beznamiętnie.
— O mój Boże! — Zerwał się z krzesła. Na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Ruszył w moją stronę z otwartymi ramionami. — Kochanie! To wspaniale! To cudownie! W końcu!
Zatrzymałam go gestem dłoni.
— Nie podchodź — powiedziałam ostro.
Zatrzymał się wpół kroku, zdezorientowany.
— Ale... dlaczego? Przecież tego chcieliśmy. To najszczęśliwszy dzień...
— Tak myślałam jeszcze rano — przerwałam mu. — Myślałam, że to będzie początek nowego rozdziału. Ale potem wróciłam do domu i zobaczyłam twój otwarty komputer.
Uśmiech zniknął z jego twarzy w ułamku sekundy, ustępując miejsca bladości i przerażeniu. Wiedział. Od razu wiedział, o czym mówię. Nie pytał „jaki komputer?”, „o co chodzi?”. Po prostu zbladł.
— Basia, to nie tak... — zaczął standardową śpiewkę każdego przyłapanego zdrajcy.
— Nie tak? — zaśmiałam się histerycznie. — Ewelina? Weekend w spa? „Ona mnie dusi”? Co z tego jest „nie tak”, Andrzej?
Usiadł ciężko na krześle, chowając twarz w dłoniach.
— To był błąd. To nic nie znaczy. To tylko... zabawa. Byłem zestresowany, czułem się samotny... Ty ciągle pracowałaś...
— Nie waż się! — warknęłam. — Nie waż się zrzucać winy na mnie. Pracowałam na naszą przyszłość. Na dom, w którym mieszkamy. Na wakacje, na które jeździliśmy. A ty w tym czasie budowałeś sobie alternatywne życie z jakąś smarkulą!
— To koniec — powiedział głośniej, podnosząc głowę. Oczy miał wilgotne. — Przysięgam ci, to koniec. Zadzwonię do niej teraz, przy tobie. Zerwę to. Teraz, kiedy będziemy mieli dziecko... Wszystko się zmienia. Basia, proszę. Nie przekreślaj nas. Będę idealnym ojcem. Będę mężem, na jakiego zasługujesz.
Patrzyłam na niego i czułam pustkę. Jeszcze rano dałabym się za niego pokroić. Teraz, patrząc na jego łzy, czułam tylko zmęczenie.
— Dziecko niczego nie naprawia, Andrzeju — powiedziałam cicho. — Dziecko nie jest plastrem na gnijącą ranę. A nasze małżeństwo zgniło już dawno, tylko ja nie czułam smrodu.
Nie mogę z nim zostać
Tej nocy Andrzej spał w salonie. Ja zamknęłam się w sypialni, barykadując drzwi krzesłem, jakbym bała się, że mnie zaatakuje. Ale on tylko płakał za ścianą. Słyszałam jego szlochanie i rozmowy telefoniczne — pewnie odwoływał ten cholerny weekend w górach.
Leżałam w łóżku, trzymając rękę na wciąż płaskim brzuchu.
— Jesteśmy sami, maluszku — szeptałam w ciemność. — Tylko ty i ja.
Wiedziałam, że nie mogę z nim zostać. Nie po tym, co przeczytałam. Nie mogłabym spojrzeć mu w oczy, nie zastanawiając się, czy pisze do niej, czy myśli o niej, czy porównuje mnie do niej. Zaufanie to porcelanowa waza — jak się rozbije, można ją skleić, ale pęknięcia zawsze będą widoczne i zawsze będzie się bać, że znowu się rozsypie.
Barbara, 35 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Jestem singielką, więc w walentynki poszłam sama do kina. Pary obok mnie sprawiły, że popcorn popijałam słonymi łzami”
- „Zimą bardziej niż kaloryfer grzeje mnie miłość kochanka. Mąż i dzieci nie wiedzą, że mamusia ma swoje za uszami”
- „Gdy w walentynki pękła w mieszkaniu rura, zalałam męża pretensjami. Ten wieczór był najlepszą randką od dnia naszego ślubu”

