Reklama

Kiedy myślę o tamtym czasie, widzę siebie siedzącą przy biurku, wpatrzoną w liczby, które od lat układały się w te same schematy. Wszystko było na swoim miejscu: praca, dom, związek, nawet myśli. A jednak gdzieś pomiędzy kolejnymi raportami rosło we mnie ciche przekonanie, że chcę czegoś więcej.

Spotkaliśmy się w kuchni

Tamten poranek nie różnił się niczym od setek innych. Przyszłam do biura kilka minut przed ósmą, powiesiłam płaszcz na tym samym wieszaku, włączyłam komputer i otworzyłam arkusz, który znałam niemal na pamięć. Kawa smakowała tak samo nijako jak zawsze. Ludzie mijali mnie na korytarzu, kiwali głowami, rzucali krótkie „cześć”, jakbyśmy wszyscy odgrywali role w dobrze przećwiczonym spektaklu.

Około dziesiątej Rafał zajrzał do naszego pokoju z kartonem pod pachą.

– W kuchni są pączki na tłusty czwartek, częstujcie się – powiedział tonem, który sugerował, że to miły gest, ale bez większego znaczenia.

Wstałam od biurka bez pośpiechu. Pączki same w sobie niewiele mnie obchodziły, bardziej chodziło o przerwę. O możliwość wyjścia z tej ciszy, w której nawet własne myśli wydawały się zbyt głośne.

W kuchni zebrało się już kilka osób. Ktoś śmiał się z czegoś, ktoś narzekał na pogodę. Stanęłam z boku, jak zwykle. Sięgnęłam po pierwszy lepszy pączek i wtedy usłyszałam głos, którego wcześniej nie kojarzyłam.

– Ten z lukrem jest podobno najlepszy, ale podobno szybko znika.

Odwróciłam się. Stał obok mnie Kamil. Wiedziałam, kim jest – nowy analityk, młodszy, zawsze uprzejmy – ale nigdy wcześniej nie rozmawialiśmy dłużej niż jedno zdanie.

– Dziękuję za ostrzeżenie – odpowiedziałam, sama zdziwiona, że się uśmiecham. – W takim razie wezmę tego, zanim ktoś mnie uprzedzi.

– Magda, prawda? – zapytał, patrząc na mnie uważniej, niż byłam przyzwyczajona.

Skinęłam głową.

– Pamiętam z maili. Zawsze wszystko masz dopięte – dodał, jakby to była najbardziej naturalna obserwacja na świecie.

To zdanie było drobne, właściwie nic nieznaczące, a jednak poczułam, jak coś we mnie drgnęło. Nikt w pracy od dawna nie mówił o mnie w taki sposób. Przez chwilę rozmawialiśmy o błahostkach – o poranku, o tym, że w nowej firmie trudno zapamiętać wszystkie twarze. Nic osobistego, nic ważnego. A jednak, kiedy wróciłam do swojego biurka, liczby zaczęły mi się mylić.

Przyłapałam się na tym, że wracam myślami do tej rozmowy. Do tonu jego głosu, do tego, że zapamiętał moje imię. Zganiłam się w duchu. Przecież to był tylko pączek. Kilka zdań w kuchni. Coś, co jutro nie będzie miało żadnego znaczenia. A jednak przez resztę dnia miałam wrażenie, że ktoś zwrócił na mnie uwagę.

Zaczęliśmy flirtować

Od tamtego dnia zaczęłam częściej zaglądać do kuchni firmowej. Tłumaczyłam to sobie potrzebą przerwy, rozprostowania nóg, kolejną kawą. Prawda była prostsza i mniej wygodna – sprawdzałam, czy Kamil tam będzie. Czasem był, czasem nie, ale samo oczekiwanie wprowadzało do mojego dnia napięcie, którego wcześniej nie znałam.

Znowu trafiliśmy na siebie – powiedział któregoś popołudnia, kiedy niemal jednocześnie sięgnęliśmy po kubki.

– Widocznie mamy podobny rytm pracy – odparłam, starając się brzmieć obojętnie.

Rozmowy były krótkie, pozornie niewinne. O projektach, o tym, co w firmie działa, a co nie. Zauważyłam, że słucha. Nie przerywał, nie patrzył w telefon. Kiedy mówiłam, miałam poczucie, że to, co mówię, naprawdę do niego dociera. To było nowe i niepokojąco przyjemne.

Zaczęłam zwracać uwagę na rzeczy, które wcześniej były mi obojętne. Na to, czy włosy układają się tak, jak powinny. Na kolor bluzki. Na to, czy nie mówię zbyt sucho. Każdy taki drobiazg był sygnałem ostrzegawczym, który ignorowałam, wmawiając sobie, że to zwykła dbałość o siebie.

W domu wszystko toczyło się swoim rytmem. Łukasz pytał, czy zrobiłam zakupy, ja odpowiadałam, że tak. Jedliśmy kolację przy stole, wymieniając się informacjami, które niczego nie zmieniały. Było spokojnie, bezpiecznie. I coraz bardziej pusto.

O czym tak myślisz? – zapytał pewnego wieczoru, patrząc na mnie znad talerza.

– O pracy – skłamałam bez wahania.

To nie była normalna rozmowa. Raczej kolejny dowód na to, jak bardzo nauczyliśmy się nie zadawać sobie trudnych pytań. Wróciłam myślami do Kamila i natychmiast poczułam ukłucie winy. Przecież nic złego się nie działo. Rozmowy, uśmiechy, kilka minut dziennie. Tak to sobie tłumaczyłam.

A jednak coraz częściej łapałam się na tym, że porównuję. Że zastanawiam się, kiedy ostatnio Łukasz zapytał mnie o coś więcej niż codzienne obowiązki. To było niesprawiedliwe, wiedziałam o tym. Ale świadomość nie powstrzymywała emocji.

Wieczorem, leżąc w łóżku, obiecywałam sobie, że jutro będę bardziej zdystansowana. Że przestanę szukać tych krótkich spotkań. I każdego ranka łamałam to postanowienie, zanim jeszcze dobrze zdążyłam je wypowiedzieć w myślach.

Mogłam być szczera

Nie pamiętam dokładnie momentu, w którym rozmowy przestały być neutralne. To nie był jeden gest ani jedno zdanie, raczej powolne przesuwanie granicy, której istnienia nie chciałam uznać. Zaczęło się od drobnych zwierzeń. Od narzekań na zmęczenie, na tempo pracy, na poczucie, że dni są do siebie zbyt podobne.

– Masz czasem wrażenie, że utknęłaś? – zapytał mnie któregoś dnia, kiedy zostaliśmy sami w kuchni.

Zawahałam się tylko chwilę.

– Często – odpowiedziałam, choć z nikim wcześniej się do tego nie przyznałam.

Poczułam ulgę, jakby wypowiedzenie tego słowa zdejmowało ze mnie ciężar. Kamil słuchał uważnie, kiwał głową, nie oceniał. Zaczęłam mówić więcej. O tym, że od lat pracuję w jednym miejscu, że wszystko jest przewidywalne. O tym, że czasem mam wrażenie, iż ktoś inny przejął stery mojego życia. Tych rzeczy nie mówiłam w domu. Tam byłyby niezręczne, wymagające odpowiedzi albo zmiany. Tutaj mogły po prostu wybrzmieć.

Coraz częściej łapałam się na tym, że czekam na jego wiadomości, choć dotyczyły drobiazgów. Czytałam je uważniej, doszukując się tonu, który wykraczał poza zawodową uprzejmość. W głowie tworzyłam romantyczne scenariusze.

W domu zaczęłam być bardziej nieobecna. Łukasz mówił, a ja odpowiadałam automatycznie, myśląc o czymś zupełnie innym. Zaczęłam dostrzegać w nim cechy, które wcześniej akceptowałam bez zastrzeżeń – jego spokój wydawał mi się obojętnością, rutyna brakiem zaangażowania.

– Zmieniłaś się – powiedział pewnego wieczoru. – Jakbyś była gdzie indziej.

– Przesadzasz – ucięłam, choć wiedziałam, że ma rację.

W pracy natomiast czułam się coraz bardziej żywa. To było paradoksalne i niebezpieczne. Wmawiałam sobie, że panuję nad sytuacją, że to tylko rozmowy. A jednak w myślach zaczęłam przekraczać granice, których nigdy nie chciałam przekraczać. Wyobrażałam sobie, jak wyglądałoby moje życie, gdyby było inne. Gdyby nie było w nim mojego męża.

Zaczęłam idealizować Kamila

Zaczęłam wierzyć, że to, co się między nami dzieje, ma znaczenie większe, niż chciałam przyznać. Nie wprost, nie na głos, ale w tych wszystkich drobnych gestach, spojrzeniach, chwilach zawieszenia rozmowy. Kamil potrafił sprawić, że czułam się wybrana, jakby to właśnie ze mną chciał rozmawiać, właśnie mnie szukał wzrokiem w open space’ie.

– Dobrze się z tobą rozmawia – powiedział kiedyś, niemal mimochodem.

To zdanie wracało do mnie przez kolejne dni. Rozkładałam je na części, analizowałam, dopisywałam sensy, których być może wcale w nim nie było. Zaczęłam idealizować Kamila. W mojej głowie był uważny, dojrzały, inny niż wszyscy. Nie dostrzegałam, że podobnie rozmawia z innymi, że jego zainteresowanie bywa zmienne, zależne od nastroju i chwili.

Kiedy któregoś dnia był chłodniejszy, natychmiast ogarnął mnie lęk. Zastanawiałam się, czy powiedziałam coś nie tak, czy powinnam była zareagować inaczej. To mnie zaskakiwało – nigdy wcześniej nie uzależniałam swojego samopoczucia od czyjegoś spojrzenia w pracy.

W domu napięcie rosło. Łukasz coraz częściej milczał, a ja unikałam rozmów, które mogłyby doprowadzić do konfrontacji. Żyłam w dwóch światach: jednym stabilnym, lecz przytłaczającym, i drugim – ekscytującym, choć kruchym. Ten drugi wydawał mi się prawdziwszy, bo dawał emocje.

– Myślisz czasem o zmianach? – zapytał mnie Kamil, kiedy wracaliśmy z firmowego spotkania.

– Często – odpowiedziałam zbyt szybko.

W tamtej chwili byłam przekonana, że rozumie mnie lepiej niż ktokolwiek. Że to porozumienie jest wyjątkowe, niemal intymne. Nie zauważałam sygnałów ostrzegawczych, bo nie pasowały do obrazu, który zbudowałam. A im bardziej w niego wierzyłam, tym mniej miejsca zostawało na rozsądek.

Byłam naiwna

Prawda przyszła niespodziewanie. Usłyszałam ją przypadkiem, stojąc kilka kroków od kuchni firmowej. Nie byłam adresatką rozmowy, nikt nie obniżał głosu.

Kamil, serio, znowu się w coś pakujesz? – zapytała jedna z dziewczyn z innego działu, śmiejąc się lekko.

– Daj spokój, to tylko rozmowy. Lubię takie… bardziej wrażliwe osoby – odpowiedział spokojnie. – Każdy czegoś potrzebuje, a ona już prawie je mi z ręki.

Zamarłam. „Takie osoby”. Jakby mówił o typie, kategorii, a nie o mnie. O tych wszystkich rozmowach, które w mojej głowie miały wagę decyzji życiowych. Cofnęłam się bezgłośnie, czując, jak coś we mnie pęka, ale nie gwałtownie. Raczej cicho, jak naciągnięta zbyt mocno nić.

Tego dnia nie spojrzałam już Kamilowi w oczy. On też jakby mnie nie szukał. I wtedy zrozumiałam, że ta wyjątkowość była jednostronna. Że ryzykowałam swoje małżeństwo, poczucie lojalności i własny obraz siebie dla czegoś, co dla niego było tylko chwilowym zainteresowaniem.

W domu było jeszcze trudniej. Łukasz siedział na kanapie, oglądał coś bez przekonania. Usiadłam obok, ale między nami była przestrzeń, której nie umiałam już zasypać.

– Musimy porozmawiać – powiedziałam w końcu.

– Od dawna to czuję – odpowiedział spokojnie. – Tylko nie wiedziałem, czy jeszcze chcesz.

Nie potrafiłam mu powiedzieć wszystkiego. Ale nie potrafiłam też udawać, że nic się nie stało. Zrozumiałam, że nawet jeśli fizycznie nie przekroczyłam granic, to emocjonalnie byłam już bardzo daleko. Za daleko, by wrócić bez konsekwencji.

W pracy trzymałam dystans. Wstyd mieszał się z rozczarowaniem sobą. Zobaczyłam wyraźnie, jak bardzo byłam skupiona na własnej pustce, jak łatwo usprawiedliwiałam swoje zachowanie potrzebą bycia zauważoną. Kamil przestał mieć znaczenie. Została tylko świadomość, że to nie on był problemem, ale ja i to, czego nie chciałam zobaczyć w swoim życiu.

Magdalena, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama