To miała być zwyczajna eksmisja. Taka, jakich przeprowadziłem wiele w swojej dwudziestoletniej karierze komornika. Z papierów dostarczonych mi przez spółdzielnię wynikało, że mam wyprowadzić z mieszkania dwie osoby: 45-letnią kobietę i jej 20-letniego syna. Ich zadłużenie czynszowe sięgało prawie 30 tysięcy złotych. Wyrok o eksmisji był prawomocny, sąd nie orzekł o przyznaniu lokalu socjalnego. Eksmisja miała więc się odbyć do schroniska lub noclegowni, czyli właściwie na bruk.

WIDEO

player placeholder

Nigdy nie zastanawiałam się, czy eksmisje są sprawiedliwe, czy nie. To sąd rozpatrywał i wydawał decyzję. Ja miałem obowiązek ją tylko wykonać. I zawsze starałem się to robić skutecznie.

Miała 40 lat, a wyglądała na 60

Teraz też nie przewidywałem odstępstwa od tej zasady. „Dwoje dorosłych a takich długów narobili – pomyślałem. – Pewnie nigdzie nie pracują albo przepijają wszystko, co zarobią. Wejdę, zrobię co do mnie należy, a jak się będą stawiać to uspokoją ich policjanci”. Zawsze prosiłem o asystę policji. Wiadomo, ludzie różnie reagują na wizytę komornika. Jedni tylko lamentują, błagają o litość ale inni złorzeczą lub z siekierą wyskakują. Trzeba się zabezpieczyć…

Zobacz także:

Przed drzwiami mieszkania zjawiliśmy się tuż po ósmej. Zadzwoniłem. Otworzyła mi starsza kobieta. Przedstawiłem się, pokazałem legitymację.

– Tak, to ja, proszę wejść – odparła, gdy wymieniłem jej nazwisko.

Byłem zaskoczony. Kobieta wyglądała na 60-latkę. Siwe włosy, poorana bruzdami, zmęczona twarz. I oczy, smutne, jakby wyblakłe…

Wszedłem z policjantami do środka. W korytarzu zauważyłem walizki.

– Jesteśmy już właściwie spakowani. Nie będziemy robić kłopotów. Tylko syna ktoś musi mi pomóc na wózek przenieść. Sama jakoś nie mogłam dać dzisiaj rady – powiedziała, prowadząc mnie do pokoju.

Chłopak leżał w łóżku. Podniósł się trochę na rękach, ale zaraz opadł bezwładnie na poduszkę. Kobieta spojrzała na niego ciepło.

– To mój syn, Marek. Jest częściowo sparaliżowany. Nie chodzi, ma niedowład w rękach. Ale lekarze mówią, że jak będziemy dużo ćwiczyć, to jest szansa na poprawę. Więc ćwiczymy – wyjaśniła spokojnie.

Zrobiło mi się żal tej kobiety

Usiadłem przy stole i wyciągnąłem teczkę z dokumentami. Jeszcze raz je przejrzałem. Nie było w nich ani słowa o niepełnosprawności syna.

Pracuje pani? – zapytałem.

– Kiedyś pracowałam, ale od wypadku syna siedzę w domu. Ktoś musi stale przy nim być. A sami jesteśmy na świecie. Przyznano nam zasiłki. Tych pieniędzy ledwie na leki dla syna wystarcza, a co mówić o czynszu… Płaciłam za wodę, za światło. Na resztę nie było… No i wpadliśmy w kłopoty.

Długi trzeba spłacać – wyrecytowałem zawodową formułkę.

– Chciałam, naprawdę – kobieta położyła rękę na piersi. – Byłam u prezesa, prosiłam o rozłożenie długu na raty. Twierdził, że i tak go nie spłacę, a inni lokatorzy nie będą mnie przecież utrzymywać – westchnęła zrezygnowana.

– Ale dlaczego nie starała się pani w urzędzie miasta o lokal socjalny, nie opowiedziała o swojej sytuacji w czasie rozprawy sądowej?

– Byłam w urzędzie. Nikt nie chciał mi pomóc nawet podania napisać. Usłyszałam tylko, że mieszkań socjalnych nie ma, że ludzie czekają na nie latami, że inni mają jeszcze trudniejszą sytuację. A sąd? Na adwokata mnie nie stać. Zresztą wszystko i tak odbyło się za moimi plecami. Nawet wezwania nie dostałam. Może nie dotarło… Nie wiem… Jak człowiek jest sam, nie ma pieniędzy, to nikt się z nim nie liczy, nikogo nie obchodzi. Taki już ten świat jest… – zamyśliła się.

Zrobiło mi się żal tej kobiety. Tyle nieszczęść ją w życiu spotkało, tyle zła, obojętności, a teraz miała jeszcze stracić dach nad głową? Nie zamierzałem do tego przykładać ręki.

Wychodzimy panowie, nic tu po nas – powiedziałem do policjantów i zamknąłem teczkę z dokumentami.

Tutaj też chodzi o ludzkie życie

Kobieta wstała z krzesła.

– Co to oznacza?

– Odmawiam wykonania eksmisji. A to oznacza, że do czasu aż spółdzielnia nie znajdzie innego komornika, możecie zostać w mieszkaniu – odparłem.

Spojrzała na mnie z wdzięcznością. Na jej zmęczonej, pooranej bruzdami twarzy pojawił się uśmiech.

– Nie wiem, co się z nami stanie. Pewnie niedługo i tak znajdziemy się na ulicy. Ale doceniam pański gest. Przywrócił mi pan wiarę w to, że na tym świecie jest miejsce dla takich jak my – powiedziała cicho.

Powiadomiłem prezesa spółdzielni o odstąpieniu od eksmisji. W protokole napisałem, że w tym wypadku byłoby to sprzeczne z zasadami sprawiedliwości społecznej i wszystkimi prawami człowieka. Był wściekły. Twierdził, że nie mam prawa odmawiać wykonania orzeczenia sądu, że napisze na mnie skargę do rady komorniczej. A niech pisze. Skoro lekarze mogą powoływać się w pewnych przypadkach na klauzulę sumienia, to dlaczego nie mieliby robić tego komornicy? Przecież tu też chodzi o ludzkie życie.

Czytaj także:
„Wszyscy mają mnie za pijawkę, bo jestem komornikiem. Ja tak naprawdę ratuję ofiary podłych hochsztaplerów”
„Mąż zataił przede mną bankructwo. O kolosalnych długach dowiedziałam się dopiero, gdy komornik kazał mi się spakować”
„Godzenie pracy i obowiązków samotnej matki, mnie przerosło. Gdy wyleciałam z hukiem z roboty, bieda zajrzała mi w oczy”