Reklama

Mam na imię Kasia, mam 28 lat i pracuję jako kelnerka w sezonowej restauracji tuż przy stoku narciarskim w Krynicy. Wiem, jak to brzmi – pewnie zjeżdżam na nartach po pracy, flirtuję z przystojnymi turystami i co wieczór popijam grzańca z widokiem na góry. Guzik prawda. Po pracy bolą mnie stopy, ręce śmierdzą smażoną kiełbasą, a zamiast śniegu widzę stosy brudnych talerzy.

Mieszkam w wynajętym pokoju nad restauracją, mam za ścianą Darię, moją koleżankę z pracy, która co rano narzeka, że znowu nie ma tipsów, bo jej się połamały przy myciu kufli. Jest dla mnie jak siostra.

Nie narzekam. A raczej – staram się nie narzekać. Praca w takim miejscu ma swoje plusy – ludzie się przewijają, nie zdążysz się przywiązać. Zaczynają się ferie, potem luty i nagle wszyscy znikają. Nie zdążysz się zaangażować, nie zdążysz się rozczarować. A ja mam taką zasadę: zero zaangażowania. Bo raz już się zaangażowałam. Raz uwierzyłam, że facet może mnie kochać. I raz mi wystarczyło.

Zresztą, ci faceci tutaj – to wszystko sezonowi narciarze z Warszawy, co to zakładają kask i myślą, że są przystojniejsi. Patrzą na ciebie z góry. Ale był jeden, inny. Ten, który codziennie siadał przy stoliku pod oknem, zawsze zamawiał to samo – żurek z jajkiem i grzańca. Nie rozmawiał. Patrzył, ale nie jak reszta – nie na sylwetkę, tylko jakby… szukał czegoś innego.

Miał około pięćdziesiątki, ale trzymał się lepiej niż niejeden trzydziestolatek. Garnitur, zegarek, telefon, i to spojrzenie – nie zaczepne, nie oceniające, tylko takie... jakby mnie już znał. No i miał coś jeszcze – spokój. Taki, którego ja nie miałam w sobie od dawna.

Zaczęłam go nazywać „pan prezes”, bo miał w sobie coś z tych ważnych ludzi – tych, którzy mają za dużo pieniędzy i za mało czasu. Tyle że on patrzył na mnie tak, jakby miał czas. Ale przecież ja nie jestem dla takich ludzi. Mam fartuch, kredyt do spłaty i łaty na kolanach legginsów. Nie jestem dla pana, panie prezesie. A jednak... on nie przestawał przychodzić.

Zaintrygował mnie

Zaczęło się zupełnie zwyczajnie. Był poniedziałek, siódma rano, a ja już miałam serdecznie dość ludzi. Nocna zmiana się przeciągnęła, zmywarka się zatkała, a jedna z kelnerek zrezygnowała bez słowa. W kuchni pachniało spalonym olejem, a z radia sączył się jakiś stary przebój. Wyszłam z zaplecza i ruszyłam w stronę sali, jeszcze ziewając. On już siedział. Jak zwykle – przy tym samym stoliku, z widokiem na stok, w ciemnym golfie i rozpiętej kurtce.

Podeszłam do niego z notesem, chociaż doskonale wiedziałam, co zamówi.

– Żurek z jajkiem i grzaniec? – zapytałam z lekkim uśmiechem.

– Jak pani zgadła? – odpowiedział spokojnie, nie odrywając wzroku od okna.

– Proroczy dar – odparłam i już miałam odchodzić, kiedy dodałam półżartem – Nie ma pan dość?

Spojrzał wtedy na mnie po raz pierwszy tak naprawdę. Nie przez sekundę, nie kątem oka. Tylko spokojnie, prosto w oczy.

– Gdybym miał dość, to bym nie przyszedł – powiedział. – Ale wbrew pozorom, nie dla żurku tu jestem.

Zaskoczył mnie tym jednym zdaniem. Nagle moje automatyczne „czy podać coś jeszcze” przestało pasować. Zebrałam się w sobie i powiedziałam, może trochę za szorstko:

– Wie pan… Nie jestem dla pana, panie prezesie.

Uśmiechnął się delikatnie, jakby właśnie czekał na te słowa.

– Właśnie dlatego z panią rozmawiam.

Zatkało mnie. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Tyle razy słyszałam teksty, od których miałam ochotę wylać komuś herbatę na kolana, ale to… to było coś innego. On nie flirtował. On po prostu mówił, co myśli. Kiedy odeszłam, jeszcze przez chwilę czułam jego spojrzenie na plecach. W kuchni Daria rzuciła:

– No, no. Prezes się rozgadał?

– Powiedział jedno zdanie – mruknęłam, udając obojętność. Ale serce dziwnie mi biło.

Nie chciałam o nim myśleć. A jednak w głowie wracały te słowa. „Właśnie dlatego z panią rozmawiam”. Dlaczego właściwie to powiedział? Co on sobie myśli? Że mi zaimponuje, że wystarczy jeden tekst i ja się rozpłynę? A może naprawdę był ciekawy, jak zareaguję.

Dziwiłam się sobie, że tak mnie to ruszyło. W końcu to nie mój świat. On wyglądał, jakby miał własną firmę, limuzynę, życie za szklaną ścianą. Ja – tłuste włosy po zmianie, połamane paznokcie i plan na wieczór: szybki prysznic i łóżko. A mimo to… była we mnie ciekawość. Co on tu robi, codziennie, sam. I dlaczego zawsze patrzy na mnie?

Zaczynałam go lubić

Minęły cztery dni, podczas których przychodził codziennie o tej samej porze, zamawiał dokładnie to samo i raz na jakiś czas rzucał jedno z tych zdań, które sprawiały, że potem długo patrzyłam w sufit, nie mogąc zasnąć. Nigdy nie był natarczywy, nie poprosił o numer. Nie dotykał mojej dłoni przy podawaniu talerza, jak niektórzy. Nie robił głupich żartów. A jednak, kiedy wchodził, czułam dziwny dreszcz.

W czwartek pod koniec zmiany, kiedy akurat ścierałam stoliki, podszedł do mnie. To było tuż przed zamknięciem. Był już po kolacji, a ja liczyłam, że zaraz sobie pójdzie i będę mogła w końcu zdjąć fartuch. Ale on nie wychodził.

– Ma pani dzisiaj późno zmianę? – zapytał.

– Jeszcze godzina – odpowiedziałam, nie patrząc mu w oczy. – Ale po niej nie mam ochoty na towarzystwo.

Nawet na kawę?

Pokręciłam głową z lekkim uśmiechem.

– Kawę piję o szóstej rano. Po pracy to co najwyżej herbatę. I też sama.

Nie nalegał. Kiwnął głową i wrócił na swoje miejsce. Myślałam, że na tym się skończy. Ale kolejnego wieczoru znowu został dłużej. I znowu zapytał. Tym razem nie o kawę, tylko zaproponował podwózkę.

– Nie potrzebuję kierowcy – rzuciłam, zakładając kurtkę. – Ale dzięki.

– Czyli to nie o mnie chodzi, tylko o zasady?

Spojrzałam na niego z niedowierzaniem. Przekrzywiłam głowę i powiedziałam bez uśmiechu:

– Wie pan co, panie prezesie? Nie wiem, czego pan szuka, ale ja mam bardzo prosty układ ze światem. Pracuję, śpię, żyję. I nie wdaję się w rozmowy z ludźmi, którzy chcą się dowiedzieć o mnie więcej, niż powinni.

To niech pani zrobi wyjątek. Dla odmiany.

Nie odpowiedziałam. Po prostu sobie poszłam. Ale wieczorem, kiedy zamykaliśmy restaurację, zostałam chwilę dłużej. Daria już się zbierała, a ja nie mogłam się zdecydować, czy iść, czy jeszcze chwilę posiedzieć. On też został. Siedział sam, przy oknie, ostatni klient. Światło już było przygaszone, muzyka cichsza. Z jakiegoś powodu podeszłam do jego stolika.

– Naprawdę nie ma pan dość tego żurku? – spytałam, dla zabicia ciszy.

Uśmiechnął się, ale spokojnie.

– Mówiłem, że nie o żurek chodzi.

Usiadłam naprzeciwko. Miałam jeszcze na sobie fartuch, ale odpięłam go i zsunęłam na krzesło obok. Poczułam, że po raz pierwszy od dawna naprawdę siedzę – nie na chwilę, nie w biegu. On zaproponował, żebyśmy zaparzyli herbaty. Wzięliśmy dwie filiżanki i usiedliśmy przy barze. Restauracja była już zamknięta, zostaliśmy tylko my.

– Wiesz, z tobą pierwszy raz od dawna nie czuję się jakbym był uwięziony w korporacji – powiedział nagle, zaskakując mnie tą bezpośredniością.

A jak się pan czuje? – zapytałam, bardziej z ciekawości niż z przekory.

– Jak człowiek. Bez kalendarza, bez planu spotkań. Bez tytułu. Po prostu… obecny.

Zamilkłam. Nie dlatego, że nie miałam co powiedzieć. Po prostu nie chciałam tego psuć. Wróciłam wtedy do pokoju trochę później niż zwykle. Przez chwilę siedziałam na łóżku w ciuchach roboczych, patrząc przez okno. Nie potrafiłam nazwać tego, co czułam. Wiedziałam tylko jedno: to wszystko nie miało sensu. On był z innego świata. Z innego życia. Ale ja – ja zaczynałam go lubić.

Zaczynało mi zależeć

Pojawił się jak zwykle w sobotę rano. Żurek, grzaniec, spokojne spojrzenie spod przyprószonych siwizną brwi. Ale tego dnia coś było inaczej. Mniej rozmowy, więcej ciszy. Na koniec, kiedy sięgałam po rachunek, powiedział:

– To chyba ostatni raz w tym sezonie. Wracam do Warszawy.

Nie wiem czemu, ale ścisnęło mnie w gardle. Mimo że nie byliśmy kimś dla siebie. Nawet nie wiedziałam, jak ma na imię. Znałam tylko jego twarz, rytuały, sposób, w jaki odkładał serwetkę. A jednak było mi przykro.

– Udanej podróży – powiedziałam chłodno, choć chciałam dodać coś więcej. Może: „szkoda”. Może: „będę tęsknić”. Ale zostałam przy „udanej podróży”.

Kiwnął tylko głową i wyszedł. Daria stała za barem i obserwowała mnie uważnie.

– No, prezes się w tobie zakochał – rzuciła półgłosem, opierając się o ekspres.

– Nie bądź śmieszna – mruknęłam, zdejmując fartuch.

– Mówię serio. Widziałam, jak na ciebie patrzył. I jak ty patrzysz na niego, kiedy myślisz, że nikt nie widzi.

Nie odpowiedziałam. Nie chciałam o tym rozmawiać. Dla mnie to był temat zamknięty. Wyjechał i tyle. Wróci do swojego świata, a ja zostanę tutaj, przy smażonych kiełbaskach i parzeniu kawy. Ale tamtego wieczoru usiadłam z telefonem w ręku i zawahałam się, zanim zgasiłam światło. Nie wiedziałam, czego dokładnie się spodziewałam. I wtedy on napisał. „Dziękuję ci za te dni. Dobrze było z tobą milczeć”. Odpisałam dopiero rano, krótko: „Bez przesady, tylko podawałam żurek”.

Uśmiechnęłam się sama do siebie. Myślałam, że na tym się skończy, ale nie skończyło się. Pisał codziennie. Niewiele, ale jakoś trafnie. Jakby wiedział, kiedy mam zły dzień, kiedy coś mnie rozdrażniło, kiedy nie chcę mówić, ale chcę, żeby ktoś był. Dzwonił rzadko. Zawsze wieczorem. Jego głos przez telefon był inny – cieplejszy. Nie udawał. Mówił wolno, czasem śmiał się pod nosem, a ja nagle łapałam się na tym, że opowiadam mu o kliencie, który zostawił napiwek w groszakach, albo o tym, że nie mogę znaleźć dwóch jednakowych skarpetek.

Znałam swoje zasady. Wiedziałam, że nie ma sensu się angażować. Ale kiedy po pracy siadałam na parapecie z kubkiem herbaty i czytałam jego wiadomości, czułam coś, czego dawno nie czułam. Ciepło, ale też strach. Bo zaczynało mi zależeć.

Wrócił dla mnie

Był środek marca. Śnieg już się topił, stok zamknięty, w restauracji czuć było koniec sezonu. Gości coraz mniej, zmęczenie coraz większe. Dzień jak każdy – zmiana do szesnastej, potem sprzątanie, szybki prysznic, herbata i wiadomość od Krzysztofa. Tylko że tego dnia nie napisał nic. Zdziwiło mnie to. Może zapomniał, może coś się stało. Nie pisałam pierwsza – nie byłam z tych. Ale kiedy stanęłam na schodach prowadzących z zaplecza i zobaczyłam, kto stoi w drzwiach restauracji, nogi się pode mną ugięły.

To był on. Stał w progu, tak samo jak wtedy – w kurtce, z tą swoją spokojną twarzą. Tylko teraz patrzył na mnie inaczej, bez dystansu. Jakby już nie był gościem.

Nie mogłem przestać o tobie myśleć – powiedział, zanim zdążyłam się odezwać.

– A ja myślałam, że dla ciebie to tylko przygoda – odpowiedziałam odruchowo, ciszej niż chciałam.

Zrobił kilka kroków w moją stronę, ale się nie spieszył.

– Nigdy z nikim nie czułem się tak normalnie. Tak po ludzku – powiedział cicho. – Nie jestem tu na urlopie. Przyjechałem, bo nie mogłem inaczej.

Złapałam się za biodro, żeby utrzymać równowagę. To było za dużo, zbyt nagle.

Nie wiem, co mam zrobić – powiedziałam po chwili. – Nie wiem, co ty sobie wyobrażasz, ale ja… ja nie jestem kobietą od romantycznych historii. Nie pasuję do tego, co ty masz w życiu.

A ja nie chcę już życia bez ciebie – powiedział tak spokojnie, że aż zabolało.

Odeszłam na zaplecze, nie odwracając się. Daria podniosła wzrok znad telefonu.

– Co się stało? – zapytała. – Jesteś blada.

– Wrócił – powiedziałam cicho.

– Prezes?

Kiwnęłam głową. Westchnęła, ale nie skomentowała. Tej nocy nie spałam. Patrzyłam w sufit i próbowałam zrozumieć, czego tak naprawdę się boję. Może tego, że za bardzo mi zależy. Może tego, że jeśli raz pozwolę sobie uwierzyć, to znowu ktoś mnie zostawi. A może po prostu nie wierzyłam, że ktoś taki jak on mógłby chcieć na serio kogoś takiego jak ja. Ale przecież stał tam. Wrócił, dla mnie. I to było najtrudniejsze do przyjęcia.

Kasia, 28 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama