„Gdy mąż zwiedza mieszkania kolegów, ja szoruję nasz dom. Byłam w szoku, gdy usłyszałam, jak nazywa mnie wśród kumpli”
„Nawet nie zapytał, jak mi minął dzień. Nie zapytał, czy dzieci zdrowe. Po prostu zakomunikował mi, że jego zabawa trwa, podczas gdy moja warta wciąż się nie skończyła. Poczułam ukłucie zazdrości — nie o to, że wychodzi, ale o to, że ma wybór. Ja go nie miałam. Zasnęłam na kanapie przed telewizorem, w tym nieszczęsnym, poplamionym dresie”.

To miał być kolejny, zwyczajny piątek, a stał się dniem, który zburzył moją iluzję idealnego małżeństwa. Kiedy patrzyłam w lustro, widziałam zmęczoną kobietę w poplamionym dresie, z której uszło życie. On widział we mnie tylko fleję, która przestała się starać. Problem w tym, że on nie miał pojęcia, ile wysiłku kosztuje mnie samo przetrwanie do wieczora, podczas gdy on sączył drinki w modnym barze, śmiejąc się z kolegami. Jego słowa bolały bardziej niż cokolwiek innego, bo uświadomiły mi, jak bardzo stałam się dla niego niewidzialna.
Nie zauważył worków pod oczami
Budzik w moim telefonie dzwoni o szóstej rano, ale zazwyczaj jestem już na nogach od piątej. Antoś, nasz dwulatek, ma fazę ząbkowania, co oznacza, że noce są dla mnie serią krótkich drzemek przerywanych płaczem i noszeniem na rękach. Z kolei czteroletnia Lenka budzi się z energią małego tornada, domagając się bajek, płatków i natychmiastowej uwagi. Kiedy wchodzę do kuchni, potykając się o klocki LEGO, które jakimś cudem ominęłam wczoraj wieczorem, czuję ten specyficzny ciężar w klatce piersiowej. To nie jest tylko zmęczenie fizyczne. To ciężar odpowiedzialności za to, żeby ten mały świat się kręcił.
Marek zazwyczaj wstaje o siódmej. Wchodzi do kuchni wygolony, pachnący drogą wodą kolońską, w wyprasowanej koszuli, którą wyprasowałam mu ja, kradnąc piętnaście minut ze swojego snu.
— Cześć, kochanie — rzuca, całując mnie w czoło, ale jego wzrok już błądzi po telefonie. — Kawy nie ma?
— Nie zdążyłam nastawić ekspresu, Antoś przed chwilą pobrudził pościel — tłumaczę się, choć sama jestem zła na siebie, że w ogóle czuję potrzebę tłumaczenia.
— Dobra, kupię w drodze do biura. Będę dzisiaj później, chłopaki wyciągają mnie na bilard. Muszę odreagować ten projekt.
„Odreagować”. To słowo działa na mnie jak płachta na byka. On wychodzi do klimatyzowanego biura, gdzie pije ciepłą kawę, rozmawia z dorosłymi ludźmi na tematy inne niż kupa i „Psi Patrol”, a potem musi to „odreagować”. Ja zostaję na polu bitwy, gdzie moimi przeciwnikami są brudne pieluchy, rozlane soki i nieustanny hałas, a moją nagrodą jest zimny tost zjedzony na stojąco nad zlewem.
Tamtego ranka nawet nie zauważył, że mam na sobie ten sam dres co wczoraj. Nie zauważył worków pod oczami, które próbowałam ukryć pod warstwą taniego korektora, nakładanego jedną ręką, trzymając drugą płaczące dziecko. Dla niego byłam elementem wyposażenia domu. Czymś, co po prostu jest i ma działać.
Klasa wymagała czasu
Kiedy sprzątałam po śniadaniu, a dzieci na chwilę zajęły się sobą, spojrzałam na nasze zdjęcie ślubne wiszące w przedpokoju. Dziewczyna na fotografii patrzyła na mnie z pewnością siebie, której już nie poznawałam. Miałam wtedy idealnie ułożone włosy, makijaż podkreślający oczy i sukienkę, która opinała szczupłą talię. Jurek patrzył na mnie wtedy tak, jakby wygrał los na loterii. Poznaliśmy się na studiach. Byłam tą „przebojową dziewczyną”. Zawsze zadbana, zawsze w biegu, z milionem pomysłów. Jurek uwielbiał chwalić się mną przed kolegami.
— Moja Agata to klasa sama w sobie — mawiał.
Nie rozumiał jednego: ta klasa wymagała czasu. Czasu, którego teraz nie mam. Kiedyś mogłam spędzić godzinę w łazience. Teraz, jeśli uda mi się wziąć prysznic dłuższy niż trzy minuty bez dobijania się małych rączek do drzwi, traktuję to jak dzień w SPA. Mój mąż uważa, że urlop macierzyński to „siedzenie w domu”. Że to czas odpoczynku. Nieraz słyszałam, jak rozmawia przez telefon z matką: „Tak, mamo, Agata jest w domu, ma luz, zajmuje się tylko dziećmi”. Tylko dziećmi. Te dwa słowa to największe kłamstwo współczesnego rodzicielstwa.
Około południa zadzwoniła do mnie Ewelina, moja przyjaciółka, która jako singielka miała zupełnie inną perspektywę, ale zawsze potrafiła mnie wysłuchać.
— Słuchaj, wpadnijcie w weekend, zrobię lasagne — zaproponowała.
– Nie wiem, czy damy radę. Jurek pewnie będzie chciał odpocząć po tygodniu, a ja... cóż, ja wyglądam jak zombie — zaśmiałam się nerwowo.
— Agata, przestań. Wyglądasz jak matka dwójki małych dzieci. To normalne. A Jurek niech ruszy tyłek i ci pomoże, zamiast tylko „odpoczywać”.
Chciałam wierzyć w jej słowa, ale rzeczywistość weryfikowała je brutalnie. Jurek nie pomagał. On „zajmował się dziećmi” tylko wtedy, gdy były czyste, najedzone i w dobrym humorze. Gdy zaczynał się płacz albo pojawiał się problem, oddawał mi je jak wadliwy towar, mówiąc: „Chyba chcą do mamy”.
Zasnęłam na kanapie
Tego konkretnego piątku wszystko szło nie tak. Antoś ciągle płakał, Lenka wylała sok porzeczkowy na dywan — ten jasny, który Jurek tak lubił. Przez cztery godziny biegałam między kuchnią, łazienką a pokojem dziecięcym. Moje włosy, związane w niedbały koczek na czubku głowy, zaczęły żyć własnym życiem. T-shirt, który rano był względnie czysty, teraz nosił ślady kaszki, soku i – wstyd się przyznać – moich łez bezsilności.
Kiedy wybiła dziewiętnasta, byłam wrakiem człowieka. Dzieci w końcu zasnęły, a ja padłam na kanapę, nie mając siły nawet na to, by się przebrać czy zmyć resztki makijażu, który spłynął mi po policzkach. Wtedy wrócił on. Nie, wróć. Nie wrócił. Zadzwonił o dwudziestej.
— Cześć, słuchaj, przedłużymy sobie z chłopakami. Jest świetna atmosfera, Rafał awansował, musimy to oblać. Nie czekaj na mnie.
Nawet nie zapytał, jak mi minął dzień. Nie zapytał, czy dzieci zdrowe. Po prostu zakomunikował mi, że jego zabawa trwa, podczas gdy moja warta wciąż się nie skończyła. Poczułam ukłucie zazdrości — nie o to, że wychodzi, ale o to, że ma wybór. Ja go nie miałam. Zasnęłam na kanapie przed telewizorem, w tym nieszczęsnym, poplamionym dresie. Obudził mnie dźwięk klucza w zamku. Była druga w nocy.
Zrobiło mi się zimno
Jurek wszedł do salonu. Był wstawiony, ale nie pijany. Miał ten specyficzny błysk w oku, który pojawiał się po kilku drinkach i udanym wieczorze. Zapalił górne światło, rażąc mnie w oczy.
— Jezu, Agata, wystraszyłaś mnie — powiedział, patrząc na mnie z góry.
Usiadłam, przecierając oczy. Czułam się okropnie. Nieświeża, spocona, zmęczona.
— Cicho bądź, dzieci śpią — szepnęłam. — Jak było?
Jurek nie odpowiedział od razu. Zamiast tego oparł się o futrynę drzwi i zmierzył mnie wzrokiem. To nie było spojrzenie pełne miłości czy troski. To była ocena. Chłodna, surowa analiza.
— Wiesz co? — zaczął, a jego głos ociekał nagłą irytacją. — Wstyd mi było dzisiaj.
— O czym ty mówisz? — zapytałam, nie rozumiejąc.
— Rafał pokazywał zdjęcia swojej żony. Byli na wakacjach. Wyglądała obłędnie. Zadbana, uśmiechnięta, w sukience. A potem pomyślałem o tobie.
Zrobiło mi się zimno, mimo że w mieszkaniu było ciepło.
— Jurek, jest druga w nocy, jestem zmęczona...
— Zawsze jesteś zmęczona! — przerwał mi, podnosząc głos, ale starając się szeptać. — Patrzę na ciebie i co widzę? Fleję. Rozciągnięty dres, włosy jak siano, jakieś plamy. Kiedy ty ostatnio o siebie zadbałaś? Wyglądasz, jakbyś się poddała. Jakby ci już nie zależało na mnie, na nas.
Zatkało mnie. Jego słowa uderzały we mnie jedno po drugim, precyzyjnie celując w moje największe kompleksy.
— Uganiam się za twoimi dziećmi po czternaście godzin na dobę — wydusiłam z siebie, czując, jak łzy napływają mi do oczu. — Antoś płacze, Lenka wylała sok... Nie miałam czasu usiąść, a co dopiero się stroić.
— Inne kobiety też mają dzieci i jakoś potrafią wyglądać jak ludzie — rzucił lekceważąco, ściągając marynarkę. — Żona Rafała ma trójkę i prowadzi firmę. Można? Można. Ale trzeba chcieć. A tobie jest tak wygodnie. Siedzisz w domu i dziczejesz.
Wygodnie. To słowo zadzwoniło mi w uszach jak policzek. Wstałam, drżąc ze wściekłości i upokorzenia.
— Wygodnie? — zapytałam, podchodząc do niego. Czułam od niego zapach drogiego alkoholu i perfum innej kobiety, pewnie koleżanki z pracy, z którą się witał, albo po prostu zapach tłumu w klubie. Ale ten zapach był jak symbol jego wolności. — Myślisz, że to jest wygodne? Chcesz się zamienić? Zostań z nimi na jeden dzień. Jeden cholerny dzień, Jurek. Zobaczymy, czy wieczorem będziesz miał siłę na żelowanie włosów.
— Nie histeryzuj. — Machnął ręką, idąc w stronę łazienki. — Zarabiam na ten dom, więc wymagam, żeby moja żona jakoś wyglądała, a nie straszyła w salonie. Idź się umyj, bo patrzeć na to nie mogę.
Trzasnął drzwiami łazienki. Zostałam sama w środku nocy, w moim brudnym dresie, z sercem pękniętym na pół.
Spojrzałam mu prosto w oczy
Tamtej nocy nie spałam. Leżałam w łóżku obok niego, słuchając jego miarowego oddechu, i analizowałam każde słowo. „Fleja”. „Dziczejesz”. „Wstyd”. Czy on miał rację? Podeszłam do lustra w sypialni. W świetle latarni wpadającym przez okno przyjrzałam się sobie. Rzeczywiście, nie wyglądałam jak modelka z Instagrama. Moja cera była szara, odrosty na włosach wołały o pomstę do nieba, a paznokcie były krótko obcięte, bez lakieru, bo tak wygodniej przy dzieciach. Ale czy to czyniło mnie gorszą żoną? Gorszym człowiekiem?
Zrozumiałam wtedy coś kluczowego. Jurek nie widział we mnie partnerki, z którą buduje rodzinę. Widział we mnie trofeum, które nieco zaśniedziało i przestało pasować do jego wizerunku człowieka sukcesu. Jego frustracja nie wynikała z troski o mnie, ale z jego własnego ego. Chciał mieć w domu "reprezentacyjną" żonę, ale nie chciał dać mi ani minuty czasu, ani grama wsparcia, żebym mogła o siebie zadbać.
Rano, gdy wstał, zachowywał się, jakby nic się nie stało.
— Zrób mi jajecznicę, głowa mnie boli — mruknął, wchodząc do kuchni.
Spojrzałam na niego znad kubka kawy. Byłam już ubrana. Nie w dres. Założyłam dżinsy, które były trochę ciasne, i białą koszulę. Pomalowałam rzęsy.
— Jajka są w lodówce, patelnia w szafce — powiedziałam spokojnie.
Jurek zamarł.
— Słucham?
— Wychodzę — oznajmiłam, biorąc torebkę.
— Gdzie wychodzisz? Jest sobota. Co z dziećmi?
— Dzieci śpią. Jak się obudzą, zjedzą kaszkę. Antosiowi trzeba dać kakao. Lenka ma obiecany spacer. Wrócę po południu.
— Ale Agata, ja jestem zmęczony po wczorajszym! Nie możesz mnie tak zostawić! — W jego głosie pojawiła się panika.
Odwróciłam się w drzwiach i spojrzałam mu prosto w oczy.
— Powiedziałeś, że inni potrafią. Żona Rafała ma trójkę dzieci i firmę. Ty masz tylko dwójkę i wolny dzień. Dasz radę. A ja idę zrobić coś, żebyś nie musiał się mnie wstydzić.
Wróciłam o szesnastej
Wyszłam z domu, trzęsąc się ze strachu i adrenaliny. Nigdy wcześniej tego nie zrobiłam. Zostawiłam go samego, rzucając na głęboką wodę. Pierwsze, co zrobiłam, to poszłam do kawiarni. Zamówiłam największą latte i ciasto czekoladowe. Siedziałam tam godzinę, w ciszy, patrząc na ludzi. Nikt nie płakał, nikt niczego ode mnie nie chciał. Potem zadzwoniłam do fryzjera i cudem udało mi się wcisnąć na wizytę. Ścięłam włosy. Krótko, nowocześnie, tak jak lubiłam kiedyś, a nie „praktycznie”.
Jurek dzwonił do mnie czternaście razy. Nie odebrałam ani razu. Pisał SMS-y: „Antoś płacze”, „Gdzie są pieluchy?”, „Agata, to nie jest śmieszne”, „Przepraszam, wracaj”. Wróciłam o szesnastej. W domu panował chaos absolutny. W kuchni na podłodze leżały płatki śniadaniowe. W salonie zabawki były wszędzie. Jurek siedział na dywanie, z potarganymi włosami, w koszulce poplamionej tym razem musem owocowym. Antoś spał mu na kolanach, a Lenka oglądała bajkę, jedząc suchego tosta.
Kiedy weszłam, Jurek podniósł wzrok. Zobaczył moją nową fryzurę, moją pewność siebie i spokój. Wyglądał na przerażonego i wykończonego.
— Jezu, Agata... — westchnął z ulgą, która szybko przeszła w coś w rodzaju podziwu, a potem wstydu. — Wyglądasz... świetnie.
Podeszłam do niego, omijając kałużę wody.
— Wiem — powiedziałam chłodno. — A ty wyglądasz jak fleja, kochanie.
Widziałam, jak te słowa do niego docierają. Jak pojmuje, co czułam wczorajszej nocy.
— To był koszmar — przyznał cicho, bojąc się obudzić syna. — Antoś wył przez dwie godziny. Nie wiedziałem, co mu jest. Lenka chciała się bawić, a ja... ja myślałem, że zwariuję. Nie wiem, jak ty to robisz codziennie.
Usiadłam na fotelu naprzeciwko niego. Nie rzuciłam się, by sprzątać. Nie wzięłam od niego dziecka.
— Robię to kosztem samej siebie, Jurek. Kosztem mojego wyglądu, mojego zdrowia i mojej godności, którą wczoraj podeptałeś. Jeśli jeszcze raz usłyszę, że „siedzę w domu” albo że się „zapuściłam”, to nie wyjdę na kilka godzin. Wyjdę na stałe.
Wciąż jesteśmy razem
To nie był magiczny moment, w którym wszystko nagle stało się idealne. Następne tygodnie były trudne. Musieliśmy na nowo zdefiniować nasze obowiązki. Wymusiłam na nim, by zajmował się dziećmi w dwa popołudnia w tygodniu i w co drugą sobotę rano. Zapisałam się na siłownię — nie po to, by schudnąć dla niego, ale by wyjść z domu i wyżyć się na bieżni. Łukasz powoli uczy się, że dom to nie hotel, a dzieci to nie tylko słodkie obrazki do pokazania kolegom. Czasami wciąż widzę w jego oczach irytację, gdy proszę go o zmianę pieluchy, ale gryzie się w język. Wie, że jestem na krawędzi i że moja cierpliwość do jego egoizmu się wyczerpała.
Tamten piątek był bolesny, ale potrzebny. Zrozumiałam, że zaniedbałam siebie nie dlatego, że jestem leniwa, ale dlatego, że pozwoliłam, by potrzeby wszystkich innych były ważniejsze niż moje. I pozwoliłam mężowi uwierzyć, że tak powinno być. Teraz, kiedy wychodzę z domu w nowej sukience, a on zostaje z dziećmi, uśmiecham się do siebie. Już nie czuję się winna. Czuję się wolna. A on? On zaczyna rozumieć, że piękna żona to wypoczęta żona. I że na ten luksus musimy pracować oboje — nie pieniędzmi, ale obecnością i szacunkiem.
Wciąż jesteśmy razem, choć blizna po słowie „fleja” zostanie ze mną na długo. Ale teraz to ja trzymam lustro, w którym on musi się codziennie przeglądać. I dbam o to, by widział w nim nie tylko biznesmena, ale przede wszystkim ojca i partnera, którym dopiero uczy się być.
Agata, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Na walentynki zaplanowałam kolację przy świecach. Po tym, co zafundował mi mąż, poczułam, że tracę grunt pod nogami”
- „Mąż planował wyjazd z kolegami na Mazury, chociaż ledwo wiążemy koniec z końcem. To była przykrywka”
- „Sprzedaliśmy mieszkanie w Warszawie, by kupić dom w Beskidach. Sielanka w górach okazała się wyzwaniem ponad siły”

