Reklama

Przez lata godziłam się na rolę tej gorszej, żyjąc w blasku idealnej, najmądrzejszej i najlepszej siostry. Byłam zbyt słaba, by się przebić i dotrzeć do najbliższych. Musiałam znaleźć własną drogę. Gdy wreszcie odnalazłam tę ścieżkę i miłość, na którą czekałam, los przygotował dla mnie bolesny sprawdzian, za który była odpowiedzialna najbliższa mi osoba.

Zawsze ta druga

Są takie wspomnienia, które palą niczym żywy ogień, choć minęły od nich nawet dekady. W naszym domu rodzinnym wszyscy byli przekonani o niesamowitości mojej siostry. Kalina była ode mnie starsza o dwa i pół roku siostra. Dla najbliższych była niczym porcelanowa lalka z najdroższej wystawy – wysoka, o lśniących blond włosach i spojrzeniu, które hipnotyzowało każdego dorosłego.

Ja natomiast stanowiłam jej zupełne przeciwieństwo. Niska, chorobliwie chuda, z wiecznie splątanymi mysimi kosmykami, czułam się jak Kopciuszek z bajki, który siedział w kącie i pozwalał skupić całą uwagę arcydziele, czyli Kalinie. Ta niewidzialna bariera, ten mur, ta atmosfera pełna zachwytów nad nią i pobłażliwych spojrzeń na mnie, miała na mnie wpływ każdego dnia mojego dzieciństwa i lat nastoletnich.

Jest takie powiedzenie: spróbuj przejść się w moich butach. Moje życie przypominało noszenie butów o dwa numery za dużych – niby należały do mnie własne, a jednak nigdy mi nie pasowały. W mojej szafie rzadko gościło coś, co pachniało nowością ze sklepu. Większość moich ubrań to były spadki po Kalinie, jakieś wyblakłe sukienki i porozciągane swetry, które bardziej przypominały worek pokutny.

Rodzice, oboje piastujący kierownicze stanowiska w korporacjach, nie mogli narzekać na brak gotówki. Stać ich było na własne przyjemności i przyjemności Kaliny. Najwyraźniej uznawali, że inwestowanie w moją garderobę to zbędny wydatek. Kalina za to zawsze lśniła. Najnowsze modele butów, markowe dżinsy – ona była wizytówką rodziny, ja przemykałam gdzieś z tyłu i miałam nie przeszkadzać.

Nie rozumiałam tej sytuacji

Nawet wspólne prezenty pod choinkę były tylko dla niej. Miałyśmy się nimi dzielić, a w rzeczywistości wszystkie należały do niej. Podczas podwórkowych zabaw hierarchia była ustalona raz na zawsze. Kalina przywdziewała niewidzialną koronę i zostawała królową, ja zaś – w zależności od jej kaprysu – byłam posługaczką, więźniem lub niemym zwierzęciem w jej królestwie. Czułam się jak satelita krążący wokół słońca, które w każdej chwili mogło mnie spalić na popiół swoim chłodnym blaskiem.

Słyszałam od matki, że powinnam być wdzięczna za to, że popularne koleżanki Kaliny w ogóle pozwalają mi przebywać w swoim towarzystwie. Więc służyłam, sprzątałam i milczałam, akceptując rolę człowieka drugiego sortu, bo w naszej okolicy i tak nie było nikogo w moim wieku, kto mógłby zostać moim prawdziwym sprzymierzeńcem.

Kalina była kopalnią talentów i umiejętności wszelakich. Śpiewała tak, że sąsiedzi przystawali pod oknami, tańczyła z lekkością motyla i chłonęła wiedzę jak gąbka. Ja, choć starałam się nie zawodzić w szkole, zawsze odbijałam się od ściany. Podczas wywiadówek nauczyciele, patrzyli znudzeni na moją mamę, wypowiadając ciągle te same, raniące słowa: „Natalia jest poprawnym uczniem, uczy się dość dobrze, nie ma z nią problemów. Ale brakuje jej tej iskry, którą ma Kalina”. To wystarczyło, by mój zapał gasł szybciej niż świeca na wietrze. Skoro i tak byłam tylko poprawna, po co miałam się starać?

Logika moich rodziców była prosta: inwestujemy w to, co rokuje. Kalina miała więc prywatne lekcje języków, warsztaty wokalne i elitarną szkołę tańca. Ja miałam wolny czas, którego nikt nie chciał zagospodarować. Moja siostra przeszła przez edukację jak burza, kończąc wymarzoną przez ojca medycynę z wyróżnieniem. Stała się dumą rodziny, godną posiadaczką nazwiska, lekarzem, o którym mówiło się przy każdym rodzinnym obiedzie. Ja w tym czasie cicho planowałam swoją wielką ucieczkę, marząc o dniu, w którym przestanę być tylko tą gorszą i niepotrzebną siostrą.

Pierwszy oddech wolności

Ambicje Kaliny i rodziców sprawiały, że poprzeczka dla jej potencjalnych partnerów wisiała na wysokości Mount Everestu. Każdy kandydat był prześwietlany pod kątem stanu konta, drzewa genealogicznego i perspektyw zawodowych. W moim przypadku panowała błoga cisza. Nikt nie zawracał sobie głowy moimi sympatiami, bo i ja sama rzadko wychodziłam do ludzi. Brak pewności siebie sprawiał, że szkolne dyskoteki kojarzyły mi się z torturą, na którą nie miałam ochoty się wystawiać.

Przełom nastąpił po maturze. Wybór studiów był dla mnie aktem desperackiej odwagi – wybrałam stomatologię na uczelni oddalonej o setki kilometrów od domu. Chciałam zniknąć, zatrzeć ślady i zacząć żyć bez cienia Kaliny ciągnącego się za mną na każdym kroku. Początki w nowym mieście były przerażające. Brakowało mi kogoś, kto mówiłby mi, co mam myśleć i robić. Ale z każdym miesiącem, z każdym zaliczonym kolokwium, czułam, że moja skóra robi się twardsza, a ja coraz bardziej odważniejsza. Poznałam ludzi, którzy nie wiedzieli o istnieniu mojej idealnej siostry. Dla nich byłam po prostu Natalią – ambitną, przyszłą dentystką z ironicznym poczuciem humoru.

Gdy na mojej drodze stanął Konrad, byłam przekonana, że to jakaś kosmiczna pomyłka. Był mężczyzną, za którym oglądały się kobiety na ulicy – pewny siebie, z ciepłym spojrzeniem i uśmiechem, który potrafił rozbroić i momentalnie zmienić nastrój na lepszy. Poznaliśmy się w klinice, w której zaczęłam staż.

Długo broniłam się przed tym uczuciem, wyciągając na wierzch wszystkie kompleksy i wmawiając sobie, że jestem dla niego nieodpowiednia. Nie potrafiłam pojąć, dlaczego ktoś taki jak on, mógłby pokochać kogoś tak zwyczajnego jak ja. Konrad wykazał się jednak anielską cierpliwością, powoli krusząc mój pancerz. W końcu ta zbroja się rozpadła.

Dzień, w którym wyciągnął pudełeczko z brylantem, zapisał się w mojej pamięci jako moment całkowitego niedowierzania. Serce biło mi jak oszalałe, a w głowie huczała tylko jedna myśl: „Czy to się dzieje naprawdę?”. Zgodziłam się, choć gdzieś na dnie duszy wciąż czaił się lęk, że to tylko piękny sen, z którego zaraz się obudzę. Postanowiłam, że czas poinformować o tym rodziców.

Zarzuciła na niego przynętę

Telefon do matki nie przyniósł oczekiwanej euforii. W słuchawce zapadła ciężka cisza, którą odczytałam jednoznacznie – złamałam niepisany protokół i wszelkie zasady mojej rodziny. To Kalina, jako ta wspanialsza, powinna pierwsza stanąć na ślubnym kobiercu, tymczasem ona wciąż dryfowała między kolejnymi, nieudanymi romansami, skupiając się na karierze naukowej. Mimo chłodu w głosie matki, ustaliliśmy termin wizyty. Chciałam przedstawić im Konrada, pokazać im, że ja też jestem czegoś warta.

Wizyta w rodzinnym mieście była niczym podróż w czasie do miejsca. Kalina wciąż zajmowała nasz wspólny niegdyś pokój, który teraz był jej twierdzą wypełnioną podręcznikami do chirurgii. Podczas kolacji atmosfera była tak gęsta, że można by ją kroić nożem. Rodzice niby byli uprzejmi, ale ich spojrzenia wciąż uciekały w stronę Kaliny. A ona? Ona kwitła. Czuła na sobie wzrok Konrada, który – co zauważyłam z bólem – wydawał się zafascynowany jej elokwencją i urodą. Starałam się tłumić zazdrość, tłumacząc sobie, że to normalne, że inteligentni ludzie znajdują wspólny język.

Z powodu późnej pory, zdecydowaliśmy się zostać u nich na noc. Logistyka noclegu była upokarzająca – Konrad dostał łóżko w pokoju Kaliny, ona przeniosła się na sofę w salonie, a ja... ja wylądowałam na materacu w jadalni. Ta noc była niespokojna. Każde skrzypnięcie podłogi wydawało mi się ostrzeżeniem, którego nie potrafiłam zinterpretować. Prawdę poznałam dopiero miesiąc przed planowanym ślubem, gdy nasze życie wydawało się już niemal idealnie poukładane.

Obydwoje mnie zdradzili

Konrad, nie mogąc znieść ciężaru winy, wyznał mi wszystko ze łzami w oczach. Tamtej nocy, w mroku rodzinnego domu, Kalina weszła do jego pokoju. Twierdził, że w pierwszej chwili myślał, że to ja. Że po omacku, w półśnie, uległ jej dotykowi. Chciało mi się wymiotować. Moja własna krew, moja siostra, wykorzystała naszą wizytę, by odebrać mi jedyną rzecz, która należała tylko do mnie.

Nie wierzyłam w jego tłumaczenia o pomyłce. Znał mnie, znał mój zapach, mój sposób poruszania się. To była zdrada w najczystszej, najbardziej obrzydliwej postaci. Zerwałam zaręczyny, ignorując błagania Konrada. Przez rok byłam wrakiem człowieka, próbując po raz kolejny zrozumieć swoją wartość, która po raz kolejny została rozdeptana przez Kalinę.

Pisałam do niej listy, których nigdy nie wysłałam. Wylewałam w nich cały swój żal, każdą kroplę nienawiści, która powoli zatruwała moje serce. Ona nigdy nie zadzwoniła. Nigdy nie padło słowo „przepraszam”. Zamiast tego dowiedziałam się, że wdała się w głośny skandal w szpitalu, romansując z żonatym ordynatorem. Jej idealny wizerunek runął jak domek z kart, ale to nie przyniosło mi ulgi.

Dzisiaj znów widuję się z Konradem. Próbujemy rozmawiać, próbujemy zrozumieć, czy z tych odłamków da się jeszcze zbudować coś trwałego. Nie ma mowy o wielkich planach, o białej sukni czy przysięgach. Uczę się wybaczać, ale nie zapominam. Paradoksalnie ta sytuacje mnie wzmocniła. Byłam na dnie i się z niego podniosłam. Uwierzyłam, że jestem silna i stać mnie na wiele. Zastanawiam się tylko, czy moje serce będzie potrafiło zaufać i pokochać z całej siły...

Natalia, 29 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama