Reklama

Wróciłam od lekarza w optymistycznym nastroju. Moje wyniki badań były w normie, cytologia też w porządku. Cieszyłam się, że wreszcie się za to wzięłam.

Ledwie jednak przyszłam do domu, humor mi się zepsuł. Mój mąż właśnie stał przy lodówce i wyjmował po kolei, co mu wpadło w ręce: pęto kiełbasy, ciasto z wczoraj, kawałek smażonej ryby, mandarynkę…

– Henryk! – skarciłam go od progu. – Jak jesteś głodny, to sobie weź zupę kalafiorową. Stoi na kuchni. Albo sałatę może.

– Sałatę! – prychnął. – A co ja? Krowa? Nie będę trawy jadł! A do zupy nawet mięsa nie dałaś, to jak mam jeść?

I zaniósł wszystko, co wyciągnął, do pokoju, gdzie położył się na kanapie i wrócił do oglądania telewizji.
Wzięłam z parapetu jabłko i poszłam usiąść obok niego. Usiąść, bo położyć się od dawna nie miałam szans. Heniek przekroczył sto trzydzieści kilo jakiś rok wcześniej, od tego czasu nawet się nie ważył, ale byłam pewna, że jeszcze przytył. Robił się coraz szerszy i coraz bardziej ociężały. Narzekał, że męczy go wchodzenie po schodach, a mieszkaliśmy na parterze. Tych schodów było dokładnie osiem!

– Zrobiłam badania – powiedziałam, siadając na brzeżku wersalki.

– Tak? I co? – mruknął bez zainteresowania, gapiąc się w telewizor.

– Wszystko w porządku, nawet cholesterol mam w normie – pochwaliłam się.

– Słuchaj, a może i ty byś zrobił? Mówiłeś ostatnio, że cię zadyszka łapie bez powodu i że cię kolana bolą. To jest za darmo, tylko trzeba się zapisać do lekarza. Zapisać cię?

Spojrzał na mnie, jakbym mu proponowała nie pobranie krwi, tylko obcięcie jąder bez znieczulenia. A potem prychnął, że on się czuje dobrze, kolana to go bolą, jak się pogoda zmienia, a zadyszkę miał, bo mu kazałam przynieść ze sklepu mleko. Nie skomentowałam, że tego mleka były raptem dwa litry, a po wejściu do domu dyszał, jakby przebiegł maraton.

Potem wróciłam do tematu badań jeszcze kilka razy, ale zawsze na mnie fukał.

Przecież on waży o wiele za dużo!

Kiedy byłam u mamy, akurat spotkałam tam Andżelikę, moją bratową. Też rozmawiały o lekarzach i diecie. Od razu poskarżyłam się na Heńka.

– Jemu by się dieta przydała, ale nie chce o tym słyszeć – pożaliłam się. – A ja się zwyczajnie o niego boję. Ma sześćdziesiąt lat, waży pewnie ze sto czterdzieści kilo i w ogóle się nie ogranicza z jedzeniem. Na pewno ma wysoki cholesterol i nie wiadomo, co jeszcze.

Mama trochę się zmartwiła, ale Andżelika niemal wyśmiała moją troskę. Rzuciła, że Leszek, mój brat, też sobie nie żałuje, a ona bardzo lubi mu dogadzać. Wyłożyła mi swoją teorię, że jak kobieta chce męża w domu zatrzymać, to musi go przede wszystkim dobrze karmić. Chciałam rzucić jakąś ripostą, ale nieoczekiwanie mama ją poparła, twierdząc, że to święta prawda, bo jakaś jej znajoma zmusiła męża do odchudzania i skończyło się to tak, że odszedł od niej do innej.

– Takiej, co mu gotowała to, co chciał – zakończyła opowieść mama. – Więc ty go lepiej zostaw. Dorosły jest, nie? To niech sam decyduje, co je, bo inaczej ty będziesz ta zła.

Nie kłóciłam się z nimi, bo mama i tak zawsze stawała po stronie Andżeliki. Ona i mój brat uchodzili za świetną parę i mama powtarzała to przy każdej okazji. Fakt – nigdy się publicznie nie kłócili, bratowa nigdy w życiu też nie narzekała na męża.

Może dlatego wszystkim się wydawało, że są takim idealnym małżeństwem, a ja mojemu Heńkowi wiecznie ciosam kołki na głowie. Moim zdaniem było tak, że mi na mężu zależało, a bratowa i Leszek zwyczajnie żyli każde oddzielnym życiem. On całymi dniami siedział w swoim zakładzie optycznym, a ona sprzedawała kosmetyki w salonach. W duchu uważałam, że po prostu spędzają ze sobą za mało czasu, żeby się kłócić.

Mąż zupełnie mnie nie słuchał

Niestety, Henryk także należał do osób zapatrzonych w to „idealne małżeństwo”. Często wypominał mi, że nie robię czegoś jak Andżelika, nie dbam o siebie jak ona albo że szwagier mógł jechać do kasyna z kolegami, a ja go nie puściłam. Pewnie złościłabym się o to dużo bardziej, gdyby nie to, że cieszyła mnie zażyłość między moim bratem i mężem. Panowie byli typowymi szwagrami z dowcipów, którzy lubili razem pogrillować, wypić piwko albo pooglądać mecz, narzekając przy tym na rząd, młodzież i kobiety.

Kiedy wróciłam od mamy, Heniek akurat rozmawiał z Leszkiem przez telefon. Brat już się dowiedział od żony, że martwię się tuszą męża, i obaj śmiali się, że chcę zmusić Heńka do jedzenia jakiegoś jarmużu i sucharów.

– Jasne, że wpadnę! – zakończył rozmowę Henio. – Kiedy? A, dobra! Kupię po drodze kubełek udek z kurczaka i jakieś piwko. No, do zobaczyska!

– Kurczaka?! – już na niego czekałam w kuchni, trzymając się pod boki. – Wiesz, co znaczy dla ciebie smażony kurczak? To znaczy kolejne dziesięć kilo za pół roku!

Mąż machnął na mnie ręką i wpakował sobie do ust zimnego kotleta z patelni.

Postanowiłam więc się zbuntować. Uznałam, że skoro ja w tym domu gotuję i robię zakupy, to będziemy jedli po mojemu. Nie interesowała mnie opinia Andżeliki, że dobra żona musi karmić męża – najlepiej słodko i tłusto.

Trudno, poddaję się

W poniedziałek zrobiłam zakupy na cały tydzień: świeże warzywa, chude mięso, ryby, ciemny chleb.
Problemy zaczęły się już od wtorku.

– Coś ty mi dała do roboty? – zapytał mąż po powrocie z pracy. – Tego się zjeść nie dało!

Tym czymś była kanapka na żytnim chlebie z polędwicą z indyka i sałatą. Okazało się, że Heniek ją oddał koledze, a sam w przerwie poszedł na hamburgera z podwójnym boczkiem. Przyznam, że się zdenerwowałam.

– Przez cały dzień siedzisz! – krzyknęłam na niego. – Nie potrzebujesz tak tłustego jedzenia!

– Ale lubię! – odparował. – A wiesz, kto robi najlepsze kanapki z boczkiem? Andżelika! Wiem, bo wpadłem wczoraj do Leszka. Czemu, do cholery, nie możesz mi odpuścić? Co ja ci zrobiłem, kobieto?!

No tak, oczywiście. Zajezdnia Heńka była niedaleko zakładu optycznego Leszka i po ostatnim kursie mój małżonek czasami odwiedzał szwagra. Doskonale wiedziałam, co go tam tak ciągnie. Andżelika codziennie dawała Leszkowi do pracy kilka pudełek z jedzeniem, w tym domowe ciasta, których fanem był mój mąż.

Zdenerwowałam się i wytknęłam mu, że Leszek też jest gruby, więc dobrali się jak w korcu maku. On odparował, że naczytałam się o jakichś dietach i próbuję teraz je na nim testować. To było absurdalne, bo nawet nie próbowałam go namawiać na dietę, ja po prostu chciałam ograniczyć tłuste potrawy i słodycze dla jego zdrowia.

Po tej kłótni zrozumiałam, że odchudzenie męża nie będzie takie proste. Musiałam być bardziej pomysłowa. Kupiłam więc sobie książeczkę z przepisami na potrawy dietetyczne i zaczęłam eksperymentować z tymi, które wydawały mi się najsmaczniejsze. Piekłam więc mięso, zamiast je smażyć, zamieniłam śmietanę do zupy na jogurt, polewałam sałatę wymyślnymi sosami, ale Heniek i tak narzekał. Słyszałam, jak rozmawiał z Leszkiem i skarżył mu się, że go katuję jakimiś paskudnymi wynalazkami kulinarnymi.

Oczywiście mój braciszek wylewnie zapraszał go wtedy na mecz i mój mąż znikał na cały wieczór, szczęśliwy, że wreszcie ktoś mu poda żeberka i sernik z czekoladą.

Ten sernik to było ulubione ciasto mojego brata. Jedliśmy je przy każdej wizycie u Leszka i Andżeliki. Podczas jego ostatnich imienin zauważyłam, że brat wziął cztery dokładki. Spojrzałam na jego profil i dotarło do mnie, że jest już mocno otyły. Zawsze był z niego kawał chłopa, jak mówiła mama, ale teraz był tak wielki, że ledwie mieścił się między stołem a ścianą. Zupełnie jak Heniek.

Powiedziałam to Andżelice, ale nie widziała problemu. Z uśmiechem kochającej żony podsuwała mężowi kolejne porcje i dokładki, a on nagradzał ją rozanielonym spojrzeniem. Cóż, na pewno gdyby przestała mu piec i gotować, nie adorowałby jej tak – pomyślałam zgryźliwie.

O Boże, gdyby go nie znalazł…

Kilka dni później poddałam się z odchudzaniem męża. To nie miało sensu, skoro on i tak kupował sobie jedzenie i słodycze na mieście albo dożywiał się u bratowej. Człowiek musi sam walczyć z pokusami, nikt tego nie zrobi za niego. Ja mogłam decydować tylko za siebie. Dlatego dbałam o to, by zdrowo jeść i się ruszać.

Właśnie wychodziłam z basenu, kiedy zadzwonił do mnie Heniek.

– Agata! – dyszał w słuchawkę, jakby gonił po schodach. – Leszek… On… pogotowie… wezwałem…

Okazało się, że poszedł do szwagra, kiedy tylko wysiadł z autobusu po ostatnim kursie, i zastał zakład otwarty, ale nikogo tam nie było. Coś go jednak tknęło i zajrzał na zaplecze. Leszek leżał na podłodze nieprzytomny…

Mój brat przeszedł rozległy zawał serca. Nie było wiadomo, czy z tego wyjdzie. Podczas gdy on leżał na stole na operacji wszczepienia bajpasów, my pocieszaliśmy przerażoną Andżelikę.

– Miałaś rację – powtarzała pobladłymi i drżącymi ustami. – Lekarz powiedział, że to przez jego nadwagę… I brak ruchu… i nadciśnienie…

Heniek słuchał tego i widziałam, że dotarła do niego groza sytuacji. Żarty się skończyły: nie wiadomo było, czy mój brat dożyje do rana…

Na szczęście Leszek przeżył, chociaż jego stan po operacji był ciężki. Źle zniósł narkozę, a rana po cięciu nie goiła się jak należy. Okazało się, że było to konsekwencją cukrzycy.

Kiedy już wrócił do domu, wszyscy wiedzieliśmy, że nie oznacza to powrotu do dawnego życia. Brat dostał bardzo konkretne wskazania od lekarzy – miał przejść na restrykcyjną dietę redukcyjną. Postawiono mu za cel zrzucenie czterdziestu kilogramów. Tylko wtedy mógł liczyć na to, że uniknie drugiego zawału. Jego mógłby już nie przeżyć.

Było mi strasznie żal Andżeliki. Widziałam, że czuła się winna. Naprawdę kochała męża i sądziła, że tylko kiedy będzie uszczęśliwiać go jedzeniem, zasłuży na miano dobrej żony. A teraz wpadła w panikę, bo mogła stracić męża.

– Słuchaj, musimy zrobić to razem, co ty na to? – spytała, kiedy odwiedziliśmy brata w domu. – Będziemy razem robić zakupy, wymieniać się przepisami. Musimy ich odchudzić! Wchodzisz w to? Powiedz, że tak!

Oczywiście, że w to weszłam. Miałam już kilka książek z przepisami na dietetyczne dania i wiedziałam, gdzie można kupić dobre produkty. Cieszyłam się, że Andżelika jest teraz moim sprzymierzeńcem.

O dziwo, Heniek dostosował się do nowego trybu życia bez oporów. Widziałam, że i nim wstrząsnęło to, co spotkało Leszka. Długo przeżywał moment, w którym go znalazł.

– Gdybym wtedy do niego nie zajrzał… – nie odważył się dokończyć, ale to było jasne. Gdyby nie znalazł Leszka, nie miałabym już brata.

Trudno jest zmienić nawyki

Mąż poszedł też na badania, chociaż bał się ich jak diabeł święconej wody. Okazało się, że ma za wysoki cholesterol, podwyższony poziom cukru i wątrobę w kiepskim stanie. Lekarz bezwzględnie zalecił mu restrykcyjną dietę i zrzucenie przynajmniej trzydziestu kilogramów.

Kiedy Leszek mógł już sobie pozwolić na umiarkowany wysiłek, panowie zaczęli umawiać się na spacery, a potem na rowery. Udało mi się też kilka razy zaciągnąć ich na basen. Andżelika znalazła nam grupę chodzącą po lesie z kijkami i zapisała całą naszą czwórkę.

Po roku zawody w odchudzaniu wygrywa Leszek. Schudł dwadzieścia sześć kilogramów, a mój mąż na razie dwadzieścia jeden. Nie darmo nazywam to „zawodami”, bo chłopaki gadają teraz głównie o tym, ile komu ubyło i ile kilometrów „wykręcił” na rowerku stacjonarnym. Kiedy spotykają się na oglądanie meczu, Andżelika albo ja podsuwamy im dietetyczne sucharki i marchewkę.

Jasne, czasami marudzą, jestem też pewna, że Heniek kilka razy w tajemnicy przede mną zjadł coś niezdrowego na mieście. Ale nie wypominam mu tego. Wiem, jak trudno mu było zmienić nawyki. I może to zabrzmi strasznie, ale cieszę się, że mój brat przeszedł zawał. Gdyby nie to, dzisiaj mogłabym już nie mieć męża albo brata. Dobrze, że w porę obaj się otrząsnęli!

Czytaj także:
„Szwagier wciąż mnie wyśmiewał, a gdy wpadłem w kłopoty, odmówił pomocy. Po latach dostałem szansę, by się odegrać”
„Mój mąż zazdrościł szwagrowi beztroskiego życia bez dzieci. Było mi przykro, że nie docenia tego, że ma szczęśliwą rodzinę”
„Działałam jak lep na nieudaczników, którzy bawili się moim kosztem. Dopiero, gdy jeden wrobił mnie w dziecko, otrzeźwiałam"

Reklama
Reklama
Reklama