Reklama

Zawsze wydawało mi się, że życie to gra strategiczna, w której najpierw trzeba zebrać surowce, zbudować twierdzę, a dopiero potem zaprosić do niej księżniczkę. Byłem przekonany, że miłość jest cierpliwa, że poczeka na moment, w którym będę mógł zaoferować jej wszystko: stabilizację, luksus, bezpieczeństwo. Nie zauważyłem jednak, w którym momencie gra się skończyła, a ja zostałem na planszy sam, z pełnym skarbcem i pustym sercem. To miał być mój rok, mój triumf. Zamiast tego stał się moją największą życiową lekcją pokory.

Nie była zła

Pamiętam ten dzień, kiedy po raz pierwszy odrzuciłem jej propozycję wyjazdu na weekend. Ewelina siedziała na brzegu mojego biurka, machając nogami w tych swoich znoszonych trampkach, które tak bardzo kontrastowały z moim nowym, biurowym dress code'em. Była wiosna, za oknem kwitły bzy, a ja widziałem tylko słupki w Excelu.

— Olaf, to tylko dwa dni — prosiła, patrząc na mnie tymi swoimi wielkimi, brązowymi oczami, w których zawsze widziałem odbicie lepszej wersji siebie. — Mazury, cisza, my. Odpoczniesz.

Westchnąłem ciężko, nie odrywając wzroku od monitora. Czułem na sobie presję. Dopiero co dostałem się do działu analiz w dużej korporacji finansowej. Byłem najmłodszy w zespole, musiałem udowodnić swoją wartość. Każda godzina spędzona poza biurem wydawała mi się stratą, krokiem w tył w wyścigu, w którym nawet nie wiedziałem, co jest główną nagrodą.

— Nie mogę, Ewelina. Wiesz, że walczę o ten projekt z logistyką. Jeśli to dopnę, szef obiecał mi podwyżkę. Wtedy pojedziemy gdzieś dalej. Może do Włoch? — rzuciłem, sądząc, że obietnica drogich wakacji zrekompensuje brak czasu teraz.

Ewelina zsunęła się z biurka. Nie była zła. To byłoby łatwiejsze. Była po prostu zrezygnowana.

— Zawsze jest jakieś „później”, Olaf. A życie dzieje się teraz.

Wyszła, a ja poczułem ulgę, że mogę wrócić do pracy. Wtedy myślałem, że jestem odpowiedzialny. Że buduję naszą przyszłość. Nie rozumiałem, że fundamenty, które wylewam, są z betonu, a nie z uczuć.

Czułem się jak wojownik

Przez kolejne trzy lata moja kariera nabrała tempa, o jakim marzyłem na studiach. Awansowałem szybciej niż ktokolwiek z mojego rocznika. Stałem się ekspertem od sytuacji kryzysowych, człowiekiem, do którego dzwoni się o dwudziestej drugiej w piątek, bo wiadomo, że odbierze. Ewelina wciąż była w moim życiu, ale nasza relacja przypominała bardziej orbitowanie wokół siebie niż bycie razem. Spotykaliśmy się na szybkich kolacjach, podczas których ja sprawdzałem maile pod stołem, a ona opowiadała o swojej pracy w fundacji, o ludziach, których poznała, o książkach, które przeczytała. Słuchałem jej jednym uchem, w myślach analizując ryzyko inwestycyjne dla klienta z sektora energetycznego.

Mieliśmy taką niepisaną umowę, a przynajmniej tak mi się wydawało: ja zarabiam pieniądze, buduję pozycję, a ona czeka, aż będę „gotowy”. Gotowy na ślub, na dom, na dzieci.

— Jeszcze tylko ten kwartał — powtarzałem jak mantrę, gdy pytała, czy pójdziemy na ślub jej kuzynki. — Muszę zamknąć rok z rekordowym wynikiem. Rozumiesz to, prawda? Robię to dla nas.

— Rozumiem — odpowiadała cicho. Przestała się kłócić. Przestała prosić o weekendy.

Uznałem to za znakomity sygnał. Myślałem, że w końcu dojrzała, że zrozumiała, jak działa dorosłe życie. Że docenia moje poświęcenie. Byłem dumny z jej „rozsądku”. Nie zauważyłem, że cisza nie oznacza zgody. Cisza oznaczała oddalanie się. Wątek poboczny w mojej pracy również nabrał rumieńców. Rywalizowałem o stanowisko dyrektora regionalnego z Krzysztofem, facetem starszym ode mnie o dekadę, który miał wszystko: doświadczenie, kontakty i niesamowitą charyzmę. Ale nie miał mojego czasu.

On musiał wracać do żony i dwójki dzieci. Ja mogłem siedzieć w biurze do północy. To była moja przewaga. Czułem się jak wojownik, który poświęca wszystko dla ostatecznego zwycięstwa. I byłem pewien, że Ewelina będzie tą, która włoży mi wieniec laurowy na głowę.

Nie patrzyłem na ceny

Przełom nastąpił w listopadzie. Szaruga za oknem, deszcz bębniący o szyby biurowca na trzydziestym piętrze, a w sali konferencyjnej gorąca atmosfera. Prezentacja, nad którą pracowałem cztery miesiące. Moje „opus magnum”. Kiedy skończyłem mówić, zapadła cisza, a potem prezes zaczął klaskać. Wygrałem. Pokonałem Krzysztofa. Dostałem stanowisko, o którym marzyłem, pensję, która pozwalała mi kupić mieszkanie za gotówkę, i służbowy samochód, który kosztował więcej niż dom moich rodziców.

Wychodząc z gabinetu prezesa, czułem euforię pomieszaną z adrenaliną. Miałem trzydzieści dwa lata i byłem na szczycie. Pierwszą rzeczą, o której pomyślałem, nie było to, na co wydam pierwszą pensję. Pomyślałem o Ewelinie.

„To jest ten moment” — powiedziałem do siebie, jadąc windą w dół. Koniec z nadgodzinami, koniec z wiecznym odkładaniem życia na później. Teraz mogę jej dać wszystko. Teraz mogę być tym partnerem, na jakiego czekała. Wstąpiłem do jubilera. Nie patrzyłem na ceny. Wybrałem pierścionek z brylantem, który błyszczał tak mocno, że aż bolały oczy. Byłem pewien, że jej się spodoba. Był idealny, tak jak mój plan.

Zadzwoniłem do niej, ale nie odebrała. „Pewnie jest zajęta w fundacji” — pomyślałem. Wysłałem SMS-a: „Musimy się spotkać. Dzisiaj. Mam niespodziankę. Bądź w domu o 20:00”. Odpisała krótko: „Będę”. Czułem się jak bohater filmu romantycznego, który w ostatniej scenie biegnie na lotnisko. Tylko że ja nie biegłem. Ja jechałem moją nową limuzyną, z butelką szampana na siedzeniu pasażera i pudełkiem z aksamitu w kieszeni marynarki.

To były łzy litości

Jej mieszkanie w kamienicy na Mokotowie zawsze pachniało cynamonem i starymi książkami. Tym razem było inaczej. W powietrzu unosił się zapach pakowania: kurzu, taśmy klejącej i kartonu.
Kiedy otworzyła drzwi, uśmiechała się, ale to nie był ten uśmiech, który znałem. Nie było w nim tego ciepła, tej iskierki, która zawsze tam dla mnie była. Była spokojna. Zbyt spokojna.

Wszedłem z impetem, stawiając szampana na stole, który był... pusty. Właściwie całe mieszkanie wyglądało inaczej. Regały były ogołocone z książek, na podłodze stały pudła.

— Przeprowadzasz się? — zapytałem, czując pierwsze ukłucie niepokoju. — To świetnie się składa! Ewelina, dostałem ten awans! Jestem dyrektorem. Możemy kupić ten apartament na Powiślu, o którym kiedyś mówiliśmy. Pamiętasz? Ten z widokiem na Wisłę — mówiłem szybko, nakręcony własnym sukcesem, wyciągając pudełeczko z kieszeni. Chciałem uklęknąć, chciałem zrobić to teatralnie, tak jak sobie zaplanowałem.

— Olaf, stój. — Jej głos był cichy, ale stanowczy.

Podziałał na mnie jak hamulec ręczny zaciągnięty przy pełnej prędkości. Zatrzymałem się w pół ruchu. Spojrzałem na nią. Stała przy oknie, ubrana w sweter, który kiedyś jej kupiłem. Wyglądała pięknie, ale też niesamowicie obco.

— Co się dzieje? Przecież to dobra wiadomość. Wszystko, o co walczyłem... mamy to. Wygraliśmy. — Próbowałem zrozumieć, co poszło nie tak.

Ewelina pokręciła głową, a w jej oczach pojawiły się łzy. Ale to nie były łzy wzruszenia. To były łzy litości.

— Ty wygrałeś, Olaf. Ty. Ja przestałam grać w twoją grę już dawno temu.

— O czym ty mówisz? — Poczułem, jak krew odpływa mi z twarzy.

— Czekałam. Naprawdę długo czekałam — zaczęła, podchodząc do jednego z kartonów i zaklejając go sprawnym ruchem. — Czekałam, aż zauważysz, że ja nie potrzebuję apartamentu na Powiślu. Potrzebowałam ciebie w te wtorkowe wieczory, kiedy było mi źle. Potrzebowałam cię na weselu kuzynki, gdzie wszyscy pytali, gdzie jest ten mityczny Olaf. Potrzebowałam ciebie, kiedy mój pies zachorował, a ty wysłałeś mi przelew na weterynarza, zamiast przyjechać i potrzymać mnie za rękę.

— Ale robiłem to dla naszej przyszłości! — broniłem się, choć argumenty brzmiały nagle pusto w echu odbijającym się od gołych ścian.

— Nie, Olaf. Robiłeś to dla swojej wizji przyszłości. W której ja byłam tylko elementem dekoracyjnym, nagrodą do odebrania na mecie. A ja jestem człowiekiem. Mam swoje życie, które uciekało mi przez palce, gdy czekałam na twój wolny termin w kalendarzu.

To było jak uderzenie obuchem

Wtedy usłyszałem szczęk klucza w zamku. Zamarłem. Drzwi otworzyły się i do środka wszedł mężczyzna. Nie wyglądał jak dyrektor. Miał na sobie zwykłą kurtkę, na ramieniu torbę sportową, a w ręku dwa kubki z kawą na wynos.

— Ewka, wziąłem ci to latte z sojowym, tak jak lu... — Urwał, widząc mnie stojącego na środku pokoju z szampanem i pudełkiem z pierścionkiem.

Spojrzałem na niego, potem na nią.

— Olaf, to jest Michał — powiedziała Ewelina, podchodząc do niego. Nie, nie podeszła. Ona do niego przylgnęła. W sposób naturalny, instynktowny, jakby robili to od lat. Michał położył jej rękę na plecach w ochronnym geście. Nie było w tym agresji, tylko pewność. Pewność, że ona należy do jego świata.

— My... wyjeżdżamy — powiedziała, patrząc mi prosto w oczy. — Michał dostał propozycję prowadzenia projektu w Gdańsku. Ja też tam znalazłam pracę. Zaczynamy od nowa.

— Od kiedy? — wykrztusiłem tylko.

— Jesteśmy razem od pół roku — odparła cicho. — Próbowałam ci powiedzieć. Dzwoniłam. Chciałam się spotkać, żeby to zakończyć twarzą w twarz. Ale ty nigdy nie miałeś czasu. „Jeszcze ten projekt”, „jeszcze ten raport”. Więc przestałam próbować. Uznałam, że i tak nie zauważysz różnicy, dopóki nie skończysz swojego wyścigu. I miałam rację.

To było jak uderzenie obuchem. Była z kimś innym od sześciu miesięcy. Sześć miesięcy, podczas których ja żyłem w iluzji, że ona czeka w zawieszeniu, jak postać w grze komputerowej, którą można zapauzować. A ona żyła. Kochała. Budowała więź z kimś, kto miał dla niej czas. Z kimś, kto wiedział, jaką kawę pije. Ja nawet nie wiedziałem, że przestała pić krowie mleko.

— Michał... — zacząłem, ale nie wiedziałem, co powiedzieć. — Czy on wie, kim ja jestem?

Mężczyzna spojrzał na mnie bez wrogości — raczej z pewnym rodzajem smutnego zrozumienia.

— Wiem. Ewka dużo o tobie mówiła. Że jesteś ambitny. Że zajdziesz daleko.

Nie dodał: „ale jesteś głupcem”. Nie musiał. Jego obecność krzyczała to głośniej niż jakiekolwiek słowa. On był tam, w zwykły wtorek, z kawą i pomocą przy pakowaniu. Ja byłem z brylantem i szampanem, ale spóźniony o lata świetlne.

Nie było nikogo

Wyszedłem stamtąd bez słowa pożegnania. Co mogłem powiedzieć? Przepraszam? Zostań? Każde słowo byłoby teraz żałosne. Wsiadłem do samochodu. Rzuciłem pudełko z pierścionkiem do schowka, gdzie uderzyło o plastik z głuchym stukotem. Butelkę szampana otworzyłem jeszcze na parkingu. Korek wystrzelił i uderzył w podsufitkę. Pociągnąłem długi łyk prosto z gwinta. Smakował cierpko, chociaż kosztował fortunę.

Wróciłem do swojego nowego biura. Ochroniarz na dole pogratulował mi awansu. Wjechałem na trzydzieste piętro. Gabinet był przestronny, pachniał nowością i skórą. Usiadłem w fotelu prezesa, o którym marzyłem przez ostatnie pięć lat. Za oknem rozpościerała się panorama Warszawy. Tysiące świateł, tysiące ludzi, tysiące historii. Miałem wszystko, co obiecano mi w prospektach sukcesu. Pieniądze, władzę, prestiż. Byłem kimś. A jednocześnie byłem nikim.

Wyjąłem telefon. Lista kontaktów była długa. Prezesi, dyrektorzy, klienci, headhunterzy. Przewijałem nazwiska. Nie było tam nikogo, do kogo mógłbym zadzwonić i powiedzieć: „Jest mi smutno”. Nie było nikogo, kto przyjechałby do mnie teraz nie po to, by załatwić interes, ale po to, by po prostu pobyć. Krzysztof, mój rywal, pewnie teraz czytał bajkę dzieciom albo kłócił się z żoną o to, kto ma wynieść śmieci. Zazdrościłem mu tej kłótni. Zazdrościłem mu tego zwykłego, banalnego życia, którym tak gardziłem, pnąc się po drabinie.

Ona wybrała życie

Siedziałem tam do rana. Patrzyłem, jak wstaje słońce nad miastem, które zdobyłem, a które teraz wydawało mi się pustynią. Zrozumiałem wtedy, że miłość to nie jest nagroda za osiągnięcia. To nie jest coś, co dostaje się na końcu drogi. Miłość to towarzysz podróży. Jeśli każesz jej czekać na parkingu, w końcu złapie autostop i odjedzie z kimś innym. Zostałem z sukcesem, który nie miał z kim być świętowany. Pierścionek w schowku mojego samochodu stał się najdroższym symbolem mojej głupoty.

Nigdy nie wysłałem Ewelinie listu, który pisałem w głowie przez kolejne tygodnie. Nie miałem prawa burzyć jej szczęścia. Ona wybrała życie. Ja wybrałem karierę. Oboje dostaliśmy to, co wybraliśmy. Tylko że ja dopiero teraz zrozumiałem, jak marna była moja nagroda. Od tamtej pory minęły dwa lata. Nadal pracuję w tej samej firmie. Nadal pnę się w górę. Ale w każdy wtorek wychodzę z biura o 17:00. Idę na spacer, siadam w parku, obserwuję ludzi. Uczę się żyć chwilą, której kiedyś tak bardzo unikałem.

Może kiedyś spotkam kogoś i nie popełnię tego samego błędu. A może nie. Może moją rolą jest być przestrogą dla innych młodych wilków, którzy myślą, że czas jest nieskończonym zasobem.
Nie jest. Czas to jedyna waluta, której nie da się zarobić, oszczędzić ani zainwestować na później. Można ją tylko wydać. Ja wydałem swoją na budowanie zamku na piasku, nie zauważając, że przypływ zabrał jedyną osobę, która chciała w nim ze mną zamieszkać.

Olaf, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama