„Gniłem w nudnym związku, bo tak było mi wygodniej. W te walentynki zrozumiałem, że oszukiwałem się przez całe życie”
„Prawda była taka, że bardziej bałem się pustego mieszkania niż pustki między nami. Samotność wydawała mi się groźniejsza. Wygoda była miękka i zdradliwa. A jednak coraz częściej myślałem, że jeśli tak ma wyglądać reszta życia, to coś jest nie tak”.

Poranki z Klarą miały w sobie coś z dobrze naoliwionej maszyny. Wstawaliśmy o podobnej porze, piliśmy kawę w ciszy, wymienialiśmy zdania potrzebne jak instrukcje. Wieczorami każde z nas było obok drugiego, ale osobno. Przez długi czas mówiłem sobie, że tak właśnie wygląda dorosłość. Bez fajerwerków, za to z porządkiem. Tylko że coraz częściej miałem wrażenie, że to życie jest poprawne, lecz nie moje.
Wystarczyła mi wygoda
Z Klarą nauczyliśmy się funkcjonować bez tarć. To było nasze największe osiągnięcie i jednocześnie największy problem. Wiedzieliśmy, kiedy nie zadawać pytań i które tematy omijać szerokim łukiem. Ona nie pytała, dlaczego wracam później, ja nie pytałem, czemu coraz częściej zasypia z książką odwrócona plecami do mnie.
Pewnego wieczoru siedzieliśmy przy stole w kuchni. Ona przeglądała coś w telefonie, ja udawałem, że czytam wiadomości. Cisza była gęsta, ale nikt nie próbował jej rozrzedzić.
– Musimy zamówić nowy filtr do wody – powiedziała nagle, nie podnosząc wzroku.
– Jasne. Jaki brać? – odpowiedziałem automatycznie.
– Ten sam co zawsze.
Kiwnąłem głową, choć nawet nie wiedziałem, jaki jest „ten sam”. Zawsze. To słowo było u nas walutą. Bezpieczną, sprawdzoną. Coraz częściej łapałem się na tym, że nie tęsknię. Kiedy wyjeżdżała do rodziców, czułem ulgę zamiast braku. Miałem wtedy więcej miejsca w łóżku i w głowie. Czułem wstyd, że w ogóle to zauważam.
Próbowałem sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz ją przytuliłem bez powodu. Nie z obowiązku, nie na dzień dobry czy dobranoc. Pamięć uparcie milczała.
– Dobrze się czujesz? – zapytała, patrząc na mnie uważniej niż zwykle.
– Tak. Jestem tylko zmęczony – skłamałem bez wysiłku.
Przyjęła to skinieniem głowy. Nie drążyła. Byliśmy mistrzami w niedopowiadaniu. Każde z nas chroniło spokój jak coś kruchego, co może się rozpaść od jednego niewłaściwego zdania. Prawda była taka, że bardziej bałem się pustego mieszkania niż pustki między nami. Samotność wydawała mi się groźniejsza niż powolne obumieranie emocji. Wygoda była cicha, miękka i zdradliwa. Nie bolała wystarczająco, żeby uciec. A jednak coraz częściej myślałem, że jeśli tak ma wyglądać reszta życia, to coś tu jest bardzo nie tak.
Ten luty był inny
Luty zawsze był dla mnie miesiącem bez właściwości. Przejściowym, zimnym, nijakim. W tym roku zapamiętałem go aż za dobrze. Lenę poznałem przypadkiem, w sytuacji, która nie miała żadnego znaczenia, dopóki go nie nabrała. Koleżanka z pracy poprosiła mnie, żebym podjechał na krótkie spotkanie w sprawie projektu, który i tak nie był mój. Lena siedziała przy oknie, w szarym swetrze, z kubkiem herbaty trzymanym obiema dłońmi.
– Mateusz, prawda? – zapytała, zanim zdążyłem się przedstawić.
– Tak. A ty jesteś…
– Lena.
Uśmiechnęła się tak, jakbyśmy znali się dłużej niż tę minutę. Nie było w tym flirtu. Raczej uważność. Coś, do czego nie byłem przyzwyczajony. Rozmawialiśmy krótko, o rzeczach nieistotnych. O tym, że luty dłuży się najbardziej. O tym, że kawa tutaj smakuje inaczej. A jednak wyszedłem stamtąd z uczuciem lekkiego zamieszania, jakby ktoś przestawił mi coś w głowie.
Kilka dni później spotkaliśmy się znowu, zupełnie naturalnie. Tym razem nagle zapytała:
– Lubisz swoje życie?
To pytanie zawisło między nami ciężkie i nie na miejscu. Zaśmiałem się nerwowo.
– Chyba tak. A kto nie lubi?
Nie naciskała. Skinęła głową, jakby zapisała sobie tę odpowiedź na później. W jej obecności czułem się widziany w sposób, który mnie niepokoił. Nie musiałem niczego udowadniać, a jednocześnie miałem wrażenie, że nie da się schować.
Zacząłem częściej wychodzić z domu. Mówiłem Klarze, że mam więcej pracy. To była prawda tylko w połowie. Druga połowa siedziała naprzeciwko mnie przy małym stoliku i słuchała, gdy opowiadałem o rzeczach, o których dawno nikomu nie mówiłem.
– Brzmisz, jakbyś był bardzo rozsądny – powiedziała kiedyś Lena. – Ale strasznie zmęczony.
To zdanie uderzyło we mnie mocniej, niż powinno. Klara mówiła o mnie „stabilny”. Oskar – „ogarnięty”. Nikt nie mówił „zmęczony”. W drodze do domu poczułem coś, czego nie czułem od lat. Niepokój zmieszany z ekscytacją. Porównywałem w głowie ciszę z naszego mieszkania z rozmowami, które zostawiały mnie z pytaniami, nie z ulgą. Nagle dopuściłem myśl, że to, co mam, nie jest jedyną opcją.
Nie umiałem już udawać
Zacząłem zauważać rysy tam, gdzie wcześniej widziałem gładką powierzchnię. Rozmowy z Klarą stawały się coraz krótsze, bardziej techniczne. Kto kupi chleb, kto zapłaci rachunek, kto wyrzuci śmieci. Funkcjonowaliśmy jak dobrze dobrany zespół, który zapomniał, po co w ogóle zaczął grać razem.
Pewnego wieczoru spotkałem się z Oskarem. Znał mnie od lat, jeszcze sprzed Klary. Siedzieliśmy w barze, a on patrzył na mnie uważnie, jakby składał mnie z drobnych elementów.
– Coś z tobą jest nie tak – powiedział w końcu. – I nie mów, że to praca.
Westchnąłem. Nie planowałem zwierzeń, ale słowa same zaczęły się układać.
– Jest okej – zacząłem. – W sensie… stabilnie. Tylko chyba już nic nie czuję.
– Do niej czy w ogóle? – zapytał bez wahania.
To pytanie zabolało. Odpowiedź była bardziej skomplikowana, niż chciałem przyznać.
– Nie wiem – przyznałem cicho.
Oskar pokręcił głową.
– Wiesz, lojalność bez miłości to nie wartość. To unikanie decyzji.
Wracałem do domu z jego słowami dudniącymi mi w głowie. Klara siedziała na kanapie, oglądała coś, co najwyraźniej nie wymagało uwagi. Usiadłem obok. Przez chwilę myślałem, że powiem jej wszystko. Że zapytam, czy ona też czuje tę pustkę. Ale zabrakło mi odwagi.
Zamiast tego coraz więcej myśli kierowałem w stronę Leny. Nie działo się między nami nic, co można by nazwać zdradą. A jednak czułem, że prowadzę podwójne życie. Jedno było uporządkowane i przewidywalne. Drugie istniało w rozmowach, spojrzeniach, pytaniach zadawanych bez lęku.
– Nie musisz odpowiadać od razu – powiedziała mi kiedyś Lena, gdy znów zapytała o to, czego chcę. – Ale nie udawaj, że nie słyszysz pytania.
Rysy były już wszędzie. W moich odpowiedziach, w milczeniu Klary, w spojrzeniach Oskara. Zrozumiałem, że to, co nazywałem spokojem, było tylko dobrze opanowanym strachem.
Byłem dokładnie tam, gdzie powinienem
Granice rzadko walą się z hukiem. U mnie to było raczej ciche przesunięcie, prawie niezauważalne. Najpierw przestałem sprawdzać godzinę, kiedy byłem z Leną. Potem przestałem się spieszyć do domu. W końcu złapałem się na tym, że to z nią chciałem dzielić drobne rzeczy – myśli, obserwacje, zdania, które kiedyś naturalnie należały do Klary.
To były walentynki, ale spotkaliśmy się tak jak zwykle. Bez prezentów, wyznań, bez presji.
– Zostaniesz jeszcze chwilę? – zapytała, kiedy zbierałem się do wyjścia.
Spojrzałem na telefon. Nie było tam żadnej pilnej wiadomości. Tylko powiadomienie o nieodebranym połączeniu sprzed godziny.
– Tak, mogę zostać – odpowiedziałem, zanim zdążyłem się zastanowić.
Siedzieliśmy naprzeciwko siebie, bliżej niż zwykle. Rozmawialiśmy o niczym i o wszystkim jednocześnie. W pewnym momencie zapadła cisza, inna niż ta, do której przywykłem. Nie była pusta. Była uważna.
– Masz poczucie, że jesteś tam, gdzie chcesz być? – zapytała nagle.
Nie odpowiedziałem. Odpowiedź była zbyt wyraźna. Ta chwila zmieniła wszystko.
W drodze do domu nie czułem ekscytacji. Czułem ulgę. To było najbardziej niepokojące. Jakby coś, co od dawna wisiało w powietrzu, w końcu znalazło swoje miejsce. Zrozumiałem wtedy, że zdrada zaczęła się dużo wcześniej. Nie w geście, nie w fizycznej bliskości, ale w decyzji, by nie odwracać wzroku od tego, co czuję.
Klara przywitała mnie krótkim spojrzeniem znad laptopa.
– Wszystko w porządku? – zapytała.
– Tak – odpowiedziałem, a słowo to zabrzmiało obco.
Tej nocy długo nie mogłem zasnąć. Wstyd mieszał się z poczuciem prawdy, której nie dało się już zignorować. Zrozumiałem, że Lena nie była przyczyną. Była lustrem. Pokazała mi, jak bardzo oszukiwałem siebie, wybierając wygodę zamiast uczciwości wobec własnych uczuć. Granica została przekroczona. Nawet gdybym chciał, nie potrafiłbym już udawać, że tego nie widzę.
Odważyłem się to powiedzieć
Nie było jednej rozmowy, która wszystko wyjaśniła. Było raczej kilka krótkich zdań, wypowiedzianych zbyt późno. Klara usiadła naprzeciwko mnie przy kuchennym stole, dokładnie tam, gdzie przez lata omawialiśmy sprawy ważne tylko z nazwy.
– Coś się zmieniło – powiedziała spokojnie. – I nie chodzi o ostatnie tygodnie.
Nie zaprzeczyłem. Opowiedziałem jej o zmęczeniu, o pustce, o tym, że zostałem nie dlatego, że chciałem, ale dlatego, że było bezpiecznie. Nie mówiłem o Lenie wprost. Nie musiałem. Klara i tak wszystko zrozumiała.
– Najgorsze – powiedziała po chwili – że ja też to czułam. Tylko bałam się zapytać. Bałam się zmiany.
Rozstanie było ciche. Bez dramatów, bez oskarżeń. Spakowałem kilka rzeczy i wyszedłem z mieszkania, które przez lata było bardziej wspólnym projektem niż domem. Straciłem coś ważnego. Obraz samego siebie jako kogoś, kto zawsze postępuje właściwie.
Z Leną nie było wielkich deklaracji. Spotkaliśmy się jeszcze raz. Była szczera jak zawsze.
– Nie jestem nagrodą za odwagę – powiedziała. – I nie chcę być ucieczką.
Miała rację. To, co między nami było, nie dawało gotowych odpowiedzi. Ale dało mi coś innego. Świadomość, że nie potrafię już wrócić do życia, które było tylko wystarczające. Na razie zostałem sam. Z poczuciem straty, ale też z czymś, czego wcześniej nie miałem – z uczciwością wobec siebie. Cena okazała się wysoka, ale wiedziałem, że po raz pierwszy od lat dokonałem naprawdę swojego wyboru.
Mateusz, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Moje małżeństwo zbrzydło mi jak czerstwe pączki. Chciałem skosztować słodkiej wolności przy byłej, ale się przejadłem”
- „W moim związku od dawna wiało nudą. Mąż był zimny jak lód, więc szukałam ciepła w ramionach innego”
- „Mąż wpadał do domu na szybkie obiady, bo kolacje jadał z kochanką. Nawet w walentynki nie zagrzał miejsca przy stole”

