Reklama

Nie każdy poranek zwiastuje dobry dzień. Tak właśnie było tamtego ranka – deszcz stukał w szyby, kawa smakowała jak woda po ogórkach, a mój nastrój balansował gdzieś między rozdrażnieniem a rezygnacją. Nałożyłam maskarę i ruszyłam do pracy. Nie podejrzewałam, że właśnie tego dnia będę miała łzy w oczach. A jednak wystarczyła jedna twarz, jedno spojrzenie i spore wybrzuszenie pod płaszczem, by coś się we mnie obudziło. I jakby jednocześnie zgasło.

Zamurowało mnie

Nie widziałam jej od lat. Tak naprawdę to chyba od liceum. Zawsze była typem dziewczyny, która miała „to coś” – śliczna, przebojowa, roześmiana. Stała w kolejce do piekarni, w jasnym płaszczu, z ręką delikatnie opartą na brzuchu. Nie było wątpliwości. Ciąża. Zaokrąglony brzuch wystawał spod rozpiętego płaszcza jak trofeum. Zamarłam. Miałam tylko kupić chleb. I może chałkę, jeśli jeszcze była.

– Cześć – powiedziałam, zanim zdążyłam się wycofać.

Odwróciła się powoli. Spojrzała na mnie lekko zdziwionym wzrokiem.

– Ojej! Asia? – uśmiechnęła się szeroko. – Ile to lat, co?

– Sporo… – wydusiłam, starając się nie patrzeć na jej brzuch.

– Co u ciebie? – zapytała z przesadnym entuzjazmem. – Wyszłaś za mąż? Masz dzieci?

O, proszę. Od razu do sedna. Zamiast odpowiedzi skinęłam głową z wymuszonym uśmiechem.

– A ty… – wskazałam na jej brzuch, choć i tak nie musiałam.

– Ósmy miesiąc – oznajmiła z dumą. – Synek. Mój pierwszy. No i w końcu się udało, wiesz?

Udało się. Jakie to proste. Jakby wystarczyło się postarać.

– Super – wymamrotałam. – Gratulacje.

Wyszłam z piekarni z pustymi rękami. I tak nie czułam głodu.

Nie musiałam jej nic tłumaczyć

Nie mogłam się uspokoić przez resztę dnia. W pracy siedziałam jak na szpilkach, udając, że analizuję jakieś zestawienie, choć wpatrywałam się bezmyślnie w ekran. W głowie miałam jedynie jej głos: „W końcu się udało”. Jakby to była jakaś misja, którą trzeba tylko odpowiednio zaplanować i voilà – dziecko gotowe. Wieczorem zadzwoniłam do mojej przyjaciółki.

– Mów – rzuciła, ledwo odebrała. – Słyszę, że coś cię gryzie, no dawaj.

– Widziałam dzisiaj Kamilę.

– Kamilę? Tę Kamilę? Od filtrów i fitnessów?

– Tę samą. W ciąży.

– No i?

– I nic. Stoi, promienieje, głaszcze się po brzuchu, a ja mam ochotę ryczeć.

Po drugiej stronie chwilowa cisza. Wiedziała. Nie musiałam jej nic tłumaczyć.

Przykro mi – powiedziała w końcu. – Chcesz pogadać, czy po prostu mam ci wysłać mema z psem w kocu?

– Chcę pogadać. Znaczy... czy ja jestem jakaś wadliwa? Każda wokół zachodzi, rodzi, publikuje zdjęcia z baby shower, a ja?

– A ty jesteś w porządku – przerwała mi. – Los jest wadliwy, nie ty.

– Cztery lata starań. Może powinnam dać sobie spokój?

– Albo dać sobie czas. I nie porównywać się z Kamilą, bo nie wiesz, przez co ona przeszła, zanim zaszła. Może też płakała do poduszki.

– A może po prostu zaszła od razu, jak tylko przestała pić colę.

– No może. A może tobie też kiedyś się uda. Tylko może nie dziś.

Tylko wzruszyłam ramionami.

Nie mogłam przestać o tym myśleć

Minął tydzień. A ja dalej miałam w głowie obraz Kamili w ciąży. Chodziłam po mieście i wszędzie widziałam ciężarne kobiety. Niektóre z małymi dziećmi, inne same, ale wszystkie wyglądały, jakby wiedziały coś, czego ja nie wiem. Jakby należały do jakiegoś sekretnego klubu, którego drzwi przede mną zatrzaśnięto. Pewnego wieczoru włączyłam laptopa i zaczęłam wpisywać w wyszukiwarkę: „Jak pogodzić się z brakiem dziecka”.

– Hej – odezwał się mój mąż, zaglądając mi przez ramię. – Co czytasz?

Zminimalizowałam stronę.

– Nic. Tak tylko... artykuł.

Znowu się tym zadręczasz?

Westchnęłam. Przesunął dłonią po moim ramieniu, jakby chciał mnie pocieszyć, ale nie bardzo wiedział, jak.

– Może byśmy gdzieś pojechali? Zmiana otoczenia dobrze ci zrobi.

– Nie chcę uciekać – powiedziałam szczerze. – Chcę wiedzieć, że to wszystko nie poszło na marne.

– Nie poszło. Mamy siebie.

– Tylko że to „siebie” nagle nie wystarcza, wiesz?

Zamilkł. I to bolało chyba najbardziej – że nie miał żadnej odpowiedzi. Ja zresztą też nie.

Spojrzałam na nią z niedowierzaniem

W sobotę dałam się wyciągnąć na kawę. Spotkanie z przyjaciółkami – tą samą paczką z czasów studiów. Trzy z czterech miały już dzieci. Jedna właśnie była w drugiej ciąży. Oczywiście temat rozmowy był z góry przesądzony.

– Moja to nie śpi w ogóle. Co dwie godziny się budzi, jak zegarek – narzekała jedna.

– A u mnie? Zasypia o dziewiętnastej jak aniołek. Oczywiście budzi się o piątej, ale przynajmniej noc mam swoją – dorzuciła druga.

Siedziałam, mieszałam swoją latte i udawałam, że mnie to wszystko bawi.

– A wy? – odezwała się nagle Iwona, ta bezdzietna. – Nie myślicie jeszcze o dziecku?

– Myśleliśmy. Do znudzenia – powiedziałam, nie patrząc jej w oczy.

– Okej – mruknęła. – Przepraszam, nie chciałam...

– W porządku. Wszyscy pytają. Jakby to było coś tak prostego. Kup chleb, zajdź w ciążę.

Zapadła cisza. Jedna z nich zrobiła nerwowy łyk herbaty, druga zaczęła sprawdzać coś w telefonie.

– Wiesz, moja kuzynka była w takiej samej sytuacji – odezwała się po chwili ta od „aniołka”. – I wiesz co? Kupiła kota. I mówi, że to było najlepsze, co mogła dla siebie zrobić.

Spojrzałam na nią z niedowierzaniem.

– Kota?

– No tak. Przytula się, śpi z nią, daje poczucie bliskości.

Parsknęłam.

– Dzięki, bardzo wzruszające. Może powinnam jeszcze kupić wózek dla tego kota, żeby nie odstawać od was na spacerach?

Było po spotkaniu. Wstałam pierwsza.

Głos mi się załamał

W niedzielę leżałam na kanapie, gapiąc się w sufit, kiedy usłyszałam dźwięk wiadomości.

„Hej, jesteś w domu? Wpadnę na chwilę?” – napisała Iwona.

„Jasne” – odpisałam, choć wcale nie miałam ochoty nikogo widzieć.

Wpadła po dwudziestu minutach, z pudełkiem eklerek. Usiadła w fotelu i przez chwilę nie mówiła nic. Ja też nie. Atmosfera była gęsta.

– Przepraszam za wczoraj – zaczęła w końcu. – Wiem, że to, co powiedziała ta od kota, było... idiotyczne.

– Mhm – odparłam, nie patrząc jej w oczy.

– Ale chcę, żebyś wiedziała jedno – mówiła dalej. – Dla mnie nie jesteś mniej wartościowa, bo nie masz dziecka.

Zamilkłam. Tylko ten jeden raz pozwoliłam, żeby głos mi się załamał.

– Wiesz, co jest najgorsze? – powiedziałam cicho. – Że czasem sama czuję się... jak pusta skorupa. Jakby to wszystko, co we mnie było – nadzieja, plan, cierpliwość – po prostu się wypaliło.

Iwona podeszła, usiadła obok i objęła mnie.

– Możesz czuć się wypalona. Możesz być wkurzona. Możesz nawet nienawidzić kobiet w ciąży, jeśli ci ulży. Tylko nie pozwól sobie wmówić, że jesteś gorsza. Bo nie jesteś.

– Tylko że to nie ja dostaję gratulacje, prezenty i zaproszenia na baby shower.

– Może i nie. Jednak to ty masz w sobie więcej siły niż niejedna z nas.

Po raz pierwszy od dawna się rozpłakałam.

Poczułam się mniej samotna

Minęło kilka tygodni. Kamila wrzuciła na swój profil zdjęcie z porodówki – mały zawinięty w kocyk jak burrito, a ona cała rozpromieniona, z opaską na głowie i podpisem „Najpiękniejszy dzień naszego życia”. Scrollowałam w dół, lajki leciały jak szalone. Komentarze pełne serduszek, gratulacji i zachwytów. Nie kliknęłam nic. Zamknęłam aplikację. Wieczorem mąż wszedł do salonu z kubkiem herbaty.

– Wszystko okej?

– Tak – skłamałam odruchowo. – A może nie. Jednak jest jakoś inaczej.

Usiadł obok mnie. W milczeniu. Potrzebowałam tego.

Myślałam o adopcji – powiedziałam po chwili.

Spojrzał na mnie z lekkim zdziwieniem, ale bez przerażenia. To już było coś.

– Jeśli czujesz, że to coś, czego naprawdę chcesz... pogadajmy o tym.

– Nie mówię, że teraz. Nie mam siły na kolejną walkę, na papierologię, komisje, ocenianie nas jak w jakimś castingu na rodziców. Jednak nie chcę już tylko siedzieć i czekać na cud, który nie przychodzi.

– Dobrze – odparł. – To nie musi być dziś. Kiedy będziesz gotowa, jestem tu.

I w tej jednej chwili poczułam się mniej samotna. Może nie jestem matką, ale nadal kobietą, która ma prawo czegoś pragnąć. Która nie przegrała życia, tylko dostała inną kartę do rozegrania. Wstałam, podeszłam do lustra i spojrzałam na swoje odbicie.

Może jeszcze coś z tego będzie – powiedziałam półgłosem.

Nie wiedziałam, co przyniesie nam przyszłość, ale to już nie brzmiało jak wyrok.

Joanna, 36 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama