„Gdy wyszło na jaw, że mój ukochany ma żonę, załamałam się. Za 9 miesięcy znów spojrzę w jego oczy”
„W czwartek wieczorem biuro było puste, a światło zostawiliśmy tylko nad naszymi biurkami. Siedział przy mnie. Nachylił się, coś pokazał na ekranie. Pachniał kawą. I wtedy… pocałował mnie. Krótko, delikatnie. Nie protestowałam. Wiedziałam, że to nie powinno się wydarzyć. Ale po raz pierwszy od dawna poczułam się jak ktoś wyjątkowy”.

- Redakcja
Miałam dwadzieścia dziewięć lat i porządną pracę w marketingu. Niezłe zarobki, swoje mieszkanie, wyprasowane koszule i kalendarz pełen terminów. Na pierwszy rzut oka – wszystko pod kontrolą. Tylko że po powrocie do domu nikt na mnie nie czekał. Otwierałam drzwi, zrzucałam buty i włączałam seriale, żeby zagłuszyć ciszę. Tę samą, która codziennie wieczorem siadała ze mną na kanapie.
Nie chciałam być żałosna. Nie mówiłam nikomu, że tęsknię za czymś więcej. Że randki z aplikacji mnie męczyły, że ci wszyscy faceci z ironicznym uśmieszkiem i tekstami w stylu: „Nie szukam niczego poważnego” sprawiali, że zamykałam się jeszcze bardziej. Uczyłam się nie oczekiwać, nie marzyć. Po prostu robić swoje. Praca była moją tarczą i zbroją. Aż do dnia, w którym Marek pojawił się w naszym dziale.
Świeżo zatrudniony nowy kierownik projektów. Przystojny, elokwentny, z tym spojrzeniem, od którego nagle robiło się gorąco. Nie mówił za dużo, ale jak już coś powiedział – słuchało się go z uwagą. A kiedy spojrzał na mnie… miałam wrażenie, że świat na chwilę zwalnia. To był tylko flirt. Tylko spojrzenia, żarty przy ekspresie do kawy. Tylko to… A ja wiedziałam, że się w to pakuję. I że zrobiłabym to znowu.
To nie powinno się wydarzyć
– No, Paulina, ty to zawsze pierwsza przy ekspresie – usłyszałam za sobą ten głos. Spokojny, lekko chropowaty. Zanim się odwróciłam, wiedziałam, że to Marek.
– Kto rano wstaje, ten pierwszy pije kawę – rzuciłam, starając się brzmieć naturalnie, choć serce przyspieszyło.
– To może pewnego dnia przyniosę ci kawę do biurka? Żebyś nie musiała się fatygować.
Spojrzałam na niego z udawanym rozbawieniem, ale jego uśmiech nie był żartobliwy. Trwał o ułamek sekundy za długo. Milczałam, więc on dodał:
– No chyba że masz już kogoś, kto to robi.
– Mam ekspres. Działa bez zarzutu.
Parsknął cicho, podniósł kubek i odszedł. A ja stałam jeszcze chwilę, udając, że dosypuję cukru. Po południu przyszła do mnie Iza z HR.
– Ty, co się dzieje między tobą a Markiem? – zapytała bez ceregieli.
– Słucham?
– Przestań. Widziałam, jak na ciebie patrzy. Wszyscy widzieli. Lecą iskry, Paulina. Chcesz się przyznać teraz czy później?
– Przestań, serio. On po prostu jest… uprzejmy.
– No jasne. Bardzo uprzejmy. Flirt na wysokim poziomie.
To nie był tylko flirt. Z każdym dniem Marek zostawał po godzinach dokładnie wtedy, kiedy ja. Niby przypadkiem. Raz nawet przyniósł mi batonika. „Wyglądałaś, jakbyś go potrzebowała” – powiedział z tym swoim półuśmiechem.
W czwartek wieczorem biuro było puste, a światło zostawiliśmy tylko nad naszymi biurkami. Siedział przy mnie. Nachylił się, coś pokazał na ekranie. Pachniał kawą. I wtedy… pocałował mnie. Krótko, delikatnie. Nie protestowałam. Wiedziałam, że to nie powinno się wydarzyć. Ale po raz pierwszy od dawna poczułam się jak ktoś wyjątkowy.
– To nie miało się wydarzyć – pomyślałam. – Ale może właśnie to jest mój moment szczęścia?
Wszystko zrozumiałam
Weszłam do biura kilka minut po dziewiątej, z kubkiem kawy i głową ciężką od wczorajszego pocałunku. Marek nie pisał, nie dzwonił, ale czułam, że coś się między nami zmieniło. Zresztą nie mogłam się na niczym skupić – wszystko we mnie było napięte, podekscytowane, gotowe.
– Zbiórka na open space, szefowa ma ogłoszenie – rzuciła Iza, zaglądając do mojego pokoju.
Podniosłam się z westchnieniem i ruszyłam z resztą zespołu. I wtedy ją zobaczyłam. Stała obok szefowej – młoda, promienna, z uśmiechem od ucha do ucha. Miała prostą, białą koszulę i brzuszek, którego nie dało się nie zauważyć.
– Poznajcie Anetę, nową specjalistkę ds. komunikacji. Od dzisiaj z nami, przeniosła się do nas z innej filii – powiedziała szefowa, a ja czułam, jak robi mi się duszno.
– Cieszę się podwójnie – dodała Aneta z entuzjazmem. – Bo dołączam do zespołu… i będę mogła pracować z mężem. Marek, pomachaj.
Odwróciłam głowę. Stał dwa biurka dalej. Nie uśmiechał się, był blady. Spotkaliśmy się wzrokiem. Wiem, że chciał coś powiedzieć, ale nie mógł. A ja już wszystko rozumiałam. Po chwili spotkałyśmy się przy ekspresie.
– Paulina, tak? Marek dużo o tobie mówił. Cieszę się, że mogę cię poznać – powiedziała z ciepłem w głosie.
– Wzajemnie – wyszeptałam, walcząc z rosnącym w gardle węzłem.
Odeszłam od razu. Schowałam się w łazience, oparłam dłonie o umywalkę i długo patrzyłam w swoje odbicie. Potem napisałam: „Musimy pogadać”. Spotkaliśmy się po pracy, w jego aucie, zaparkowanym daleko od biura.
– To skomplikowane… – zaczął. – My się oddaliliśmy od siebie, Paulina. Już od dawna.
– A to, że ona jest w ciąży, też jest „skomplikowane”? – syknęłam. – Tak wygląda oddalanie się? Jak mogłeś?
Milczał. Patrzył na mnie tak, jakby chciał wszystko cofnąć. A ja czułam się jak idiotka.
To mnie zabolało
– Wiesz, Paulina, jestem taka szczęśliwa, że mogę tu pracować – powiedziała Aneta, wkładając saszetkę do kubka z napisem „baby loading…”.
Stałyśmy same w kuchni. Ja udawałam, że mieszam jogurt. Ona mówiła z tym swoim spojrzeniem pełnym nadziei. Niewinna. Taka niewinna.
– A teraz jeszcze ta ciąża… To wszystko wydaje się takie idealne. Trochę się bałam, jak Marek zareaguje, ale był cudowny. Naprawdę myślę, że to początek czegoś pięknego.
Zamarłam. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Że on całował mnie zaledwie tydzień temu? Że mówił, jak bardzo mnie rozumie? Jak bardzo tego chce?
– Gratuluję – odpowiedziałam, prawie bezgłośnie.
– Dziękuję. Wiesz, Marek mówił, że jesteś bardzo zdolna. I że możesz być czasem trudna, ale tylko dlatego, że wymagasz dużo od siebie. To komplement, wiesz?
Zadrżałam. Zabolało mnie to jedno zdanie – „trudna”. Zamknęłam się w toalecie, jak poprzednio. Ale tym razem nie patrzyłam w lustro. Usiadłam na klapie i pozwoliłam sobie płakać. Cicho, z zamkniętymi ustami. Wieczorem czekałam przy windzie. Weszłam, zanim się zorientował. Zamknęły się drzwi.
– Wiem, Marek – powiedziałam chłodno. – Wiem, że jest w ciąży. I wiem, że to twoje dziecko. I wiem też, że jestem idiotką.
– Paulina, to nie tak… – próbował chwycić mnie za ramię.
– Nie dotykaj mnie – wysyczałam. – Chciałeś mnie tylko dlatego, że jej nie było w pobliżu?
Milczał, a ja wysiadłam piętro wcześniej, żeby nie czuć jego obecności ani sekundy dłużej.
Chciałam być kochana
Zostałam w domu. Pierwszy raz od dawna nie wstałam, nie ubrałam się, nie nałożyłam korektora pod oczy. Po prostu leżałam w dresie, z włosami spiętymi byle jak, wpatrzona w sufit. W głowie przewijały się obrazy. Marek, pochylony nade mną, mówiący „jesteś wyjątkowa”. Marek, który podaje mi batonika. Marek, który całuje. Marek, który mówi: „To skomplikowane”. A ja, która mu wierzyłam.
Zadzwoniła Magda, moja przyjaciółka od liceum.
– Coś się stało? – zapytała od razu.
– Zakochałam się w żonatym facecie – powiedziałam. – Jego żona jest w ciąży. A ja jestem kompletnie sama.
– Paulina…
– Myślałam, że on naprawdę mnie widzi.
Po rozmowie zmyłam z twarzy resztki makijażu. W lustrze zobaczyłam zmęczoną kobietę, która tak bardzo chciała być kochana, że przestała widzieć czerwone flagi.
Zaczęłam odbudowywać siebie
– Paulina, masz chwilę? – jego głos za moimi plecami sprawił, że zesztywniałam.
– Pięć minut – powiedziałam chłodno.
Stanęliśmy na schodach przeciwpożarowych.
– Nic z tego nie planowałem – zaczął. – Kiedy cię spotkałem... to się po prostu wydarzyło.
– Jesteś tchórzem – weszłam mu w słowo. – Przez chwilę uwierzyłam, że jestem tą jedyną.
– Paulina…
– Żegnaj, Marek.
Wróciłam do biura, nałożyłam słuchawki i zrozumiałam, że odcięcie się od iluzji to pierwszy krok.
Minął miesiąc. W pracy nie było już między nami rozmów, spojrzeń, przypadkowych dotknięć dłoni. Nauczyłam się oddychać. Zrozumiałam jedno: nie zawiniłam tym, że chciałam być blisko. Zawiniłam, że zignorowałam siebie. Zaczęłam odbudowywać swoją pewność siebie. Powoli.
Może w tej historii nie ma happy endu. Jest tylko pustka, ale przynajmniej już wiem, że można z nią żyć. I zacząć od nowa – dla siebie.
Paulina, 29 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „To miał być zwykły obiad na Dzień Babci. Zamiast rozpływaniem się nad rosołem skończyło się rodzinnym praniem brudów”
- „Na Dzień Babci zrobiłam dla wnuczki sweter z wełny alpaki. Serce pękło mi na pół, gdy zobaczyłam, co z nim zrobiła”
- „Teściowa czekała na kolędę jak na zbawienie. Zdziwiłam się, że do koperty nie wkłada pieniędzy, tylko coś innego”

