„Gdy w walentynki mąż dał mi bukiet z parzystą liczbą róż, od razu nabrałam podejrzeń. Czułam, że to nie przypadek”
„Wzruszyłam ramionami. Nie chciałam psuć chwili. Zrobiłam herbatę, on usiadł przy stole. Przez moment było spokojnie, wręcz domowo. Ale coś zaczęło mnie niepokoić. Ta liczba... sześć. Choć przecież zwykle w bukiecie daje się nieparzystą ilość kwiatów”.

- Redakcja
Walentynki zawsze były dla mnie zwykłym dniem, bez fajerwerków i wielkich gestów. Tym razem mąż wrócił wcześniej i wręczył mi bukiet sześciu róż. Uśmiechnęłam się, bo było w tym coś nieporadnie czułego. Nie wiedziałam jeszcze, że ten drobny prezent uruchomi lawinę zdarzeń, której zupełnie się nie spodziewałam.
Poczułam ukłucie niepokoju
Postawiłam bukiet na stole w kuchni i przez chwilę tylko na niego patrzyłam. Róże były czerwone, równo przycięte, bez żadnych dodatków. Paweł zdjął kurtkę, jakby to był zupełnie zwyczajny wieczór.
– Czemu sześć? – zapytałam lekko, choć pod skórą czułam dziwne ukłucie niepokoju.
– A powinno być inaczej? – odpowiedział zbyt szybko, nawet na mnie nie patrząc.
Wzruszyłam ramionami. Nie chciałam psuć chwili. Zrobiłam herbatę, on usiadł przy stole. Przez moment było spokojnie, wręcz domowo. Ale coś zaczęło mnie niepokoić. Ta liczba... sześć. A przecież zwykle w bukiecie daje się nieparzystą ilość kwiatów.
Wieczorem, gdy Paweł zasnął na kanapie z telefonem w dłoni, wzięłam laptopa. Wpisałam w wyszukiwarkę: „parzysta ilość róż znaczenie”. Nie wiem, czego się spodziewałam, może niczego konkretnego. Pierwszy wynik sprawił, że serce mi przyspieszyło. „Parzysta ilość róż – smutek, zakończenie etapu, symbol pożegnania i rozstania, sygnał końca relacji”.
– To absurd – szepnęłam sama do siebie.
Zamknęłam laptopa, ale myśl już została. Następnego dnia w pracy byłam rozkojarzona. Koleżanka z biurka obok zerkała na mnie co chwilę.
– Coś się stało? – zapytała w końcu.
– Nie, po prostu… Walentynki – odpowiedziałam wymijająco.
Po powrocie do domu zauważyłam, że róże zaczęły więdnąć szybciej, niż się spodziewałam. Jedna miała złamany płatek. Paweł krzątał się nerwowo po mieszkaniu.
– Wszystko w porządku? – zapytałam.
– Jasne – rzucił, ale głos mu się lekko załamał.
Wieczorem usiadłam naprzeciwko niego.
– Paweł, zapytam wprost. Te sześć róż… to coś znaczy?
Spojrzał na mnie długo, zbyt długo.
– Ty zawsze musisz doszukiwać się drugiego dna – powiedział w końcu, ale nie było w tym złości. Raczej zmęczenie.
Milczenie, które zapadło, było niepokojące. Wtedy pierwszy raz pomyślałam, że pech nie ma związku z kwiatami, tylko z tym, co oboje baliśmy się nazwać.
Między nami pojawiła się przepaść
Przez kolejne dni temat róż wisiał między nami jak ciężka zasłona. Niby normalnie rozmawialiśmy, pytaliśmy się o zakupy, o rachunki, o to, kto odbierze paczkę z paczkomatu, ale każde zdanie brzmiało sztucznie. Jakbyśmy oboje bali się jednego, niewygodnego pytania. W piątek Paweł wrócił później niż zwykle. Siedziałam w salonie, róże stały na parapecie, już wyraźnie opadły. Gdy wszedł, nawet nie zdjął butów.
– Musimy pogadać – powiedział.
Serce mi opadło, choć przecież od kilku dni czekałam dokładnie na te słowa.
– O czym? – zapytałam, choć dobrze wiedziałam.
Usiadł naprzeciwko mnie, potarł dłonie o kolana. Zawsze tak robił, kiedy się denerwował.
– To nie ma nic wspólnego z tymi kwiatami – zaczął. – Przynajmniej nie tak, jak myślisz.
– A jak myślę? – weszłam mu w słowo.
Westchnął ciężko.
– Że to jakiś znak. Że coś planowałem. A ja po prostu… kupiłem to, co było.
Chciałam mu uwierzyć. Naprawdę, ale coś mi nie pasowało.
– Paweł, znam cię. Nigdy nie robisz nic „po prostu”.
Zapadła cisza. Taka, w której słychać tykanie zegara i własny oddech. W końcu podniósł wzrok.
– Od kilku miesięcy oddalamy się od siebie – powiedział cicho. – Żyjemy obok, a nie razem. I ja nie wiem, jak to naprawić.
Poczułam ukłucie w gardle.
– To dlatego sześć róż? – wyszeptałam.
– Nie – odpowiedział szybko. – Ale może dlatego tak bardzo cię to zabolało.
Wstałam i podeszłam do parapetu. Dotknęłam jednego z płatków, który odpadł i leżał na blacie.
– Wiesz, co jest najgorsze? – powiedziałam bez odwracania się. – Że ja też to czuję. Tylko bałam się przyznać.
Za plecami usłyszałam, jak wstaje. Nie podszedł jednak bliżej. Zrozumiałam, że między nami pojawiła się przepaść, której nie da się zasypać jednym gestem, nawet jeśli będą to najpiękniejsze róże.
Prawda, która wyszła przypadkiem
Po tamtej rozmowie wszystko ucichło. Paweł był uprzejmy, aż za bardzo. Ja z kolei zaczęłam dostrzegać drobiazgi, które wcześniej ignorowałam. Spojrzenia, przerwane zdania, telefon odkładany ekranem do dołu. Pewnego popołudnia zadzwoniła jego mama. Odebrałam, bo Paweł był pod prysznicem.
– Kochanie, Paweł mówił ci już, kiedy się wyprowadza? – zapytała zupełnie naturalnym tonem.
Zamarłam.
– Słucham? – wydusiłam z siebie.
– No… mówił, że po walentynkach chcecie uporządkować sprawy – ciągnęła, nie wyczuwając niczego. – Żeby było spokojnie, bez nerwów.
Pożegnałam się szybko, ręce mi drżały. Kiedy Paweł wyszedł z łazienki, od razu wiedział, że coś jest nie tak.
– Co się stało? – zapytał.
– Twoja mama – odpowiedziałam. – Powiedziała, że zamierzasz się wyprowadzać.
Usiadł ciężko na krześle. Nie zaprzeczył, a to bolało najbardziej.
– Chciałem powiedzieć – zaczął. – Tylko nie wiedziałem jak.
– Więc dałeś mi kwiaty – powiedziałam gorzko. – Parzysta ilość róż i milczenie.
– To nie było zaplanowane – bronił się. – Przysięgam.
Spojrzałam na niego i nagle wszystko stało się jasne. Te róże, jego zmęczenie, rozmowy urwane w połowie. To nie był pech. To była prawda, która tylko czekała, aż ktoś ją ujawni.
– A ja? – zapytałam cicho. – Gdzie w tym wszystkim byłam ja?
Nie odpowiedział od razu, a ta cisza była odpowiedzią. W tamtej chwili zrozumiałam, że koniec nie zawsze przychodzi z hukiem. Czasem zaczyna się od czegoś niewinnego. Od kilku róż postawionych na stole.
Nie było już odwrotu
Po rozmowie o telefonie od jego mamy przez kilka dni funkcjonowaliśmy jak współlokatorzy. Paweł spał na kanapie, ja w sypialni. Rano mijaliśmy się w kuchni, wymieniając zdawkowe spojrzenia. Nawet cisza miała swój rytm. W środę wróciłam wcześniej z pracy. Zobaczyłam otwartą szafę w przedpokoju i karton stojący pod ścianą.
– Już się pakujesz? – zapytałam, choć głos mi się złamał.
Paweł odwrócił się powoli.
– Nie wiem, czy to ma sens – odpowiedział. – Może jeszcze powinniśmy spróbować.
– Spróbować czego? – podniosłam głos. – Udawać, że nie planowałeś wyprowadzki?
Podszedł bliżej, pierwszy raz od dawna.
– Bałem się – powiedział. – Że jeśli powiem, nie będzie odwrotu.
– A teraz jest? – zapytałam cicho.
Usiedliśmy przy stole, tym samym, na którym kilka dni wcześniej stały róże. Została już tylko jedna, z pożółkłymi płatkami.
– Pamiętasz, jak mówiliśmy, że zawsze będziemy ze sobą szczerzy? – zapytałam.
Skinął głową.
– To bądź teraz – dodałam. – Zostałbyś, gdybym próbowała cię zatrzymać?
Milczał długo. Zbyt długo.
– Nie wiem – odpowiedział w końcu.
Ta odpowiedź zabolała bardziej niż każde „nie”. Wstałam i zaczęłam zbierać suche płatki z blatu. Jeden po drugim, ostrożnie, jakby mogły się jeszcze rozpaść.
– W takim razie ja też muszę być szczera – powiedziałam. – Nie chcę, żebyś zostawał z litości albo strachu.
Paweł spuścił wzrok.
– Dajmy sobie trochę czasu – zaproponował.
– Mieliśmy go już wystarczająco dużo – odpowiedziałam.
Wiedziałam, że zbliżamy się do momentu, którego oboje unikaliśmy. Nie było krzyku ani dramatycznych gestów. Tylko ciężar decyzji, która wisiała w powietrzu i czekała, aż ktoś ją w końcu wypowie.
Nie żałowałam decyzji
Usiedliśmy jeszcze raz tego samego wieczoru. Bez planu, bez przygotowanych zdań. Paweł wyjął z kieszeni klucze i położył je na stole. Dźwięk metalu był cichy, ale zabrzmiał jak kropka stawiana na końcu zdania.
– Nie chcę cię dalej ranić – powiedział. – Ani udawać, że wystarczy przeczekać.
Patrzyłam na te klucze i nagle poczułam ulgę, której się po sobie nie spodziewałam. Smutek był, oczywiście. Ścisnął mnie w klatce, ale obok niego pojawiło się coś jeszcze – spokój.
– Dziękuję, że w końcu mówisz wprost – odpowiedziałam. – Tego najbardziej mi brakowało.
Nie płakaliśmy. To zdziwiło nas oboje. Zaczęliśmy rozmawiać o rzeczach przyziemnych: kto zabierze książki, co z umową, kiedy najlepiej przewieźć rzeczy. Jak dwoje ludzi, którzy kiedyś byli sobie bardzo bliscy, a teraz próbują się rozstać z resztkami szacunku.
Następnego dnia Paweł wyjechał do siostry. Zostałam sama w mieszkaniu, które nagle wydało się większe. Z parapetu zabrałam ostatnią różę. Była już zupełnie sucha. Wyrzuciłam ją bez żalu.
Kilka tygodni później ktoś zapytał mnie, czy żałuję. Zastanowiłam się wtedy dłuższą chwilę. Żałowałam, że tak długo nie umieliśmy ze sobą rozmawiać. Że prosty gest, zwykłe róże, musiał stać się znakiem końca. Ale nie żałowałam decyzji. Bo czasem nieszczęście nie polega na tym, co się wydarza, tylko na tym, jak długo udajemy, że nic się nie dzieje. Dziś wiem jedno: wolę trudną prawdę niż piękne kwiaty bez znaczenia.
Anna, 38 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Znalazłam drogi prezent walentynkowy od męża i się ucieszyłam. 14 lutego okazało się, że wcale nie był nie dla mnie”
- „Na ferie w Tatry pojechałam razem z mężem, ale wróciłam sama. Tamtego dnia na stoku widziałam go ostatni raz”
- „Romantyczne ferie w Zakopanem to była porażka. Ukochany kręcił już od pierwszego dnia, aż wyszło szydło z worka”

