Reklama

Walentynki zawsze były dla mnie zwykłym dniem, który przechodził bez fajerwerków i bez rozczarowań. Z Ryśkiem nauczyliśmy się nie oczekiwać od siebie wielkich gestów, bo łatwiej było tak żyć. Dlatego kiedy tamtego poranka zadzwonił domofon, a ja usłyszałam, że ktoś ma dla mnie kwiaty, przez moment pomyślałam, że to pomyłka. Jeszcze nie wiedziałam, jak bardzo ten dzień wywróci wszystko, co uważałam za stabilne.

Byłam kompletnie zaskoczona

Kurier stał w progu z takim bukietem, że przez chwilę zastanawiałam się, czy w ogóle zmieści się w mieszkaniu. Czerwone róże, ciasno ułożone, świeże, pachnące intensywnie, jakby ktoś chciał nimi przykryć całe pomieszczenie.

– Kwiaty dla pani – powiedział, sprawdzając coś na ekranie telefonu.

– Och… dziękuję – odpowiedziałam niepewnie.

Podpisałam odbiór, a on podał mi kartkę wsuniętą między kwiaty. Inicjały. Te same, które widziałam setki razy pod krótkimi notatkami zostawianymi na lodówce. I jeszcze dopisek: „Tęsknię za tobą”. Nigdy tak do mnie nie mówił. Serce zabiło mi szybciej, zupełnie wbrew rozsądkowi.

Zamknęłam drzwi i oparłam się o nie plecami. Stałam tak dłuższą chwilę, patrząc na bukiet, jakby był czymś zaskakującym, a jednocześnie długo wyczekiwanym. Poczułam ciepło w klatce piersiowej i… palący wstyd. Bo jak to możliwe, że kilka kwiatów potrafiło wzruszyć mnie bardziej niż ostatnie miesiące naszego małżeństwa?

Rysiek nigdy nie był taki. Nie pamiętał dat, nie celebrował rocznic, a walentynki uważał za wymysł marketingowy. A jednak stałam w przedpokoju z dowodem, że może się myliłam. Albo że coś się zmieniło.

Postawiłam bukiet na stole w salonie. Dominował przestrzeń, był zbyt duży, zbyt krzykliwy jak na nasze spokojne, ciche życie. Usiadłam naprzeciwko i wpatrywałam się w niego, szukając logiki tam, gdzie była tylko nadzieja.

– Może chciał mnie zaskoczyć – powiedziałam na głos, choć nikt mnie nie słyszał.

Wyjęłam telefon i przez chwilę wahałam się, czy dzwonić. Bałam się, że jeśli usłyszę w jego głosie obojętność, cały czar pryśnie. Ale ciekawość była silniejsza.

– Halo? – odezwał się po kilku sygnałach.

– Rysiek… ja tylko… chciałam podziękować – zaczęłam ostrożnie.

– Za co? – zapytał bez wahania.

Zamarłam. Spojrzałam na bukiet, jakby mógł mi podpowiedzieć odpowiedź.

– Za kwiaty – dodałam ciszej.

Po drugiej stronie zapadła krótka pauza. Zbyt krótka, by była grą. Zbyt szczera.

– Natalia, ja niczego nie wysyłałem.

I wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że ten bukiet może być czymś więcej niż prezentem. Może być pytaniem, na które jeszcze nie byłam gotowa.

To było do niego niepodobne

Odłożyłam telefon i przez dłuższą chwilę siedziałam bez ruchu. W głowie wciąż słyszałam jego głos — spokojny, rzeczowy, pozbawiony nawet cienia zawahania. To nie był ton kogoś, kto próbuje coś ukryć. To bolało najbardziej.

Podeszłam do stołu i jeszcze raz wzięłam do ręki kartkę. Inicjały były wyraźne, starannie zapisane. Dokładnie takie, jakie stawiał Rysiek. „Tęsknię za tobą”... takich słów nigdy od niego nie słyszałam. Przez moment przyszło mi do głowy, że może to żart. Niezręczny, spóźniony, ale jednak żart. Szybko jednak porzuciłam tę myśl. To nie było w jego stylu. Zadzwoniłam ponownie.

– Jesteś pewien? – zapytałam, starając się, by mój głos brzmiał lekko.

– Oczywiście, że jestem – odpowiedział bez irytacji. – Skąd w ogóle ten pomysł?

To „skąd” zabrzmiało jak zarzut. Jakby problemem nie był bukiet stojący w naszym salonie, tylko moja wyobraźnia.

– Kurier powiedział, że dla mnie. Kartka jest podpisana…

– Natalia, ktoś musiał się pomylić – przerwał mi. – Nie rób z tego sensacji.

Poczułam, jak coś we mnie pęka. Nie dlatego, że zaprzeczył. Dlatego, że zrobił to tak łatwo. Jakby moje zdziwienie było niedorzeczne, a emocje przesadzone.

– Czyli mam oddać kwiaty? – zapytałam.

– Zrób, jak chcesz. Ja muszę wracać do pracy.

Rozłączył się pierwszy. Usiadłam na kanapie i spojrzałam na bukiet. Jeszcze rano był obietnicą, teraz stał się źródłem niepokoju. W mojej głowie zaczęłam odtwarzać ostatnie miesiące. Jego późne powroty, krótkie odpowiedzi. Ciszę, którą tłumaczyłam zmęczeniem. Telefon zawibrował, przyszła wiadomość od Ryśka. „Naprawdę, to nie ode mnie. Nie szukaj problemów tam, gdzie ich nie ma”.

Czytałam te słowa kilka razy. „Nie szukaj problemów” brzmiało jak prośba, ale i jak ostrzeżenie. Jakby prawda była czymś, czego lepiej nie dotykać. Wstałam i przesunęłam bukiet bliżej okna. Światło padało na płatki, wydobywając ich intensywną czerwień. Były piękne. I zupełnie nie na swoim miejscu. Po raz pierwszy pomyślałam, że jeśli to pomyłka, to nie tylko kuriera. Że coś w naszym życiu również trafiło pod zły adres.

Ten bukiet był dla mnie zagadką

Zostawiłam kwiaty w salonie, ale gdziekolwiek się ruszyłam, miałam wrażenie, że czuję ich obecność. Kiedy przechodziłam obok stołu, dosięgnął mnie ich zapach. Intensywny, niemal natarczywy, jakby domagał się uwagi. Ubrałam się do pracy wolniej niż zwykle, co chwilę wracając myślami do porannej rozmowy. W biurze ledwo zdążyłam zdjąć płaszcz, gdy koleżanki zaczęły się uśmiechać porozumiewawczo.

– Walentynki pełną parą, widzę – rzuciła Anka, wskazując na telefon, na którym wyświetlało się zdjęcie bukietu, które odruchowo wysłałam jej rano.

– Szczęściara – dodała inna. – Taki gest to marzenie.

Uśmiechnęłam się, ale był to uśmiech wyuczony. Kiwnęłam głową, jakbym faktycznie miała powód do dumy. Nie miałam siły tłumaczyć, że ten bukiet był dla mnie zagadką, nie prezentem.

Przez cały dzień pracowałam mechanicznie. Myśli uciekały do Ryśka. Przypominałam sobie, jak ostatnio odkładał telefon ekranem w dół. Jak wychodził na balkon, by „złapać zasięg”. Jak coraz częściej mówił, że wróci później, bo „coś się przeciągnęło”.

– Wszystko w porządku? – zapytała Anka, widząc, że gapię się w monitor bez ruchu.

– Tak, jasne – odpowiedziałam zbyt szybko.

Nie było w porządku. Każda minuta dokładała kolejne pytania. Jeśli to nie był on, to kto? I dlaczego kartka wyglądała tak znajomo? Po pracy nie chciałam wracać do domu. Krążyłam po sklepie, wkładając do koszyka rzeczy, których nie potrzebowałam. Odwlekałam moment konfrontacji z bukietem, który czekał w salonie jak dowód w sprawie.

Kiedy w końcu otworzyłam drzwi, zapach róż uderzył mnie z nową siłą. Płatki zaczynały się lekko rozwijać. Były świeże, zadbane. Ktoś naprawdę się postarał. Usiadłam naprzeciwko nich i nagle poczułam wstyd. Przez kilka godzin pozwoliłam sobie wierzyć, że byłam dla kogoś ważna. Że ten gest był odpowiedzią na mój cichy głód bliskości.

Telefon znów zawibrował. Wiadomość od Ryśka: „Będę późno. Dużo pracy”. Patrzyłam na ekran, a potem na bukiet. Po raz pierwszy dopuściłam do siebie myśl, że prawda nie tylko mnie zrani, ale też zmusi do spojrzenia na nasze małżeństwo bez usprawiedliwień. I wiedziałam już, że wieczór nie skończy się spokojnie.

To był początek naszych problemów

Rysiek wrócił późno. Usłyszałam klucz w zamku i od razu poczułam napięcie w karku, jakby ciało przygotowywało się na coś, czego głowa jeszcze nie chciała nazwać. Stałam w kuchni, ale nie udawałam, że gotuję. Po prostu czekałam.

– Hej – powiedział, zdejmując buty.

– Cześć – odpowiedziałam i dopiero wtedy wyszłam do przedpokoju.

Zatrzymał się, gdy zobaczył bukiet w salonie. Przez ułamek sekundy. Wystarczająco długo, żebym to zauważyła. Potem znów był sobą — spokojny, zamknięty, jakby nic się nie działo.

– Nadal tu są? – rzucił.

– A gdzie miałyby być? – zapytałam.

Wzruszył ramionami i przeszedł dalej, ale już wiedziałam, że ten wieczór nie skończy się na wymijających zdaniach. Usiadł na kanapie, oparł łokcie na kolanach. Wyglądał na zmęczonego. Ja byłam zmęczona bardziej.

– Rozmawiałam dziś z kurierem – skłamałam, patrząc mu w oczy.

– I co? – zapytał, nie podnosząc wzroku.

Serce zaczęło mi bić szybciej.

– Sprawdził zamówienie. Kwiaty nie były dla mnie.

Uniósł głowę gwałtownie. Zobaczyłam w jego oczach coś, czego wcześniej tam nie było. Nie złość ani nie obojętność, tylko strach. Czyli trafiłam.

– To bez sensu – powiedział po chwili. – Pewnie jakiś błąd w systemie.

– Rysiek… – zaczęłam, ale mi przerwał.

– Naprawdę chcesz ciągnąć ten temat? – zapytał ostrzej. – To tylko kwiaty.

Wstałam. Podeszłam do stołu i dotknęłam jednego z płatków. Był chłodny.

Dla kogo były? – zapytałam cicho.

Zapadła cisza. Długa, ciężka. Rysiek przesunął dłonią po twarzy, jakby nagle postarzał się o kilka lat.

– Miały przyjść do biura – powiedział w końcu. – Pewnie przypadkiem podałem domowy adres...

Kto miał je dostać? – naciskałam.

Wziął głęboki oddech. Już nie uciekał wzrokiem.

– Iwona.

To imię zawisło między nami jak coś, czego nie da się cofnąć. W tamtej chwili zrozumiałam, że bukiet to był dopiero początek naszych problemó.

Byłam taka naiwna

Nie zaprzeczył. To było najgorsze. Nie próbował się wycofać, nie udawał, że źle usłyszałam. Po prostu siedział i patrzył gdzieś obok mnie, jakby już wiedział, że nie ma sensu niczego łagodzić. W jego oczach widziałam rezygnację. Jakby od dłuższego czasu mu to ciążyło i tylko czekał na moment, kiedy w końcu to z siebie zrzuci.

– Od kiedy? – zapytałam.

– Od kilku miesięcy – odpowiedział po chwili. – Ja... nie planowałem tego.

Parsknęłam krótkim, suchym śmiechem.

– Tego się raczej nie planuje, prawda?

Podniósł wzrok. Widziałam w nim zmęczenie, ale nie skruchę. Raczej ulgę, że nie musi już pilnować słów.

– To się zaczęło od rozmów. Ona mnie rozumiała. Była obok, kiedy… – urwał.

– Kiedy mnie nie było? – dokończyłam za niego.

Nie zaprzeczył.

– A kwiaty? – zapytałam, wskazując bukiet. – One też były „bez znaczenia”?

To miał być miły gest. Nic więcej.

„Miły gest”. Te same słowa, które rano niemal doprowadziły mnie do łez wzruszenia. Poczułam, jak robi mi się słabo.

– A ja? – zapytałam. – Ja byłam tylko pomyłką? Jak cała ta farsa?

Wstał, jakby chciał podejść bliżej, ale odsunęłam się instynktownie.

Nie dotykaj mnie – powiedziałam spokojnie, co chyba zaskoczyło nas oboje.

W tamtej chwili wszystko się ułożyło. Późne powroty, cisza, chłód. Ten bukiet jedynie potwierdził coś, co działo się od dawna. Tylko ja nie chciałam tego widzieć.

Nie umiałam odejść

Zostałam sama w salonie. Rysiek zamknął się w sypialni, jakby kilka ścian mogło nas od siebie oddzielić bardziej niż słowa. Usiadłam na podłodze naprzeciwko stołu i patrzyłam na kwiaty. Nadal były piękne, nadal robiły wrażenie. Tylko ja już nie potrafiłam na nie patrzeć bez goryczy.

Złość przyszła później. Najpierw było upokorzenie. To, że przez kilka godzin chodziłam z uniesioną głową, przyjmując gratulacje. Że czułam się zauważona dzięki gestowi, który nigdy nie był dla mnie. Pomyślałam o Iwonie. O tym, że miała dostać ten bukiet. Że może czekała. Że ktoś inny miał poczuć to ciepło, którego ja tak łaknęłam.

Następnego dnia bukiet stał wciąż w salonie, choć zaczynał tracić świeżość. Płatki zaczynały brązowieć na brzegach, a zapach nie był już tak intensywny. Cała ta chwila, która wydawała się tak ważna, rozmywała się w codzienności, która wciąż trwała, jakby nic się nie wydarzyło.

Rysiek nie wrócił do domu tego dnia ani na obiad, ani na kolację. Nie odezwał się przez większość wieczoru, wrócił późno. To nie było nic nowego. Właściwie od dawna tak było, tylko teraz każdy moment ciszy niósł ze sobą inne znaczenie.

W nocy weszłam do sypialni. Rysiek spał, jak zawsze, w tej samej pozycji, z ręką pod głową. Wiedziałam, że nic się nie zmieni. Ani on, ani ja. I choć całe ciało wołało, żeby coś z tym zrobić, żeby nie zostawać w tym miejscu, serce podpowiadało coś innego. Może nie umiałam odejść. Może nie potrafiłam zniknąć tak po prostu.

Patrzyłam na niego przez chwilę, a potem wyszłam. Cała siła, którą przez lata wkładałam w to małżeństwo, opadła, jak liść z drzewa. Usiadłam przy stole. Bukiet, który przez chwilę wydawał się czymś szczególnym, teraz stał tylko jako przypomnienie. Przypomnienie, że łatwo jest żyć w iluzji, że można się oszukiwać, czekać na coś, czego nigdy się nie dostanie.

To nie zdrada mnie najbardziej bolała, nie ta kłamliwa miłość, którą udało mu się zbudować dla kogoś innego. Bolała mnie ta godzina, te kilka chwil, w których myślałam, że coś się zmieniło. Że wreszcie zostanę zauważona. Nie wiedziałam jeszcze, co zrobię. Zostanę, wyjadę? To nie miało już znaczenia. Największą prawdą tego dnia było to, że życie już się toczyło dalej — bez względu na to, co się wydarzyło. A ja? Zostałam z bukietem, który nie był dla mnie.

Natalia, 42 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama