Reklama

Mieszkanie po śmierci męża ucichło w sposób, którego nie dało się zagłuszyć radiem ani rutyną. Poranki miały ten sam smak, wieczory ten sam ciężar. Przez lata byłam czyjąś żoną, czyjąś połową, a potem zostałam tylko sobą — nie do końca wiedząc, kim ta „ja” właściwie jest. Wyjazd do sanatorium budził we mnie lęk nie przed obcymi ludźmi, lecz przed emocjami, które mogły się odezwać. Pierwsze dni turnusu spędziłam na obserwowaniu innych, czując się niewidzialna, jakby kobieta po sześćdziesiątce nie miała już prawa być zauważona.

Serce zabiło mi szybciej

Poznałam go w miejscu, w którym najmniej się tego spodziewałam — w kolejce na zabieg. Stałam oparta o chłodną ścianę, ściskając w dłoni kartkę z numerem, kiedy usłyszałam za plecami spokojny, trochę ironiczny głos.

– Jeśli to ma być relaks, to ktoś chyba zapomniał poinformować o tym personel.

Odwróciłam się i zobaczyłam mężczyznę z lekkim uśmiechem, takim, który nie był nachalny, ale też nie obojętny. Miał na sobie sweter narzucony niedbale na ramiona i spojrzenie, które zatrzymało się na mnie o sekundę dłużej, niż wypadało przypadkowemu rozmówcy.

– Widocznie relaks zaczyna się dopiero po zabiegach – odpowiedziałam, sama zdziwiona, że mój głos nie zadrżał.

– Roman – przedstawił się bez pośpiechu. – A pani?

– Krystyna.

Powiedział to imię tak, jakby je smakował. Poczułam ukłucie niepokoju, ale i coś jeszcze — dawno zapomniane ciepło, które rozlało się gdzieś pod żebrami. Od tamtej chwili zaczęliśmy wpadać na siebie „przypadkiem”. Raz przy stoliku w jadalni, innym razem na korytarzu. Roman zawsze miał dla mnie kilka słów, drobny komentarz, pytanie, które nie było grzecznościowe. Zauważał szczegóły.

– Ładnie pani dziś wygląda – powiedział pewnego popołudnia, kiedy mijał mnie w holu. – Ten kolor dobrze współgra z pani oczami.

Zawstydziłam się jak dziewczyna, która nie wie, co zrobić z komplementem. Przez resztę dnia łapałam swoje odbicie w szybach, zastanawiając się, czy naprawdę mogę jeszcze „ładnie wyglądać”. Wieczorem opowiedziałam o nim Irenie, mojej współlokatorce.

– Uważaj – rzuciła, poprawiając włosy przed lustrem. – Tutaj wszystko jest tymczasowe. Nawet ludzie.

Zignorowałam jej słowa. Chciałam wierzyć, że to zainteresowanie jest prawdziwe. Jednocześnie czułam narastające poczucie winy. Myśl o tym, że pozwalam sobie na te rozmowy, na te spojrzenia, bolała jak zdrada wobec kogoś, kogo już nie było. A jednak, gdy następnego dnia Roman zaproponował wspólny spacer po parku, zgodziłam się bez wahania. Serce biło mi szybciej, jakby chciało przypomnieć, że wciąż potrafi reagować.

Miałam motyle w brzuchu

Spacer, który miał być krótki i niewinny, przeciągnął się do wieczora. Park był cichy, a ja mówiłam więcej, niż planowałam. Roman słuchał uważnie, nie przerywał, czasem tylko kiwał głową, jakby naprawdę chciał zrozumieć. To było dla mnie nowe uczucie — być wysłuchaną, a nie tylko wysłuchującą.

Dawno się tak nie śmiałam – przyznałam, kiedy zatrzymaliśmy się przy ławce.

– To dobrze – odpowiedział. – Śmiech odmładza bardziej niż wszystkie te zabiegi razem wzięte.

Od tamtego dnia zaczęliśmy spędzać razem coraz więcej czasu. Wspólne posiłki stały się czymś oczywistym. Czekałam na nie z niecierpliwością, jakby były punktem kulminacyjnym całego dnia. Zauważyłam, że rano szybciej się szykuję, wybieram ubrania z większą uwagą. Patrzyłam na siebie w lustrze nie z krytyką, ale z ciekawością.

Czułam się potrzebna. Ważna. Jakby ktoś nagle przypomniał mi, że nie jestem tylko wdową, matką dorosłego syna i lokatorką cichego mieszkania.

– Wiesz, że masz bardzo spokojny sposób mówienia? – powiedział pewnego wieczoru. – To się rzadko spotyka.

Takie zdania zostawały ze mną na długo. Nosiłam je w sobie jak drobne skarby, wracając do nich myślami w samotnych chwilach. Irena patrzyła na mnie coraz bardziej uważnie.

– Widzę, że prawie fruwasz nad ziemią – rzuciła któregoś popołudnia. – Tylko pamiętaj, gdzie jesteś.

– Przestań – odpowiedziałam zbyt ostro. – Nie wszyscy szukają tu rozrywki.

– Właśnie dlatego mówię – westchnęła. – Jedni szukają zabawy, inni sensu. Rzadko da się to pogodzić.

Nie chciałam jej słuchać. W mojej głowie zaczęły pojawiać się myśli, których wcześniej unikałam. Jakby to było, gdybyśmy się spotkali po powrocie? Czy zadzwoniłby? Czy ja miałabym odwagę odebrać? Motyle w brzuchu były coraz silniejsze. A ja pozwalałam im latać, ignorując fakt, że mogą mnie ponieść za wysoko.

Robiłam sobie nadzieje

Z każdym kolejnym dniem coraz trudniej było mi udawać, że to, co się między nami dzieje, jest lekkie i niewinne. Roman potrafił jednym gestem sprawić, że świat zwalniał. Kiedy szliśmy obok siebie, czasem dotykał mojej dłoni, jakby przypadkiem, a ja wtedy wstrzymywałam oddech, bo bałam się, że jeśli go wypuszczę, wszystko się rozsypie.

Nie mówiłam głośno o swoich oczekiwaniach. One żyły we mnie po cichu, karmione drobiazgami: tym, że czekał na mnie przed jadalnią, że pytał, jak się czuję, że pamiętał o rzeczach, które powiedziałam mimochodem. Zaczęłam się bać końca turnusu, liczyć dni nie do wyjazdu, lecz do rozstania.

– Co będziesz robił, jak wrócisz do domu? – zapytałam któregoś popołudnia, udając obojętność.

– Zobaczymy – odpowiedział lekko. – Życie lubi zaskakiwać.

Ten brak konkretu powinien mnie otrzeźwić, ale zamiast tego obudził we mnie nadzieję. Pomyślałam, że może po prostu nie chce wybiegać w przyszłość. Że może boi się tak jak ja. Wieczorami, gdy wracałam do pokoju, Irena patrzyła na mnie uważnie.

– Chodzisz z głową w chmurach – powiedziała cicho. – Tylko uważaj, bo upadek może być bolesny.

Nie odpowiedziałam. Bałam się, że jeśli nazwę to, co czuję, stanie się zbyt prawdziwe. A prawda zawsze niesie ryzyko.

Zdarzały się chwile ciszy między nami, które nie były niezręczne. Siedzieliśmy obok siebie, patrząc w dal, a ja myślałam, że właśnie tak mogłaby wyglądać codzienność. Prosta, spokojna. Im bliżej było końca turnusu, tym mocniej ściskało mnie w środku. Zaczęłam się zastanawiać, czy odważę się zapytać wprost. I czy zniosę odpowiedź, jeśli nie będzie taka, jakiej pragnęłam.

To była tylko iluzja

Ostatnie dni sanatorium miały w sobie nerwową ciszę, której wcześniej nie było. Ludzie pakowali walizki, wymieniali numery telefonów, obiecywali sobie kontakt. Ja chodziłam jak w lekkim oszołomieniu, udając przed sobą, że to tylko zwykłe pożegnania, a nie coś, co dotyczy także mnie.

Roman był wciąż obecny, ale jakby o krok dalej. Nadal się uśmiechał, żartował, lecz unikał tematów wybiegających poza „tu i teraz”. Zaczęłam łapać się na tym, że każde jego słowo analizuję z niepokojem.

– Jutro ostatni zabieg – powiedziałam pewnego wieczoru, kiedy szliśmy powoli alejką. – Ten czas strasznie szybko minął.

– Zawsze mija szybko – odpowiedział. – Może to i dobrze.

Zatrzymałam się. Poczułam, że jeśli teraz nie zapytam, nie zrobię tego nigdy.

– Roman… a co będzie potem? – zapytałam w końcu. – Po powrocie do domu.

Spojrzał na mnie z lekkim zdziwieniem, jakby to pytanie było dla niego czymś zupełnie nieoczekiwanym. Wzruszył ramionami.

– Potem każdy wraca do swojego życia, Krysiu. Tak to działa.

Serce zaczęło mi bić nierówno.

– Myślałam… – zaczęłam, ale zabrakło mi słów.

Nie komplikujmy tego – przerwał łagodnie. – Było miło, oboje tego potrebowaliśmy. Ale to był tylko czas sanatorium.

Te słowa spadły na mnie jak zimna woda. Nagle wszystko stało się jasne, aż boleśnie. Spojrzenia, gesty, ciepło — wszystko miało swój termin ważności. Nie pamiętam, co odpowiedziałam. Pamiętam tylko, że wróciłam do pokoju i usiadłam na łóżku, nie zdejmując płaszcza. Irena nic nie powiedziała. Wystarczyło jedno spojrzenie.

Iluzja pękła cicho, bez krzyku. A ja zostałam z uczuciem, że uwierzyłam w coś, co istniało tylko dla mnie.

Niczego nie żałowałam

Wróciłam do mieszkania późnym popołudniem. Drzwi zamknęły się za mną tym samym głuchym dźwiękiem co zawsze, ale cisza była inna. Jakby cięższa, a jednocześnie bardziej świadoma. Postawiłam walizkę w przedpokoju i długo na nią patrzyłam, nie mając siły jej rozpakować. Każda rzecz w środku była dowodem na to, że przez kilka tygodni żyłam inaczej.

Usiadłam w kuchni przy stole, przy którym przez lata piliśmy z mężem poranną herbatę. Tym razem nie bolało mnie wspomnienie jego nieobecności. Bolało coś innego. Moja własna naiwność. Telefon zadzwonił wieczorem.

– Cześć, mamo – głos Pawła był spokojny, jak zawsze. – Już jesteś?

– Jestem – odpowiedziałam. – Właśnie wróciłam.

– I jak sanatorium? Pomogło?

Zawahałam się.

– Tak… i nie – powiedziałam w końcu.

– To znaczy?

– To znaczy, że przypomniało mi, że wciąż coś czuję – dodałam ciszej.

Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.

– Najważniejsze, żebyś była zdrowa – stwierdził. – Reszta… jakoś się poukłada.

Uśmiechnęłam się smutno. Wiedziałam, że nie zapyta o szczegóły. Zawsze trzymał emocje na dystans, jakby bał się, że nadmiar uczuć mógłby coś zburzyć.

Po rozmowie długo siedziałam przy zgaszonym świetle. Myślałam o Romanie, o tym, jak łatwo przyszło mu oddzielić to, co było dla mnie całym światem, od swojej codzienności. Czułam wstyd, ale też coś na kształt wdzięczności. Przez chwilę byłam znów kobietą, nie tylko rolą.

Nie żałowałam, że pojechałam. Żałowałam tylko, że uwierzyłam w cud, który nie był dla mnie przeznaczony. Ale skoro potrafiłam jeszcze poczuć radość i ból, to znaczyło, że serce wciąż działa. Nawet jeśli teraz musiało znowu nauczyć się ostrożności. Nie wiedziałam, czy jeszcze komuś zaufam. Wiedziałam jedno: nie byłam martwa w środku. A to było jednocześnie moją siłą i moim przekleństwem.

Krystyna, 63 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama