Reklama

Nasz dom płonął. Strażacy się uwijali, ale mogliśmy tylko patrzeć, jak wszystko zmienia się w obrzydliwą masę popiołu zmieszanego z wodą używaną do gaszenia pożaru. Do tego, co zostało z naszego pięknego domu mogliśmy wejść dopiero następnego dnia, kiedy pogorzelisko ostygło na tyle, by było to bezpieczne.

Daria płakała, ja rozglądałem się ze zgrozą w oczach, próbując odgadnąć, czym jest stopiona, sczerniała plama plastiku w kuchni albo jakim cudem mój fotel wypalił się od środka, a dywan pod nim był ledwie osmalony.

– Zaczniemy wszystko od nowa – powiedziałem do żony, kiedy wróciliśmy do jej siostry. – Będziemy jak feniks. Dobrze, kochanie? Będziesz moim feniksem?

Straciliśmy cały majątek

Starałem się jakoś oderwać jej myśli od tego, co zobaczyliśmy. Od tego, że straciliśmy nie tylko cały majątek, ale też wszystko, co miało dla nas wartość pamiątkową. Musieliśmy nie tylko na powrót postawić ściany i kupić nowe meble; mieliśmy też przed sobą stworzenie nowych wspomnień, bo to, co nam przypominało o latach spędzonych razem, dzieciństwie naszych synów, słonecznych wakacjach i krokach milowych w życiu naszej rodziny spłonęło bezpowrotnie.

Kolejne tygodnie upłynęły nam na sprzątaniu, walce z formalnościami i próbami uzyskania odszkodowania, które były z zapałem torpedowane przez towarzystwo ubezpieczeniowe, robieniem kosztorysu strat i gorączkowym szukaniem pieniędzy gdzie tylko się dało.

– Najważniejsze są podłogi i ściany – mówiłem do szefa ekipy fachowców, który rozglądał się po pogorzelisku. – Chcemy się jak najszybciej wprowadzić z powrotem.

Matka Darii dała nam swoje oszczędności, żebyśmy mogli zacząć remont, mój brat przyjechał pomóc w pracach budowlanych, ale na tym pomoc rodziny się skończyła. Szwagierka wprawdzie gościła nas przez kilka tygodni, ale nie dała rady pożyczyć nam żadnych pieniędzy. Moi rodzice nie żyli… Pieniądze z polisy były blokowane kolejnymi procedurami i odwołaniami, nasze pisma ponaglające „ginęły”, odsyłano nas, nie mogliśmy nawet odbudować kuchni.

Nie prosiliśmy o pieniądze

Ktoś dał nam lodówkę, bo właśnie wymieniał na nowszy model, koleżanka z pracy Darii powiedziała, że może nam ofiarować dziesięcioletni komplet wypoczynkowy, jeśli po niego przyjedziemy furgonetką. Ktoś podarował nam zasłony i dywan. Wprowadziliśmy się z powrotem do domu, kiedy ściany i podłogi były gotowe, a w kuchni stała lodówka i kuchenka kupiona na kredyt. Tych kredytów nie mogliśmy zaciągać zbyt wielu, bo przecież trzeba je było potem spłacić.

– Tato, przyjadę wam pomóc – zaofiarował się młodszy syn, ale kazałem mu zająć się studiami.

Był na medycynie, uczył się do egzaminów, nie mogłem go angażować. Drugiemu właśnie urodziło się dziecko, więc wpadł jedynie na dwa dni z bagażnikiem pełnym ubrań i kosmetyków, które jego żona – przed ciążą nosząca ten sam rozmiar co Daria – oddała teściowej. Słyszałem jak wieczorem żona dziękowała synowej za ten gest solidarności. Wcześniej nie przyszło mi do głowy, że może brakować jej takich trywialnych rzeczy jak balsam do ciała czy farba do włosów.

Cieszyłem się, że Monika o wszystkim pomyślała, bo Daria nie wydałaby złotówki na nic, czego nie dało się kupić w składzie materiałów budowlanych. Cieszyliśmy się z każdej pomocy, tej większej – jak bon do sklepu meblowego, na który złożyli się koledzy i koleżanki z mojej pracy, czy drobniejszej – jak piękna paprotka, którą przyniosła nam pani ze sklepu nieopodal, bo domyśliła się, że nasze rośliny zginęły w ogniu.

To było przykre

Sąsiedzi częstowali nas domowymi obiadami i pomagali przy sprzątaniu pogorzeliska. Docenialiśmy to i obiecywaliśmy, że kiedy tylko będzie to możliwe, zaprosimy wszystkich na dziękczynnego grilla. Byli jednak też tacy, którzy zerwali z nami kontakty. Na początku sądziłem, że to przypadek, kiedy znajomy, z którym od czasu do czasu jeździłem na grzyby, nie odpisywał na moje wiadomości. Nie chciałem go prosić o pomoc, tylko zapytać o kontakt do fachowca, który robił mu przyłącze gazowe, ale chyba założył to pierwsze, bo ignorował mnie uporczywie. Zniknęła też cała grupa znajomych, którzy dotąd kontaktowali się z nami przez Facebook – głównie takich z poprzednich prac i dawnych szkół. Byli tacy, którzy napisali, że im przykro, a potem się nie odzywali, a jeszcze inni na nasz apel o pomoc rzeczową czym prędzej nas zablokowali w mediach społecznościowych.

– Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie – powiedziałem do Darii, kiedy kolega, któremu kiedyś zupełnie za darmo pomogłem w stresującej i trwającej wiele tygodni walce z urzędem skarbowym odpowiedział mi dość obcesowo, że nie może dać mi zniżki na swoje usługi transportowe, bo „każdy musi z czegoś żyć”.

W końcu jednak firma ubezpieczeniowa wypłaciła nam pieniądze z polisy i mogliśmy dokończyć remont i meblowanie domu. Oddaliśmy pożyczone pieniądze i zgodnie z obietnicą zaczęliśmy planować przyjęcie dla naszych przyjaciół i bliskich, by okazać im wdzięczność za wsparcie. Wiosna tamtego roku była chłodna, postanowiliśmy urządzić imprezę w domu.

Podzwoń po wszystkich, którzy nam pomogli, i zaproś ich – poprosiła.

To cenna lekcja

Każdej z osób, która w jakikolwiek sposób nas wsparła podziękowaliśmy indywidualnie. Na przyjęciu pojawili się wszyscy nasi dobroczyńcy. Daria przeszła samą siebie – były wyrafinowane potrawy i zupełnie jak na weselu. Każdy z gości dostał też od nas „Honorowy Dyplom Dobrego Człowieka” i koszyczek drobiazgów przy wyjściu. Wszyscy byli wzruszeni i chyba trochę zaskoczeni. Ale jeszcze bardziej zaskoczeni byliśmy my, kiedy odezwały się do nas trzy osoby spośród tych, które nas unikały po pożarze.

Nagle „przypomnieli” sobie starego znajomego, chcieli zapraszać na grzyby i na działeczkę. Nie skorzystaliśmy z tych zaproszeń. Mamy dość przyjaciół i mnóstwo planów na nadchodzącą wiosnę. I mówię „przyjaciół” z pełną odpowiedzialnością, bo to są osoby, które pomogły nam w przysłowiowej biedzie. Część z nich – jak naszą dobrą znajomą, właścicielkę sklepu nieopodal – poznaliśmy dopiero niedawno. Jeśli kiedykolwiek ktoś z nich będzie potrzebował wsparcia, będziemy przy nim. A na razie po prostu umawiamy się na grillowanie!

Wojciech, 59 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama