„Gdy się rozwiodłam, poczułam wiatr we włosach. Flirtowałam z wieloma facetami i pozwalałam im poznać moją duszę”
„Nie wszystkie spotkania były dobre. Nie wszystkie dłonie miały ciepło, które koiło. Czasem trafiałam na takich, co mylili szczerość z bezczelnością, a samotność z desperacją. Jeden z nich – Damian – pojawił się nagle, pewny siebie, z tekstami wyjętymi z tanich filmów”.

Po rozwodzie wszystko się zmieniło. Nagle mogłam oddychać pełną piersią, robić to, na co mam ochotę, bez tłumaczenia się komukolwiek. Przez lata byłam żoną, matką, gospodynią. A gdzieś po drodze zapomniałam, kim jestem naprawdę. Kiedy wróciłam do pustego mieszkania, nie poczułam strachu – poczułam ekscytację. Postanowiłam, że dam sobie przyzwolenie na życie bez scenariusza. Flirtowałam, spotykałam się z różnymi mężczyznami, słuchałam ich historii i pozwalałam, by poznawali moją. Bez planu, bez presji. To był czas odkryć, drobnych przyjemności i nieoczekiwanej wolności. Tylko mój czas. I dobrze mi z tym było.
Pierwszy uśmiech w windzie
To był zwykły wtorek. Wracałam do domu po pracy, z siatką zakupów i głową pełną myśli. Winda była zapchana, weszłam ostatnia. Zrobiłam krok do przodu i wtedy poczułam na sobie jego spojrzenie. Miał może czterdzieści parę lat, zarost kilkudniowy, oczy ciemne i uśmiech, który mówił: „wiem, kim jestem”. Uśmiechnęłam się odruchowo. Tylko na sekundę. On też. Nie powiedzieliśmy ani słowa, ale ta krótka wymiana spojrzeń była dla mnie jak trzęsienie ziemi.
Wysiadł dwa piętra przede mną. Wysiadł, odwrócił się jeszcze i mrugnął. Tak po prostu. Jakbyśmy się znali od lat. A ja stałam w tej windzie, z wciśniętym przyciskiem i głupim uśmiechem na twarzy. Nie znałam jego imienia, ale przez cały wieczór myślałam tylko o nim.
– Głupia jesteś – mówiłam do siebie, nalewając wina do kieliszka. – Przecież nawet nie zagadał.
A jednak coś we mnie drgnęło. Po raz pierwszy od dawna poczułam, że jestem kobietą, a nie tylko byłą żoną. Usiadłam na kanapie, wyciągnęłam telefon i… założyłam konto na portalu randkowym.
Randki bez ciśnienia
Zaczęło się niewinnie – jeden wieczór, jedno spotkanie, które miało być tylko dla zabicia czasu. Poszłam na pierwszą randkę bez większych oczekiwań. On miał na imię Igor, był rozwiedziony, nosił okulary i mówił wolno, jakby każde słowo musiał zważyć. Trochę się denerwował, ja zresztą też. Piliśmy białe wino, on opowiadał o tym, jak trudno być ojcem na pół etatu, a ja słuchałam, nie oceniając. Na koniec pocałował mnie w policzek, a ja poczułam ciepło, jakiego dawno nie czułam.
Tydzień później byłam na kolacji z Wojtkiem – elegancki, starszy ode mnie, bardzo konkretny. Powiedział prosto z mostu, że nie szuka żony, tylko towarzyszki do kina, seksu i rozmów. Zamiast się oburzyć, zaśmiałam się. Sama nie wiedziałam, czego szukam, więc czemu nie? Poszliśmy potem na spacer nad Wisłą. Przytulił mnie i było mi z tym dobrze.
Z czasem randki stały się moją małą przygodą. Czasem śmieszne, czasem niezręczne, ale zawsze coś wnosiły. Nie grałam roli idealnej kobiety. Byłam sobą – czasem cichą, czasem rozgadaną, czasem emocjonalną do przesady. I odkryłam, że to wystarcza.
Wieczory w męskich ramionach
Latem wszystko wydawało się łatwiejsze. Nawet samotność smakowała lżej, kiedy słońce zachodziło powoli, a powietrze pachniało rozgrzanym asfaltem i bzami z osiedlowych ogródków. Spotykałam się wtedy z Michałem – barczysty, ciepły, z takim spokojem w głosie, że potrafił wyciszyć cały mój chaos. Nie byliśmy w sobie zakochani, nie używaliśmy wielkich słów. Po prostu spędzaliśmy razem czas.
Graliśmy w planszówki, gotowaliśmy makaron o północy, piliśmy prosecco z plastikowych kubków na ławce pod blokiem. Czasem mnie całował – powoli, bez pośpiechu, jakby niczego ode mnie nie chciał. I może właśnie dlatego tak chętnie wracałam.
– Jesteś piękna, wiesz? – powiedział kiedyś, leżąc obok mnie na kocu w parku. – W twoich oczach coś ciągle się dzieje. Jakbyś nie dawała się światu nudzić.
Uśmiechnęłam się. Nie odpowiedziałam. Zaczęłam wtedy rozumieć, że nie każdy mężczyzna musi mnie ocalić. Nie każdy związek musi zmierzać do ślubu. Z Michałem było lekko, bez oczekiwań. Nie pytał, gdzie byłam wczoraj. Ja nie pytałam, do kogo wróci dziś. I w tej niepełnej bliskości znalazłam coś, czego nie miałam od lat – święty spokój.
Kiedy powiedziałam „nie”
Nie wszystkie spotkania były dobre. Nie wszystkie dłonie miały ciepło, które koiło. Czasem trafiałam na takich, co mylili szczerość z bezczelnością, a samotność z desperacją. Jeden z nich – Damian – pojawił się nagle, pewny siebie, z tekstami wyjętymi z tanich filmów. Wysłał mi bukiet róż jeszcze przed pierwszym spotkaniem. Mówił, że jestem kobietą jego życia. Że nigdy takiej nie spotkał. Że czuje, jakbyśmy znali się od zawsze. A ja, głodna czułości, przez moment chciałam w to wierzyć.
Na kolacji zalał mnie komplementami i czerwonym winem. Potem, kiedy powiedziałam, że chcę wrócić do domu sama, jego uśmiech zniknął.
– No co ty, przecież się świetnie bawimy – powiedział, nachylając się zbyt blisko.
– Nie dziś – odpowiedziałam stanowczo, odsuwając się.
I wtedy zobaczyłam to coś w jego oczach. Zniecierpliwienie. Obrażoną dumę. Odszedł bez słowa, nie zapłacił rachunku. Wróciłam sama do domu i po raz pierwszy nie było mi smutno. Byłam z siebie dumna. Nie szukałam księcia. Nie chciałam zbawcy. Nie byłam już tą, co milczy, żeby komuś było wygodnie. Tego wieczoru zrozumiałam jedno – moje „nie” też ma wartość.
Kobieta, którą się stałam
Któregoś dnia spojrzałam w lustro i nie poznałam kobiety, która patrzyła na mnie z drugiej strony. Miała mocniejszy makijaż niż zwykle, lekko potargane włosy, uśmiechnięte oczy i coś jeszcze – pewność. Tak, właśnie to. Nie musiała już nikomu niczego udowadniać. Już nie była tą, którą zostawiono. Nie była „byłą”. Była sobą.
Nie liczyłam już, ile było tych spotkań, pocałunków, rozmów nad winem, randek, które zaczynały się od „czym się zajmujesz?” i kończyły niezręcznym „to był miły wieczór”. Każde coś mi dało. Niektóre tylko naukę. Inne – miłe wspomnienia. Kilka zostawiło ślad, który czułam długo potem. Ale najważniejsze, że nigdy już nie wchodziłam w to z lęku. Chciałam. Miałam wybór.
Czasem wracałam do domu po randce i płakałam. Bo czułam, że chciałabym już przestać szukać. Że mam dość. A potem robiłam sobie herbatę, owijałam się kocem i mówiłam do siebie: jeszcze nie dziś. Jeszcze nie czas. I wcale nie było mi źle. Byłam kobietą, która się zmieniała. Nie po to, by przypodobać się innym. Ale po to, by siebie w końcu polubić.
Smak własnej wolności
Dziś nie chodzę już na randki z aplikacji. Nie dlatego, że się zawiodłam. Po prostu przestałam tego potrzebować. Wolę wieczory z książką, przyjaciółką na telefonie albo spacerem bez celu. Mam w głowie więcej ciszy niż kiedyś. Nie gonię. Nie szukam potwierdzenia w oczach innych. Lubię siebie. Lubię swoje życie – niedoskonałe, pełne zakrętów, czasem puste, ale moje.
Mężczyźni nadal się zdarzają. Czasem ktoś podejdzie w księgarni, zaproponuje kawę, czasem znajomy z dawnych lat zaprosi na kolację. Nie uciekam przed tym. Ale nie wchodzę też w nic tylko po to, żeby nie być sama. Już wiem, że samotność nie jest klątwą. Jest wyborem. A wolność… smakuje jak wiatr we włosach na rowerze po deszczu. Jak śmiech o trzeciej nad ranem. Jak taniec w kuchni w za dużej koszuli.
Nie żałuję niczego. Ani rozwodu, ani przelotnych znajomości, ani chwil, gdy bolało. To wszystko było częścią drogi do miejsca, w którym dziś jestem. I choć nie wiem, co jeszcze mnie czeka, nie boję się. Bo już nie jestem kobietą, która czeka, aż ktoś ją wybierze. Jestem kobietą, która wybrała samą siebie.
Renata, 42 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Zobaczyłem, ile moja żona wkłada do koperty dla księdza i oniemiałem. Wszystkie moje zaskórniaki przepadły”
- „Z niczym nie mogę nadążyć i nic nie ogarniam. Nie wiem jak to jest, że inne matki mają czas dla siebie”
- „Mam za złe dzieciom, że zabrały mnie ze wsi do miasta. Wolę swój mały domek pod lasem niż ich zimne pałace”

