Reklama

Szybko wyszłam za mąż, bo wydawało mi się, że w ten sposób ucieknę od niepewności. Mieszkanie w bloku z wielkiej płyty miało być początkiem dorosłego życia – swojego, poukładanego. Tymczasem dni zaczęły się zlewać w jedną, powtarzalną całość. Kamil wychodził na nocne zmiany, a ja zasłaniałam firanki i zostawałam sama z ciszą. W oknach bloku naprzeciwko świeciły się światła. W jednym z nich ktoś zaczął patrzeć na mnie uważniej, niż robił to mój własny mąż.

Spędzałam samotne noce

Z Kamilem coraz częściej mijaliśmy się jak obcy ludzie.

– Zostawiłaś znowu niedomyty kubek – rzucił któregoś wieczoru, zakładając kurtkę.

– A ty znowu nie zapłaciłeś rachunku na czas – odpowiedziałam, nie odrywając wzroku od stołu.

Niby to były drobiazgi, ale każde słowo miało w sobie ciężar. Kiedyś rozmawialiśmy godzinami. Teraz wymienialiśmy komunikaty jak współlokatorzy. Najbardziej bolało mnie to, że przestał na mnie patrzeć. Wracał nad ranem zmęczony, kładł się spać i budził się wtedy, gdy ja szykowałam się do snu. Próby rozmowy kończyły się znużonym westchnieniem.

– Grażka, nie teraz. Jestem wykończony.

Wieczorami wychodziłam na balkon. Naprzeciwko, w mieszkaniu na trzecim piętrze, często stał mężczyzna. Najpierw były to tylko krótkie spojrzenia. Potem uśmiech. Aż w końcu spotkaliśmy się przy śmietniku.

Ciągle pani jest sama wieczorami – powiedział cicho.

– Mój mąż pracuje w nocy – odpowiedziałam, czując, że rumienię się bez powodu.

Rozmowa się przeciągnęła. Okazało się, że on też często jest sam, choć jego żona, Dorota, była wszędzie – na zebraniach wspólnoty, w komitecie osiedlowym, wśród sąsiadek.

Zaczęliśmy pić herbatę i rozmawiać u mnie, kiedy Kamil wychodził do pracy. Najpierw siedzieliśmy przy stole, później na kanapie. Paweł słuchał. Nie przerywał, nie zbywał. Patrzył na mnie tak, jakby każde moje zdanie miało znaczenie. Wracałam do łóżka z poczuciem, że wreszcie ktoś mnie zauważył. I z wstydem, którego nie umiałam nazwać.

To była pewna granica

Któregoś wieczoru Paweł przyszedł wcześniej niż zwykle. W ręku trzymał małą paczkę herbaty.

– Pomyślałem, że spróbujemy czegoś innego – powiedział z nieśmiałym uśmiechem.

Siedzieliśmy blisko siebie. Opowiadał o Dorocie – o jej energii, planach, wiecznym pośpiechu.

Przy niej czuję się jak mebel, który ma tylko stać tam, gdzie go postawią – wyznał nagle.

Zadrżałam. Te słowa brzmiały znajomo.

– Ja przy Kamilu czuję się jak ktoś w poczekalni – odpowiedziałam. – Jakbym czekała, aż wreszcie zacznie się nasze życie.

Spojrzał na mnie tak, że zamilkłam. To nie było już tylko współczucie. To było porozumienie. Granica przesunęła się niemal niezauważalnie – dłoń położona na mojej dłoni, zbyt długie milczenie, oddech wyczuwalny bliżej niż powinien. Potem była już tylko bliskość.

Zaczęliśmy żyć podwójnie. W dzień byłam żoną Kamila, wieczorem kimś, kto odzyskiwał siebie przy Pawle. Wmawiałam sobie, że nikomu nie robię krzywdy, że przecież u mnie „nic już nie działa”. A jednak za każdym razem, gdy słyszałam kroki na klatce, serce podchodziło mi do gardła.

Dorota przestała się do mnie uśmiechać.

– Długo ostatnio rozmawiałaś z moim mężem – rzuciła któregoś popołudnia, gdy mijałyśmy się przy wejściu na osiedle.

– Spotkaliśmy się przypadkiem – skłamałam zbyt szybko.

Jej spojrzenie było chłodne, badawcze. Na zebraniu wspólnoty usiadła naprzeciwko mnie i przez pół spotkania nie odrywała wzroku. Czułam, jak policzki mi płoną.

Paweł mnie uspokajał.

Ona zawsze wszystko podejrzewa – mówił. – To minie.

Nie mijało. Atmosfera w okolicy gęstniała. Sąsiadki milkły, gdy przechodziłam. Każdy trzask drzwi wydawał mi się sygnałem, że ktoś już wie. Mimo to nie potrafiłam przestać. Przy Pawle byłam kimś więcej niż dodatkiem do czyjegoś życia. Gdy wychodził, w mieszkaniu zostawał jego zapach herbaty i cisza, która nagle bolała podwójnie. Zaczęłam rozumieć, że przekroczyłam granicę, z której nie ma łatwego powrotu. Prędzej czy później ktoś zapłaci za to wysoką cenę.

Zrobiło się poważniej

O tym, że jestem w ciąży, dowiedziałam się w środowy poranek. Stałam w łazience, patrząc na mały test trzymany w dłoni, i czułam, jak nogi robią się miękkie. W pierwszej chwili pojawiła się radość. Prawdziwa, czysta. Potem przyszło liczenie dni. Usiadłam na brzegu wanny i zaczęłam w myślach cofać się do konkretnych wieczorów. Kalendarz wisiał w kuchni. Patrzyłam na niego jak na zagadkę, której rozwiązanie mogło zadecydować o całym moim życiu.

Kiedy powiedziałam Kamilowi, zamarł, a potem jego twarz rozjaśnił uśmiech, jakiego nie widziałam od dawna.

– Naprawdę? – zapytał cicho.

Pokiwałam głową. Podszedł i przytulił mnie mocno.

– Zobaczysz, wszystko się zmieni. Będziemy rodziną, taką prawdziwą. Zrobię remont w małym pokoju. Może przemalujemy ściany?

Mówił szybko, z entuzjazmem. Patrzyłam na niego i czułam, jak rośnie we mnie poczucie winy. Nagle stał się czulszy. Uważny. Wieczorem nie wyszedł od razu do pracy, tylko usiadł obok mnie na kanapie.

Przepraszam, że ostatnio byłem nieobecny – powiedział. – Chcę to naprawić.

Te słowa uderzyły mnie mocniej niż jakiekolwiek oskarżenie. Paweł zareagował zupełnie inaczej. Spotkaliśmy się jak zwykle, ale tym razem nie mogłam udawać.

Jestem w ciąży – powiedziałam bez wstępów.

Zbladł. Usiadł ciężko na krześle.

– To… to dobra wiadomość – wydusił po chwili.

– Nie wiem, dla kogo to dobra wiadomość – odpowiedziałam szeptem.

Zapadła cisza. Długa, nieznośna.

– Grażyna, ja… – zaczął, ale urwał. – Dorota od dawna mówiła o wyprowadzce. Może to najlepszy moment.

Spojrzałam na niego z niedowierzaniem.

– Najlepszy moment na co?

Żeby zamknąć pewne sprawy. To zaczęło wymykać się spod kontroli.

Wtedy zrozumiałam, że dla niego byłam ucieczką, nie wyborem. Kilka dni później powiedział, że znaleźli mieszkanie w innej dzielnicy. Dorota była podobno zachwycona. Ja zostałam sama z rosnącym brzuchem i coraz większym chaosem w głowie. Kamil planował przyszłość. Paweł pakował kartony. A ja nie wiedziałam już, gdzie kończy się moja samotność, a zaczynają konsekwencje.

Wyciągnęła brudy publicznie

Dzień przeprowadzki był chłodny, choć świeciło słońce. Od rana na parkingu stał samochód dostawczy. Mężczyźni wynosili meble, a sąsiedzi obserwowali wszystko z balkonów, jakby to było przedstawienie. Stałam przy oknie i udawałam, że tylko poprawiam firanki.

Kamil wyszedł do sklepu po farbę do pokoju, który miał stać się pokojem dziecka. W mieszkaniu panowała cisza przerywana stukotem wynoszonych szafek. Nagle usłyszałam podniesiony głos na podwórku.

– Grażyna! Może zejdziesz na chwilę?

To była Dorota. Stała przy klatce, z telefonem w dłoni. Obok niej Paweł, blady i milczący. Zeszłam. Czułam na sobie spojrzenia z okien.

– O co chodzi? – zapytałam, starając się brzmieć spokojnie.

Dorota uniosła telefon.

– O to chodzi – przesunęła palcem po ekranie. – Myślałaś, że nie zauważę? Wiadomości, godziny, kiedy Kamil był w pracy.

Zamarłam.

– Nie masz prawa… – zaczęłam.

– Mam prawo, kiedy ktoś wchodzi z butami w moje małżeństwo – przerwała mi ostro. – I jeszcze udaje niewinną sąsiadkę.

Paweł patrzył w ziemię. Nie powiedział ani słowa.

Powiedz jej – zwróciła się do niego Dorota. – Powiedz, że to koniec.

Milczał. Wtedy usłyszałam za sobą znajomy głos.

– Co tu się dzieje?

Kamil stał kilka metrów dalej z puszką farby w ręku. Jego twarz była napięta. Dorota spojrzała na niego i powiedziała głośno, tak żeby wszyscy słyszeli:

– Może zapytaj żonę, czy na pewno wie, czyje dziecko nosi.

Świat na moment zamilkł. Nawet ptaki ucichły. Czułam, jak serce bije mi w skroniach.

To nieprawda – wyszeptałam, choć sama nie byłam pewna, co jest prawdą.

Kamil spojrzał na mnie. W jego oczach nie było krzyku. Było coś gorszego – niedowierzanie.

– Grażyna? – zapytał cicho.

Chciałam, żeby Paweł coś powiedział. Żeby wziął część odpowiedzialności. Stał jednak obok Doroty jak cień.

Wyprowadzamy się – powiedziała Dorota chłodno. – Ale prawda powinna tu zostać.

Odwróciła się i odeszła. Paweł ruszył za nią, nie oglądając się. Zostaliśmy na parkingu sami, choć wokół było pełno ludzi. Kamil odstawił farbę na ziemię.

To prawda? – zapytał.

Nie potrafiłam już uciekać.

– Tak – odpowiedziałam. – Zawiodłam cię.

Przymknął oczy. Przez chwilę myślałam, że odejdzie bez słowa. Ale on tylko ciężko westchnął.

– Wracajmy do domu – powiedział w końcu.

Dostałam drugą szansę

W mieszkaniu było tak cicho, że słyszałam własny oddech. Kamil usiadł przy stole.

Nie wiem, czy to moje dziecko – powiedział powoli. – Ale wiem, że to moje życie. Muszę zdecydować, czy chcę w nim zostać.

Usiadłam naprzeciwko niego.

Jeśli odejdziesz, zrozumiem – wyszeptałam.

Patrzył na mnie długo. W końcu pokręcił głową.

– Zostanę. Dla dziecka. Ale zaufanie nie wróci tak od razu.

To nie było przebaczenie. To była szansa. Trudna, krucha.

Paweł wyjechał tego samego dnia. Blok rzeczywiście pogrążył się w ciszy, ale była to cisza pełna szeptów za plecami.

Kamil zaczął chodzić ze mną do lekarza, malował ściany, składał łóżeczko. Nie mówił wiele, ale był obok. Ja przestałam zasłaniać firanki. Nie miałam już przed kim się chować. Zrozumiałam, że moja samotność była prawdziwa, ale wybory – egoistyczne. Miłość nie jest ucieczką od pustki, tylko odpowiedzialnością za to, co się buduje. Dziś w pokoju obok śpi nasze dziecko. Patrzę na Kamila, który kołysze je ostrożnie, i wiem, że dostałam coś więcej niż drugą szansę. Dostałam możliwość, by wreszcie dorosnąć.

Grażyna, 29 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama