Kiedy Kamil po raz pierwszy rzucił pomysł przeprowadzki na wieś, byłam sceptyczna. Mieliśmy wygodne mieszkanie w mieście, blisko pracy, sklepów i znajomych. On jednak snuł coraz bardziej malownicze wizje: własny dom, cisza, spokój, ogród pełen kwiatów i ziół, a na dokładkę pensjonat, który wspólnie poprowadzimy.
WIDEO…
– Zobaczysz, to będzie nasze miejsce na ziemi – przekonywał mnie, pokazując zdjęcia zrujnowanego siedliska i działki, które chciał kupić. – Wyremontuję to w rok. Będziemy przyjmować gości, ty zajmiesz się wystrojem, ja resztą.
Z początku tylko się uśmiechałam, bo znałam Kamila – miał głowę pełną pomysłów, ale nie zawsze doprowadzał je do końca. Jednak jego entuzjazm był zaraźliwy. Może też chciałam wierzyć, że może być nam lepiej. W końcu dałam się przekonać, ale postawiłam warunek: przeprowadzimy się dopiero, gdy dom będzie w stanie surowym zamkniętym, z ogrzewaniem i podstawowymi wygodami. Kamil obiecał, że tak będzie.
Przeprowadzka przyniosła rozczarowanie
Minął rok od zakupu siedliska. Faktycznie, dom już stał, ale do „stanu surowego zamkniętego” wciąż sporo brakowało. Okna były, ale plastikowe, najtańsze z możliwych. Ściany straszyły gołym pustakiem, a podłogi to były tylko wylewka i płyty. Ogrzewanie? Tymczasowa koza w salonie, która pożerała drewno w zastraszającym tempie, a ciepło i tak uciekało przez każdą nieszczelność.
– Daj mi jeszcze chwilę, Pati – prosił Kamil, gdy w końcu zdecydowaliśmy się wprowadzić. – Przecież wiesz, jak to jest z budową. Zawsze coś wyskoczy. Ale teraz, jak już tu jesteśmy, pójdzie z górki.
Chciałam w to wierzyć. Przez pierwsze tygodnie starałam się utrzymać optymizm. Sprzątałam pył, gotowałam na prowizorycznej kuchence elektrycznej i planowałam, gdzie postawimy łóżka dla gości naszego wymarzonego pensjonatu. Codziennie wieczorem siadałam z Kamilem przy świeczkach i rozmawialiśmy o tym, jak będzie pięknie, gdy już wszystko skończymy. Ale coraz częściej to ja mówiłam, on tylko przytakiwał.
Wkrótce zapał Kamila zaczął gasnąć. Zamiast pracować nad domem, coraz częściej znikał w „swoim pokoju” – jedynym wykończonym pomieszczeniu, gdzie ustawił biurko, komputer i wielki monitor.
– Muszę trochę odpocząć, kochanie – mówił, gdy zaglądałam do niego po pracy. – I tak nie mogę nic robić, dopóki nie przywiozą materiałów.
Materiały podobno były ciągle w drodze. Ja coraz częściej marzłam w salonie, owinięta w dwa koce, próbując czytać książkę przy słabym świetle żarówki zwisającej z sufitu.
Zawsze miał jakąś wymówkę
Przyszła jesień, a z nią chłody. Koza w salonie nie wyrabiała. Budziłam się z katarem, moje dłonie były ciągle zimne. Ciągle szukałam pretekstu, żeby wyjść do ludzi, popracować dłużej, pojechać do sklepu. W domu panowała wilgoć, z kątów zaczynała wychodzić pleśń.
– Kamil, musimy coś zrobić z tym ogrzewaniem – powiedziałam pewnego wieczoru, trzęsąc się z zimna. – Nie możemy tak żyć.
– Przecież mówiłem ci, że fachowiec przyjdzie w przyszłym tygodniu – burknął, nie odrywając wzroku od ekranu. Grał w jakąś strzelankę. Słyszałam dźwięki wystrzałów i jego podniesiony głos, gdy rozmawiał przez słuchawki z innymi graczami.
– Ale w zeszłym tygodniu mówiłeś to samo! – podniosłam głos. – Ja tu marznę, rozumiesz? A ty siedzisz i grasz!
Zatrzymał grę i spojrzał na mnie z irytacją.
– O co ci chodzi? Przecież robię, co mogę. Nie moja wina, że wszyscy mają teraz obsuwy.
– Robisz, co możesz? – zaśmiałam się gorzko. – Kiedy ostatnio coś tu zrobiłeś? Kiedy przybiłeś choćby jednego gwoździa?
– Daj mi spokój, Pati. Jestem zmęczony – westchnął i odwrócił się z powrotem do monitora.
Poczułam, jak ogarnia mnie bezsilność. Zostawiłam go i poszłam do salonu, gdzie koza znowu zgasła. Rozpaliłam ją na nowo, wpatrując się w płomienie. Moja energia ulatywała razem z dymem, a z każdym dniem coraz trudniej było mi wykrzesać z siebie choć odrobinę nadziei.
Pensjonat został tylko w marzeniach
Czas mijał, a dom wciąż wyglądał tak samo. Marzenia o pensjonacie oddalały się, stawały się coraz mniej realne. Znajomi z miasta przestali pytać, kiedy będą mogli przyjechać na weekend, bo wiedzieli, że nie mamy ich gdzie przenocować. Ja sama zaczęłam unikać spotkań z nimi. Wstydziłam się przyznać, że żyjemy w warunkach przypominających obóz przetrwania. Kiedyś byłam pełna życia, teraz czułam się zmęczona i zrezygnowana.
Kamil tymczasem coraz bardziej zanurzał się w swoim wirtualnym świecie. W grach budował domy, zamki, ogrody, osiągał kolejne poziomy, zdobywał nagrody, podczas gdy nasz prawdziwy dom niszczał. Próbowałam z nim rozmawiać, prosić, czasem nawet kłócić się, ale zwykle kończyło się na jego obietnicach bez pokrycia i moim płaczu.
Pewnego dnia, wracając z pracy, zobaczyłam, że z dachu zwisa kawałek blachy, naderwany przez silny wiatr. Weszłam do domu i od razu skierowałam się do pokoju Kamila.
– Blacha z dachu zjeżdża – powiedziałam prosto z mostu.
– Aha – mruknął, klikając myszką w grze. – Później to ogarnę.
– Później to znaczy kiedy? Jak nam dach na głowę spadnie?
– Pati, nie przesadzaj. Przecież mówię, że to zrobię – odpowiedział podniesionym tonem. – Zaraz kończę rajd.
– Rajd? – poczułam, jak krew gotuje mi się w żyłach. – Ty sobie robisz rajdy, a my tu mieszkamy w ruinie!
Wyrwałam mu słuchawki z rąk i rzuciłam na biurko.
– Co ty robisz?! – krzyknął, zrywając się z krzesła.
– Próbuję cię obudzić! – odkrzyknęłam, czując łzy w oczach. – Spójrz na to! Spójrz na nasz dom! Obiecywałeś mi sielankę, a zafundowałeś mi koszmar!
Stał przez chwilę w milczeniu, patrząc na mnie. W jego oczach widziałam zaskoczenie, ale nie było w nich poczucia winy.
– Przecież mówiłem, że to wymaga czasu – powiedział ciszej, unikając mojego wzroku.
– Czasu? Kamil, my tu jesteśmy już ponad rok. A ty nic nie robisz. Tylko grasz.
Odwróciłam się i wyszłam. Nie miałam siły na dalsze kłótnie. Przeszłam przez cały dom, zatrzymując się w każdym pomieszczeniu. Kuchnia – prowizoryczna, pełna brudnych naczyń, bo ciepłej wody ciągle brakowało. Łazienka – tylko zimny prysznic. Nasza sypialnia – materac na podłodze, na ścianach ślady wilgoci. Przyszły pokój gościnny – sterta desek i pustaków. Wszystko niedokończone, jakbyśmy żyli w czyimś porzuconym projekcie.
Próbowałam jeszcze walczyć
Nie chciałam się poddać. Próbowałam ratować nasz związek i dom. Pewnej soboty zaproponowałam, żebyśmy razem uporządkowali ogród, usunęli chaszcze, przynajmniej trochę ogarnęli podwórko. Kamil zgodził się niechętnie. Przez godzinę grzebaliśmy w ziemi, wyciągając stare korzenie. Potem dostał telefon od kolegi z pracy i zniknął na pół dnia. Zostałam sama wśród stert gałęzi, z poczuciem, że już nie mamy wspólnego celu.
Wieczorem próbowałam z nim rozmawiać. Chciałam, żeby powiedział, co się z nim dzieje, dlaczego się wycofał, co z nami dalej. Siedzieliśmy naprzeciw siebie przy stole, światło z lampy rzucało cienie na puste ściany.
– Kamil, powiedz mi szczerze: czy ty w ogóle chcesz tu mieszkać? – zapytałam cicho.
Wzruszył ramionami, nie patrząc mi w oczy.
– Nie wiem. Chciałem, ale… Nie wiedziałem, że to wszystko będzie takie trudne.
– A co myślałeś, że samo się zrobi? – zapytałam z goryczą.
– Może – westchnął. – Myślałem, że będę miał więcej siły. Ale jak wracam z pracy, to już nic mi się nie chce robić.
Poczułam, jakby ktoś wyciągnął ze mnie powietrze. Odeszłam od stołu i zamknęłam się w łazience. Siedziałam na brzegu wanny, płacząc cicho. Przestałam już liczyć, który raz wylewam łzy z bezsilności. Kolejne tygodnie mijały podobnie. W weekendy Kamil spał do południa, potem siedział przy komputerze. Ja sprzątałam, gotowałam, próbowałam zająć się ogródkiem, ale nie miałam już do tego serca.
Moja cierpliwość się skończyła
Zimą było najgorzej. Koza przestała dawać radę, rury w łazience zamarzły. Pewnego dnia obudziłam się z naprawdę złym samopoczuciemi. Poszłam do pracy, choć ledwo stałam na nogach. W ciągu dnia dostałam telefon od sąsiadki, że z naszego dachu spadła część blachy i leży na podjeździe. Po pracy wróciłam do domu, ślizgając się po zamarzniętej drodze. Kamil był w swoim pokoju, miał słuchawki na uszach.
– Podobno dach nam się zawalił? – rzucił, nawet nie patrząc na mnie.
Tylko pokręciłam głową z niedowierzaniem. Tego wieczoru po raz pierwszy pomyślałam, że nie chcę już tu być. Że nie chcę tak żyć. Zasnęłam na kanapie, wtulona w gruby koc, z bólem głowy i serca.
Kilka dni później, kiedy Kamil znów grał, zebrałam się na odwagę. Weszłam do jego pokoju, usiadłam na krześle obok.
– Kamil, musimy o czymś pogadać – zaczęłam spokojnie.
Zdjął słuchawki, spojrzał na mnie z rezygnacją.
– Słucham.
– Ja już nie mam siły – powiedziałam. – Nie jestem szczęśliwa. Tu nie ma życia, nie ma ciepła, nie ma nas.
Milczał przez chwilę.
– Myślałem, że razem damy radę – odezwał się w końcu. – Ale ja się pogubiłem. I nie wiem, jak to naprawić.
– Ja też nie wiem – przyznałam. – Ale nie chcę już dłużej czekać i marznąć. Nie chcę spędzać kolejnej zimy w tej ruinie.
Tej nocy nie spałam. Rano spakowałam kilka rzeczy, wzięłam urlop w pracy i pojechałam do rodziców. Kamil nie próbował mnie zatrzymywać. Napisał tylko SMS-a: „Przepraszam”.
Minęło kilka tygodni. Zamieszkałam u rodziców, potem wynajęłam małe mieszkanie w mieście. Zastanawiałam się, czy wrócić do Kamila, czy może zawalczyć o dom. Ale im dłużej byłam z dala od tej naszej „sielanki”, tym wyraźniej widziałam, jak bardzo się pogubiliśmy. Jak bardzo on uciekał w świat gier i jak bardzo ja próbowałam ratować coś, czego nie dało się już poukładać.
Nie wiem jeszcze, co będzie dalej. Czasem tęsknię za wsią, za ciszą, za naszymi wspólnymi marzeniami. Ale wiem jedno – nie chcę już nigdy czuć się tak samotna, jak wtedy, gdy siedziałam na werandzie, z kubkiem zimnej kawy i poczuciem, że wszystko się rozpadło.
Patrycja, 30 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych wydarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Zięć od dawna ostrzył sobie zęby na moją działkę budowlaną. Przez to, co usłyszałem, nie dostanie ode mnie ani hektara”
- „Przyjaciółka znalazła dla mnie idealną ofertę na działkę budowlaną. Nie wiedziałam, że w naszej umowie będzie 1 haczyk”
- „Przeprowadziliśmy się do starego domu na wsi, a mój mąż nie pozwolił mi wchodzić do garażu. I tak odkryłam jego sekret”