Reklama

Śmiałam się wtedy tak głośno, że aż rozbolała mnie szczęka. Stał w progu kuchni, blady, z dłońmi w kieszeniach, a ja nie potrafiłam przestać. Myślałam, że to jakiś niesmaczny żart albo próba zwrócenia na siebie uwagi. Dopiero później zrozumiałam, że tamten śmiech był ostatnią chwilą mojej beztroski.

Śmiech, który miał zaczął boleć

– Zakochałem się w kimś innym – powiedział spokojnie, jakby informował mnie, że zmienia pracę.

Oparłam się o blat i wybuchnęłam śmiechem.

– W kim? – zapytałam, ocierając łzy rozbawienia. – W sekretarce? W tej nowej z marketingu?

Nie odpowiedział od razu. Patrzył na mnie tak, jakby każde moje słowo wbijało się w niego coraz głębiej.

W Iwonie – powiedział w końcu.

Zmarszczyłam brwi. Nic mi to nie mówiło.

– Poznałaś ją na pikniku firmowym.

Wtedy zobaczyłam ją oczami wyobraźni. Wysoka, siwiejące włosy związane w niski kok, zmarszczki wokół ust. Starsza ode mnie co najmniej o dziesięć lat. Ubrana zawsze zbyt poważnie, z torebką jak z innej epoki. I znów się zaśmiałam.

Ty żartujesz. Przecież ona… – urwałam, machając ręką. – Daj spokój, Marek.

– Nie żartuję – odpowiedział cicho.

Jego głos nie drgnął. To mnie zatrzymało. Śmiech uwiązł mi w gardle.

– Chcesz mi powiedzieć, że wolisz ją? – zapytałam już ciszej. – Starszą... ode mnie?

– To nie o to chodzi – westchnął. – Przy niej czuję się… inaczej. Czuję, że ktoś się mną interesuje.

Te słowa zabolały bardziej niż samo wyznanie. Przecież to ja przez lata pamiętałam o jego spotkaniach, prasowałam koszule przed ważnymi prezentacjami, wysłuchiwałam opowieści o trudnych klientach.

– A ja? Przy mnie się tak nie czujesz? – zapytałam.

Przy tobie czuję się gorszy – odpowiedział bez wahania.

Zamilkłam. W głowie miałam obrazy ostatnich miesięcy. Moje uwagi o tym, że powinien więcej ćwiczyć. Że mógłby być bardziej ambitny. Że inni mężczyźni w jego wieku osiągnęli więcej. Mówiłam to niby żartem, niby dla jego dobra.

– To dlatego? – wyszeptałam.

– Tak... między innymi.

Mogłam go stracić

Usiadł naprzeciwko mnie. Między nami stał stół, przy którym codziennie jedliśmy śniadania. Nagle wydał mi się ogromny, jakby oddzielał dwa różne światy.

– Ona mnie słucha – powiedział. – Nie poprawia mnie. Nie porównuje do innych. Sprawia, że czuję się lepszy.

Poczułam, jak coś we mnie pęka. Złość mieszała się z niedowierzaniem.

– I co teraz? – zapytałam chłodno. – Spakujesz walizkę i zamieszkasz u niej?

– Nie wiem – odpowiedział szczerze. – Chciałem być uczciwy.

Uczciwy. To słowo zabrzmiało jak drwina. Wstałam i podeszłam do okna. Na podwórku dzieci grały w piłkę, ktoś wyprowadzał psa. Świat toczył się normalnie, jakby moje małżeństwo właśnie nie chwiało się w posadach.

– Myślałam, że mamy kryzys jak każdy – powiedziałam, nie odwracając się. – Że to minie.

– Ja też tak myślałem – odparł.

Odwróciłam się gwałtownie.

– A ona? Wie, że masz żonę?

– Wie.

Poczułam, jak policzki zaczynają mi płonąć.

– I nie przeszkadza jej to?

– Mówi, że każdy ma prawo do szczęścia.

– A ja? – zapytałam, patrząc mu prosto w oczy. – Ja nie mam?

Nie odpowiedział. To milczenie było bardziej wymowne niż wszystkie słowa. Tamtego wieczoru nie krzyczałam. Nie płakałam. Chodziłam po mieszkaniu jak ktoś obcy, dotykając mebli, zdjęć, książek. Zastanawiałam się, czy naprawdę byłam tak ślepa. Czy mój śmiech był tylko maską, za którą ukrywał się strach, że przestałam być dla niego wystarczająca.

Kiedy położył się na kanapie w salonie, po raz pierwszy pomyślałam, że mogę go stracić. I że wcale nie chodzi o to, że ona była starsza. Chodziło o coś, czego nie umiałam już cofnąć.

Poczułam ukłucie zazdrości

Następnego dnia obudziłam się z dziwnym spokojem. Marek już nie spał na kanapie. W kuchni stał kubek po herbacie i karteczka: „Wyszedłem wcześniej. Porozmawiamy wieczorem”. Tylko tyle. Przez kilka minut wpatrywałam się w jego pismo, jakby miało zdradzić coś więcej. Wczorajszy śmiech wydawał mi się teraz obcy. Jakbym to nie ja stała w tej kuchni. W pracy nie mogłam się skupić. Moja koleżanka, Paulina, zauważyła to od razu.

– Coś się stało? – zapytała, przysuwając krzesło do mojego biurka.

Wahałam się. Nigdy nie opowiadałam o naszych problemach. Zawsze udawałam, że wszystko jest pod kontrolą.

– Marek… on kogoś ma – powiedziałam w końcu.

Paulina zamarła.

– Żartujesz?

– Chciałabym.

– Kto to?

– Iwona, poznałam ją na pikniku.

Zmarszczyła czoło.

– Ta z jego firmy? Ta elegancka pani?

Skinęłam głową.

Ale przecież ona jest… – urwała, szukając odpowiedniego słowa.

– Starsza. Tak, wiem – weszłam jej w słowo. – I właśnie to mnie najbardziej uderzyło. Myślałam, że jeśli już, to ktoś młodszy, ładniejszy.

Paulina spojrzała na mnie uważnie.

– A może nie chodzi o wygląd?

To zdanie wracało do mnie jak echo. „Przy niej czuję się widziany”.

Po pracy nie wróciłam od razu do domu. Zamiast tego usiadłam w kawiarni naprzeciwko biura Marka. Nie planowałam sceny. Chciałam tylko zobaczyć ją jeszcze raz. Upewnić się, że to wszystko ma sens. Wyszli razem około siedemnastej. On coś mówił, ona słuchała z lekkim uśmiechem. Nie dotykali się, nie trzymali za ręce. Wyglądali jak dwoje ludzi pogrążonych w spokojnej rozmowie. Marek śmiał się cicho. Tego śmiechu nie słyszałam od dawna.

Poczułam ukłucie zazdrości. Nie o jej twarz, nie o figurę. O to, że potrafiła wydobyć z niego coś, co przy mnie zgasło.

Nie było mi już do śmiechu

Wróciłam do domu pierwsza. Kiedy wszedł, stałam w przedpokoju.

– Byłaś gdzieś? – zapytał, zdejmując płaszcz.

Widziałam was – odpowiedziałam.

Zatrzymał się.

– Śledziłaś mnie?

– Chciałam zobaczyć, co ma ona, czego ja nie mam.

Milczał chwilę.

– I co zobaczyłaś?

– Spokój – powiedziałam szczerze. – Przy niej jesteś spokojny.

Oparł się o ścianę.

– Przy tobie zawsze się staram być kimś innym. Jakbym musiał zdawać egzamin.

– Nigdy nie chciałam, żebyś tak się czuł.

– Ale tak było – odpowiedział cicho.

Usiedliśmy przy stole. Tym razem nie dzieliła nas cisza, tylko napięcie, które domagało się prawdy.

Czy ty ją kochasz? – zapytałam wprost.

Długo nie odpowiadał.

– Myślę, że tak – powiedział w końcu.

Te trzy słowa były jak zamknięcie drzwi. Poczułam, że grunt usuwa mi się spod nóg.

– A mnie? – wyszeptałam.

Spojrzał na mnie z bólem.

– Ciebie kochałem inaczej. Intensywnie. Z zachwytem. Ale gdzieś po drodze zaczęliśmy ze sobą walczyć, zamiast być po jednej stronie.

Łzy napłynęły mi do oczu, choć obiecałam sobie, że nie będę płakać.

Czyli to już koniec? – zapytałam.

– Nie wiem – odpowiedział. – Dlatego ci powiedziałem. Bo jeśli mamy coś ratować, to teraz.

Po raz pierwszy od dawna poczułam, że nie chodzi o rywalizację z inną kobietą. Chodziło o nas. O to, kim się staliśmy. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie jak dwoje ludzi, którzy dopiero się poznają. Bez masek, bez ironii. Nie wiedziałam jeszcze, czy potrafię mu wybaczyć. Ale po raz pierwszy od wczoraj przestałam się śmiać.

Chciałam mu wierzyć

Przez kilka kolejnych dni żyliśmy obok siebie jak współlokatorzy. Uprzejmi, ostrożni, uważni na każde słowo. Marek nie wychodził już wieczorami. Ja przestałam udawać, że wszystko jest pod kontrolą. W mieszkaniu panowała cisza, która bolała bardziej niż kłótnie. W końcu to ja zaproponowałam rozmowę.

– Nie możemy tak trwać – powiedziałam, otwierając okno w salonie. Chłodne powietrze wpadło do środka. – Albo próbujemy naprawdę, albo przestajemy się oszukiwać.

Usiadł naprzeciwko mnie. Wyglądał na zmęczonego, jakby każda decyzja ważyła tonę.

Zakończyłem to – powiedział bez wstępu.

Zamarłam.

– Z nią?

Skinął głową.

– Spotkałem się z Iwoną wczoraj. Powiedziałem, że nie mogę budować czegoś na ruinach tego, co mieliśmy.

Serce zabiło mi szybciej, ale nie była to ulga. Raczej strach.

– Dlaczego? – zapytałam. – Z poczucia obowiązku?

– Nie – odpowiedział stanowczo. – Bo zrozumiałem, że uciekłem. Zamiast powiedzieć ci, że jest mi źle, poszedłem tam, gdzie było łatwiej.

Patrzyłam na niego długo. Chciałam uwierzyć, że to wystarczy.

– A jeśli znowu będzie ci źle? – zapytałam.

– Wtedy powiem to tobie. Nie komuś innemu.

W tamtej chwili chciałam mu wierzyć. Wiedziałam jednak, że nie da się tak łatwo odbudować zaufania.

To był prawdziwy początek

Wstałam i podeszłam do półki ze zdjęciami. Nasz ślub, wakacje nad morzem, śmieszne selfie z kanapy. Na każdym zdjęciu byłam pewna siebie, trochę zbyt pewna. On patrzył na mnie z zachwytem. Nagle coś do mnie dotarło.

– Wiesz, kiedy przestałam być dla ciebie partnerką? – zapytałam cicho. – Kiedy zaczęłam cię poprawiać przy znajomych. Myślałam, że to drobiazgi. Że tak cię zmotywuję.

– Czułem się wtedy... nikim – przyznał.

Odwróciłam się do niego.

Nie chcę cię ranić – powiedziałam. – I nie chcę, żebyś ty ranił mnie.

Podszedł bliżej.

– Nie oczekuję, że mi od razu wybaczysz – powiedział. – Wiem, że zawiodłem.

– Zawiodłeś – potwierdziłam. – I ja też.

To była pierwsza chwila, kiedy odpowiedzialność nie leżała tylko po jednej stronie. Zabolało, ale było uczciwe.

– Jeśli mamy spróbować – zaczęłam – to nie dlatego, że boisz się odejść. Tylko dlatego, że naprawdę tego chcesz.

– Chcę – odpowiedział bez wahania. – Ale nie chcę wracać do tego, co było. Chcę czegoś lepszego.

Podeszłam do okna. Ulica była spokojna, jak tamtego dnia, gdy wyznał prawdę. Świat znów toczył się zwyczajnie.

– Dobrze – powiedziałam w końcu. – Spróbujmy, ale uczciwie. Bez udawania, że nic się nie stało.

Podszedł i po raz pierwszy od wielu dni objął mnie ostrożnie, jakby pytał o zgodę. Nie było w tym uniesienia ani pewności. Była krucha decyzja dwojga ludzi, którzy zrozumieli, że mogą się stracić.

Nie śmiałam się już. Nie porównywałam się do Iwony. Zrozumiałam, że to nie ona była moją rywalką. Największym zagrożeniem była obojętność i pycha, które wpuściliśmy do naszego domu. Nie wiem, ile pracy jeszcze przed nami. Wiem tylko, że tamtego wieczoru po raz pierwszy od dawna usiedliśmy obok siebie, a nie naprzeciwko. I to był prawdziwy początek.

Natalia, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama