„Flirtowałam ze szwagrem, bo nie mogłam się powstrzymać. Wiedziałam, że stąpam po cienkim lodzie”
„Miałam ochotę uciec. A równocześnie zostać. Czułam się jak nastolatka, która nie panuje nad własnym ciałem. Wiedziałam, że nie powinnam nawet myśleć o nim w ten sposób. To był mój szwagier. I właśnie przez to robiło się coraz bardziej niebezpiecznie”.

Wszystko zaczęło się zupełnie niewinnie, przynajmniej tak próbowałam siebie przekonywać. Nie planowałam niczego złego. Po prostu od zawsze miał w sobie coś, co przyciągało moją uwagę. Był starszy od mojego męża, spokojniejszy, dojrzalszy. Kiedy się śmiał, robiło mi się ciepło. I choć to głupie, szukałam jego obecności, nawet jeśli miałam tylko przejść obok i złapać jego spojrzenie. Wiedziałam, że to niebezpieczne.
To jego spojrzenie
Nie znoszę rodzinnych zjazdów. Wszyscy udają, że się lubią, choć większość nie widziała się od świąt, a nawet dłużej. Tym razem było podobnie – grill u teściów, dzieci biegające po ogrodzie, stoły uginające się od sałatek i ciast. Mój mąż gadał z kuzynem o samochodach, ja krzątałam się z jego siostrą przy kiełbasach, ale co chwilę zerkałam w jedno miejsce. Na niego.
Stał z boku, w ciemnej koszuli, z butelką piwa w dłoni, lekko uśmiechnięty. I właśnie wtedy spojrzał. Na mnie. Zbyt długo, żeby to było przypadkiem. Spuściłam wzrok, serce mi zabiło. Uciekłam do kuchni, żeby coś przynieść, choć nie potrzebowałam niczego.
– Wszystko w porządku? – zapytał cicho, zjawiając się tuż za mną.
Odwróciłam się gwałtownie. Stał zbyt blisko.
– Tak... – odpowiedziałam zbyt szybko. – Po prostu jest gorąco.
– Trochę tak – skinął głową, ale nie odszedł.
Miałam ochotę uciec. A równocześnie zostać. Czułam się jak nastolatka, która nie panuje nad własnym ciałem. Wiedziałam, że nie powinnam nawet myśleć o nim w ten sposób. To był mój szwagier. I właśnie przez to robiło się coraz bardziej niebezpiecznie.
Zaczęło się od drobnych gestów
Nie szukaliśmy siebie celowo. A przynajmniej tak mi się wydawało na początku. Po prostu częściej zaczynałam go zauważać. Przypadkiem trafialiśmy na siebie w kuchni, kiedy wszyscy siedzieli w ogrodzie. Podawał mi sałatkę, a nasze palce dotknęły się na chwilę. Za długo. Za często. Albo ja sobie to dopowiadałam?
Któregoś dnia znowu wpadliśmy na siebie – dosłownie – w ciasnym korytarzu. On z koszem na pranie, ja z dziecięcym plecakiem. Uśmiechnął się.
– To już robi się tradycją, prawda?
– Co? Że wpadam ci w ramiona? – palnęłam i natychmiast pożałowałam.
– Wcale bym nie narzekał – rzucił i odszedł, zostawiając mnie z czerwonymi policzkami.
To był moment, kiedy przestałam udawać przed sobą, że to przypadki. Czułam się przy nim inna. Lżejsza. Widziana. Na kolejnej rodzinnej imprezie, kiedy mój mąż został w domu z przeziębieniem, usiadł obok mnie. Przysunął krzesło tak, że nasze ramiona się stykały. Nikt niczego nie zauważył. On się śmiał, ja udawałam, że wszystko jest normalnie.
A potem zapytał szeptem:
– Masz ochotę się przejść? Tylko kawałek, żeby się przewietrzyć.
Wiedziałam, że nie powinnam. A jednak wstałam.
Coraz mniej hamulców
Wyszliśmy poza posesję, szliśmy chwilę w milczeniu. Wieczorne powietrze było chłodne, pachniało dymem z ogniska i trawą. Trzymałam ręce w kieszeniach bluzy, żeby nie drżały. Nie ze strachu. Z emocji.
– Czasem mam wrażenie, że ty jedna tu wszystko widzisz – powiedział nagle. – Że nie udajesz jak reszta.
– Nie wiem, o czym mówisz – rzuciłam cicho, choć doskonale wiedziałam.
Zatrzymał się, spojrzał na mnie. Byliśmy sami, kilka kroków od ulicy, ale czułam się, jakby nie było świata poza nami.
– Patrzysz na mnie... jakbyś wiedziała więcej, niż mówisz.
– A ty patrzysz na mnie tak, jakbyś chciał... – urwałam.
Zrobił krok w moją stronę. Za blisko. Nie uciekłam.
– Powiedz tylko, jeśli mam przestać – wyszeptał.
Nie powiedziałam nic. Wtedy po raz pierwszy mnie pocałował. Szybko, niepewnie, ale całym sobą. Jakby nie mógł już dłużej czekać. Odwzajemniłam pocałunek, zanim zdążyłam pomyśleć, co robię. Kiedy wróciliśmy, każdy z nas był już po drugiej stronie granicy. Nic nie powiedzieliśmy. Uśmiechnął się tylko do mnie, zanim zniknął w salonie. Poszłam do łazienki i spojrzałam w lustro. Nie zobaczyłam tam już siebie sprzed godziny. Byłam kimś innym.
Nie spodziewałam się wpadki
Myślałam, że uda się to utrzymać pod kontrolą. Że to był jeden, głupi pocałunek. Że oboje zmądrzejemy. Ale kiedy tylko znów się spotkaliśmy – przypadkiem, na urodzinach jego córki – napięcie wróciło z taką samą siłą. Trzymałam się na dystans, jak mogłam, ale on podszedł do mnie, kiedy stałam sama w kuchni.
– Nie możemy tak – powiedział, ale nie zrobił kroku w tył. – Musimy być ostrożni.
– Nie „musimy”, tylko „powinniśmy” – odpowiedziałam, zła na niego i na siebie.
Zamilkliśmy. Wtedy, przez uchylone drzwi, zobaczyłam moją siostrę. Stała na progu. Nie wiem, ile słyszała. Zamarliśmy. Po chwili odwróciła się i odeszła. Serce waliło mi jak oszalałe. On wybiegł za nią, ja zostałam, czując, że coś właśnie się zawaliło.
Później udawaliśmy, że nic się nie stało. Ona milczała. Zachowywała się uprzejmie, może nawet zbyt. Mój mąż niczego się nie domyślał. W środku jednak coś zaczęło się tlić. Niepokój. Wina. I nieprzyjemne przeczucie, że nie zamieciemy tego pod dywan. Są rzeczy, które milczeniem tylko potwierdzasz.
Prawda zniszczyła rodzinę
Minęło kilka tygodni. Czas, który miał wszystko wyciszyć, tylko podsycił napięcie. Przestaliśmy się kontaktować, unikaliśmy wspólnych spotkań rodzinnych. A jednak czułam, że to wisi w powietrzu. Wzrok mojej siostry był coraz bardziej pusty i zimny. Komentarze, niby żartem, ale jakby podszyte jadem. Kiedyś powiedziała przy wszystkich:
– Wiesz, niektórzy mają dar udawania. Potrafią przez lata wyglądać na idealnych.
Nikt się nie odezwał, ale mnie aż ścisnęło w żołądku. Wiedziałam, że to o mnie. Wiedziałam też, że długo tak nie pociągniemy. I w końcu się stało. Pewnego dnia, kiedy wróciłam z pracy, mój mąż siedział na kanapie z jej mężem. Cisza była dusząca.
– Chcesz mi coś powiedzieć? – zapytał mój mąż.
Zerknęłam na szwagra. Milczał. Patrzył w podłogę. Nie odpowiedziałam. Nie potrafiłam. Wszystko, co mogłam powiedzieć, zabrzmiałoby jak tanie usprawiedliwienie.
– Wiedziałem, że coś jest nie tak – powiedział w końcu mój mąż. – Ale nie sądziłem, że aż tak.
Szwagier wstał i wyszedł. Ja zostałam, patrząc na człowieka, którego kochałam, ale którego zdradziłam nie tylko ciałem, ale i brakiem lojalności. W tamtej chwili wiedziałam, że nic nie będzie już jak dawniej.
Czy było warto?
Rozpadło się wszystko. Mój mąż wyprowadził się jeszcze tego samego dnia. Nie podnosił głosu, nie rzucał oskarżeń. Po prostu spakował kilka rzeczy i wyszedł. A ja... zostałam sama ze swoim wstydem. Nie płakałam, przynajmniej nie od razu. Byłam zbyt oszołomiona. Z rodziną przestaliśmy się spotykać. Święta minęły osobno, bez wspólnego stołu, bez życzeń. Rozeszło się po kościach, jak to się mówi, tylko że tym razem te kości były nasze. Moje.
Czy czegoś się nauczyłam? Tak. Że flirt może dać złudne poczucie bycia wyjątkową, ale za tę iluzję płaci się wszystkim. Wystarczy chwila, by przekroczyć granicę, i całe życie, by próbować ją cofnąć. Nie wszystko, co kusi, jest warte grzechu. On wrócił do mojej siostry. A przynajmniej próbował. Chodzili razem na terapię, udawali przed dziećmi, że wszystko gra. Nie wiem, czy im się udało. Nie dopytywałam.
Ja zostałam z ciszą w mieszkaniu, którego nie poznawałam bez jego głosu. Ze wspomnieniem pocałunku, którego nigdy nie powinno być. I z lustrem, w którym do dziś trudno mi na siebie patrzeć. Nie, nie było warto.
Renata, 38 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W ferie zostawiłam męża z dziećmi i wyjechałam w Beskidy. Do dziś nie mogę zapomnieć gorących nocy przy kominku”
- „Nie znoszę gotowania, a mąż mówi, że to obowiązek kobiety. Jeszcze słowo i będzie się żywił tylko jajecznicą”
- „Rzuciłam korpo, by zaznać spokoju na wsi i już żałuję. Po pierwszych dniach moje łzy padały mocniej niż śnieg za oknem”

