Reklama

Do dzisiaj nie wiem, czy to był bardziej żart losu, czy może jakiś życiowy eksperyment, w który nieświadomie się wplątałam. Sama raczej nie szukam kłopotów, nie lubię niejasnych sytuacji, a jednak wpadłam w sam środek historii, której nie powstydziłby się żaden scenarzysta seriali obyczajowych. Kiedy pierwszy raz usłyszałam o Filipie – tym Filipie, bo w naszym mieście każdy wiedział, o kogo chodzi – tylko wzruszyłam ramionami. Cztery kobiety, każda inna, każda z własnym życiem, a mimo to łączył je właśnie on. I wszystkie, podobno, nie miały z tym problemu.

Mężczyzna bez zasad

Nie sądziłam, że kiedyś osobiście poznam Filipa. Słyszałam o nim głównie anegdoty – z pracy, z plotek na osiedlu, od koleżanek, które oceniały go z dystansem, ale zawsze z odrobiną fascynacji. Filip był wysoki, dobrze ubrany, zawsze uśmiechnięty i jakby lekko zdystansowany wobec wszystkiego. Podobno miał czar, któremu trudno się było oprzeć, a jednocześnie nie sprawiał wrażenia kogoś, kto się stara.

Jego życie kręciło się wokół kobiet, chociaż nie był typowym kobieciarzem z tanich komedii romantycznych – nie okłamywał, nie obiecywał, nie krył się z niczym. Każda z jego czterech partnerek doskonale wiedziała o pozostałych i nie tylko to akceptowała, ale wręcz czasem razem wychodziły na wino.

Pierwszy raz zobaczyłam go w galerii handlowej. Stał przy wejściu do kawiarni, w ręku trzymał telefon, jakby rozmawiał, ale jednocześnie jego wzrok powędrował w moją stronę. Przez chwilę miałam wrażenie, że po prostu mnie rozpoznał – może z jakiejś imprezy, może ze wspólnych znajomych. Uśmiechnął się szeroko, pewny siebie. Czułam się obserwowana, ale nie w ten nieprzyjemny sposób. Gdy podeszłam do kasy, nagle usłyszałam jego głos za plecami:

– Cześć, mogę cię zaprosić na kawę?

Zamarłam na sekundę. Miał przecież cztery kobiety. Po co ja mu do szczęścia?

Walentynkowa intryga

Nie planowałam randki w Walentynki. Byłam przekonana, że to święto dla tych, którzy mają się do kogo przytulić wieczorem, a ja od miesięcy skutecznie unikałam związków. Może dlatego, że widziałam zbyt wiele rozczarowań. Gdy Filip zaprosił mnie na kawę, chciałam od razu odmówić, ale w jego oczach pojawił się ten błysk, coś pomiędzy rozbawieniem a wyzwaniem. Zanim zdążyłam zebrać myśli, już siedzieliśmy razem przy małym stoliku w kącie kawiarni.

– Wiem, co sobie myślisz – powiedział, zanim jeszcze zdążyłam otworzyć usta. – Tak, to ja, ten Filip, co ma cztery kobiety. Pewnie powinieniem teraz rzucić jakiś dowcip, ale wolę szczerą rozmowę.

Byłam zaskoczona jego bezpośredniością.

– Nie boisz się, że ktoś ci w końcu zrobi awanturę? – zapytałam, nie mogąc się powstrzymać.

Filip zaśmiał się lekko.

– Każda z nich wie, na czym stoi. Niczego nie ukrywam. Nie jestem idealny, nie jestem też typem, który rani specjalnie.

Chciałam drążyć temat, zrozumieć, jak to możliwe, że nikt tu nie czuje się zdradzany. Filip jednak zmienił temat, jakby wyczuł, że za bardzo zagłębiam się w coś, co miało być tylko zabawą. Zamiast tego zaproponował, żebyśmy razem wymyślili najbardziej absurdalne walentynkowe wyznanie miłosne. Przez chwilę zapomniałam, z kim siedzę.

Wchodzę do gry

Jeszcze tego wieczoru nie wiedziałam, czy bardziej bawi mnie cała sytuacja, czy zwyczajnie działa na mnie atmosfera wyzwania. Filip wyczuł, że jestem sceptyczna i nie próbował mnie przekonywać na siłę. Zamiast tego bawił się rozmową, żonglował anegdotami, śmiesznymi historiami o swoich „czterech muszkieterkach”, a ja nie mogłam uwierzyć, jak bardzo jest w tym wszystkim szczery. Zamiast złości czy zazdrości, między jego kobietami panowała swoista solidarność – ustalili własne zasady, których on musiał przestrzegać.

– Naprawdę nigdy nie czujesz się zmęczony tym układem? – zapytałam, gdy kelnerka przyniosła nam drugą kawę.

– Czasem tak. To trochę jak prowadzenie firmy z czterema wspólniczkami – odpowiedział z przekąsem.

Wtedy, dla żartu, rzuciłam:

– To może szukasz właśnie piątej udziałowczyni?

Filip uśmiechnął się szeroko, jakby czekał na te słowa.

– Szczerze? Ty chyba byś im się spodobała. Lubią kobiety, które nie dają sobie w kaszę dmuchać.

Nie wiedziałam, czy się śmiać, czy uciekać. W tej dziwnej zabawie było coś magnetycznego. Nie chodziło o flirt, raczej o testowanie siebie nawzajem. Zaczęłam rozumieć, dlaczego niektórym tak trudno się mu oprzeć. Wyszłam z kawiarni z jego numerem w kieszeni, nie wiedząc, czy to błąd, czy może początek czegoś bardzo nieprzewidywalnego.

Prawda czy gra?

Dwa dni później dostałam od Filipa wiadomość: „Spotkajmy się na spacer. Zobaczysz, że to nie jest żaden casting na kolejną dziewczynę”. Wbrew rozsądkowi zgodziłam się. Potrzebowałam zobaczyć, co w nim jest takiego, co sprawia, że kobiety idą na kompromisy, o których nigdy by nie pomyślały.

Spacerowaliśmy po mieście, a Filip opowiadał mi o swoich relacjach z każdą z czterech kobiet. Mówił o nich z szacunkiem, z czułością, ale bez patosu. Uderzyło mnie, że nie próbował nikogo wybielać ani udawać, że wszystko jest idealnie. Z każdą miał inne wspólne tematy, inne rytuały. Jedna kochała podróże, druga była domatorką, trzecia wulkanem emocji, czwarta dawała mu spokój.

– I żadna z nich nigdy nie chciała mieć cię na wyłączność? – dopytałam.

– Jasne, że chciały. Czasem padały ultimatum, czasem były ciche dni. Ale żadna nie chciała mnie zmieniać na siłę. Wybrały mnie takim, jakim jestem – wzruszył ramionami.

Czułam, że zaczynam to rozumieć. To nie był układ bez emocji. Po prostu wszyscy tam znali swoje miejsce i nie udawali, że pragną czegoś innego. Pod koniec spaceru Filip zapytał:

– Co ty na to? Gotowa wejść do gry, czy wolisz wrócić do swojego świata?

Zawahałam się. Może pierwszy raz w życiu.

Pora coś wybrać

Walentynkowy wieczór zbliżał się nieubłaganie. W pracy wszyscy rozmawiali o planach na randki, kwiaty i romantyczne kolacje, a ja czułam, że wiszę gdzieś między dwoma światami. Filip zaprosił mnie na kolację, uprzedzając, że nie będzie żadnych fajerwerków – tylko szczera rozmowa, żadne ukryte motywy.

Weszłam do restauracji i zobaczyłam, że Filip już na mnie czeka. Uśmiechnął się lekko, odstawił telefon i całą uwagę skupił na mnie.

– Przyszłaś – powiedział po prostu.

– Przyszłam – odpowiedziałam, próbując brzmieć pewnie.

Wieczór mijał w zaskakująco zwyczajnej atmosferze. Żadnych aluzji, żadnego flirtu ponad to, co naturalne. Rozmawialiśmy o wszystkim: o pracy, rodzinie, głupich memach z internetu. Nie padły żadne obietnice ani pytania o przyszłość. Filip nie próbował mnie przekonać, nie wywierał presji.

Pod koniec, kiedy kelner przyniósł rachunek, Filip popatrzył mi prosto w oczy.

– Wiesz, nie chodzi o to, żebym miał kolejną kobietę. Czasem chciałbym po prostu z kimś być. Bez gry, bez kłamstw. Z kimś, kto też nie udaje, że wie, czego chce.

Długo milczałam. Odpowiedziałam dopiero przy drzwiach:

– Nie wiem, czy jestem gotowa na taki układ. Ale nie jestem pewna, czy chcę wracać do samotności.

Filip przytaknął, jakby rozumiał więcej, niż powiedział.

Czy jest tego wart?

Nie zdecydowałam się od razu. Walentynkowy wieczór przeszedł do historii jako jeden z najbardziej nieoczywistych w moim życiu – bez kwiatów, bez deklaracji, ale za to z uczuciem, że coś we mnie zostało poruszone. Filip nie dzwonił i nie pisał przez kilka dni. Ja z kolei wpatrywałam się w ekran telefonu, próbując rozgryźć własne emocje. Czułam się rozdarta. Z jednej strony kusił mnie świat wolnych wyborów, relacji opartych na otwartości, ale z drugiej – przerażała mnie myśl, że zawsze będę tylko jedną z wielu.

Któregoś wieczoru napisałam do niego krótką wiadomość. „Może kawa? Po prostu”. Filip odpisał od razu. Spotkaliśmy się na ławce w parku, tym razem bez żadnego podtekstu. Rozmawialiśmy długo, otwarcie, bez nadmiernych oczekiwań.

– Może kiedyś będę umiała żyć tak, jak wy – powiedziałam cicho. – Ale dziś nie potrafię dzielić czyichś uczuć z innymi.

Filip westchnął.

– To nie jest życie dla każdego. I dobrze, że to wiesz.

Rozstaliśmy się bez złości, bez żalu, jakbyśmy oboje wiedzieli, że czasem trzeba sobie pozwolić na nieoczywiste odpowiedzi. Dzisiaj myślę o nim bez goryczy. Czasem trzeba wejść w czyjś świat tylko na chwilę, żeby zrozumieć, czego się naprawdę chce.

Kinga, 33 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama