Reklama

Z teściową nigdy nie było łatwo. Miała w zwyczaju komentować wszystko, co robiłam – od sposobu ubierania dzieci po to, jak solę zupę. Znosiłam to dla świętego spokoju, dla dobra rodziny, dla mojego męża, który zawsze powtarzał: „Ona już tak ma”. Przyzwyczaiłam się do jej uszczypliwości i wiecznego narzekania.

Jednak podczas zimowych ferii przeszła samą siebie. Wydawało mi się, że wyjazd w góry będzie okazją do odpoczynku i wzmocnienia więzi rodzinnych. Tymczasem teściowa robiła wszystko, żeby to zepsuć. Po tym wszystkim granice zostały przekroczone raz na zawsze.

Miałam złe przeczucia

– Cieszysz się, że jedziemy? – zapytałam męża, pakując ostatnie rzeczy do torby.

– Jasne, będzie fajnie. Dzieci się wybiegają, my trochę odpoczniemy – odpowiedział z uśmiechem, który zbladł, gdy z kuchni dobiegł głos jego matki.

– Mam nadzieję, że nie każesz mi spać koło okna. W moim wieku to już niezdrowe – oznajmiła teściowa, nawet nie pytając, jaki pokój jej przypadnie.

Od początku miałam złe przeczucia. Już w samochodzie dała pokaz swojej cierpliwości, gdy przez trzy godziny komentowała jazdę, ustawienie fotelików i mój sposób prowadzenia rozmów z dziećmi.

– Dlaczego one wciąż jedzą te chrupki kukurydziane? Przecież to sama chemia – mruknęła, grzebiąc w torebce, jakby szukała antidotum na moją nieudolność wychowawczą.

Dojechaliśmy do ośrodka późnym popołudniem. Było pięknie. Śnieg skrzył się w promieniach zachodzącego słońca, a dzieci piszczały z radości. Myślałam: „Damy radę, nawet z nią”.

Miałam plan – codzienne spacery, narty, wieczory z grzańcem i planszówkami. Naiwnie liczyłam, że ferie w górach pozwolą nam zbliżyć się do siebie. Nie podejrzewałam, że zamiast wypoczynku czeka mnie eskalacja rodzinnych dramatów.

Chciało mi się płakać

Już pierwszego poranka zderzyłam się z lawiną jej pretensji.

– Nie ma jajecznicy? – spytała, siadając do śniadania i patrząc na talerz z granolą i owocami jak na obraz nędzy i rozpaczy.

– Jest owsianka, dzieci lubią – odpowiedziałam spokojnie, choć już czułam, że zaraz się zacznie.

– Dzieci lubią? A ty skąd wiesz, co one lubią, skoro cały dzień siedzisz z nosem w telefonie?

Zacisnęłam szczęki. Mąż milczał, oczy wlepione w kanapkę, jakby od niej zależało teraz całe jego życie. Na stoku nie było lepiej. Krzywo patrzyła, gdy dzieci nie zapięły idealnie kurtki, gdy synek upadł na pupę, a nawet wtedy, gdy ja – o zgrozo – usiadłam na chwilę na ławce, zamiast gonić za nimi bez wytchnienia.

– Gdybyś miała więcej ruchu na co dzień, nie byłabyś taka zmęczona – rzuciła mimochodem.

Wieczorem usiadłam w łazience, opierając się o zimne kafelki. Chciało mi się płakać, ale wiedziałam, że to dopiero początek. Przecież do końca ferii było jeszcze sześć dni.

Teściowa wyglądała na zadowoloną. Wchodziła w rolę królowej śniegu – wyniosłej, nieprzystępnej, z lodowatym spojrzeniem. I choć nie miała berła, wystarczyło jej jedno spojrzenie, żebym poczuła się jak służąca w tej bajce.

Chciałam się zapaść pod ziemię

W ośrodku był jeden wieczór, kiedy wszyscy goście mieli wspólną kolację przy długim, udekorowanym stole. Świece, zapach grzańca i sielanka jak z folderu reklamowego. Tego dnia przypadał akurat Dzień Babci i teściowa uznała, że to idealna okazja, żeby zrobić z siebie główną bohaterkę wieczoru.

– No cóż, święto babć, a nawet nikt nie pomyślał o kwiatku – westchnęła głośno, rozglądając się po sali.

Kilka osób spojrzało w naszą stronę. Dzieci spuściły wzrok, a ja poczułam znajome napięcie w karku.

– Mamo, przecież dzieci złożyły ci życzenia rano – szepnął mój mąż.

– Życzenia to każdy może powiedzieć – machnęła ręką. – Kiedyś to się szanowało starszych. Teraz wszystko byle jak, nawet w taki dzień.

Zaczęła opowiadać obcym ludziom, jak to „nikt już nie dba o tradycje” i jak babcie są dziś niedoceniane. Każde zdanie było coraz głośniejsze i bardziej teatralne.

– Ja bym na ich miejscu zrobiła laurkę, upiekła ciasto, a nie jakieś tam wyjazdy – dodała, patrząc wymownie w moją stronę.

Czułam, jak kolacja zamienia się w przedstawienie, którego nikt nie chciał oglądać. Śmiechy przy innych stołach milkły, a ja miałam wrażenie, że zapadam się pod ziemię.

W końcu nie wytrzymałam

Ostatniego dnia ferii czułam, że nadszedł moment kulminacyjny. Teściowa wstała rano, ubrana w swój najbardziej wymyślny kapelusz, który wyglądał, jakby chciała wejść na scenę operową, a nie do pensjonatu.

– Ktoś musi mi zrobić kawę – oznajmiła, patrząc na mnie przenikliwie. – Ale najlepiej, żeby była idealna, jak w najlepszej kawiarni.

Z trudem ukrywałam irytację, ale wiedziałam, że jeśli podniosę głos, to spokój przepadnie na całą resztę dnia. Dzieci pobiegły na stok, a mąż próbował przekonać ją, żeby zjadła cokolwiek, zanim zacznie się kolejny dramat.

– Ach, nic nie smakuje, wszystko jest do niczego – westchnęła teatralnie, mieszając łyżeczką w filiżance, która przecież była pełna idealnej kawy.

Postanowiłam w końcu postawić granice.

– Mamo, dość. To nasze ferie. Chcemy odpocząć, a nie uczestniczyć w każdym twoim przedstawieniu.

– O, a co ty możesz wiedzieć o odpoczynku? – odburknęła, zaskoczona moją stanowczością. – Ty życia nie znasz.

Spojrzałam jej w oczy i poczułam, że jej pewność siebie gdzieś się ulotniła. Te kilka sekund ciszy wystarczyło, żeby zapanowała w domu względna normalność.

To była nauka stawiania granic

Po powrocie do domu poczułam w końcu ulgę. Teściowa nie wytrzymała dłużej swoich dramatów i chyba sama zdała sobie sprawę, że przesadziła. Dzieci biegały po korytarzu, śmiejąc się i opowiadając o przygodach na stoku, a mąż przygotowywał obiad, próbując wprowadzić atmosferę spokoju.

Siedziałam w salonie, pijąc herbatę i analizując wszystkie dni ferii. Przemyślałam każde jej słowo, każdy gest i zdałam sobie sprawę, że ten wyjazd był dla mnie próbą cierpliwości, ale też nauką stawiania granic.

Teściowa w końcu przestała ingerować w nasze decyzje. Jej dramaty stały się dla mnie sygnałem, że nie mogę pozwalać, by ktoś dyktował nam życie pod pretekstem „troski”. Wiedziałam, że to dopiero początek większej zmiany w relacjach rodzinnych.

– Dobrze, że wreszcie odpoczniemy – powiedziałam cicho, spoglądając na męża, który skinął głową. Wiedziałam, że zrozumiał, jak ważne było postawienie tej granicy.

Zdałam sobie sprawę, że czasem trzeba zaryzykować konfrontację, żeby odzyskać spokój i równowagę w domu. Te ferie pozostaną w pamięci jako lekcja i ostrzeżenie, że humory jednej osoby nie powinny niszczyć życia całej rodziny.

Ewa, 37 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama