„Ferie zimowe miały naprawić nasz związek. Po pierwszej nocy w górach wiedziałam, że to już koniec”
„Po śniadaniu poszliśmy na spacer. On szedł kilka kroków przede mną. Nie trzymał mnie za rękę, nie mówił nic. Gdy stanęłam na chwilę, by poprawić rękawiczki, nawet się nie odwrócił. Jakbym była jedną z tych turystek”.

Z Markiem jesteśmy małżeństwem od siedmiu lat. Siedem. Magia tej liczby wyparowała gdzieś między jego milczeniem a moimi nieodpisanymi wiadomościami. Kiedyś byliśmy nierozłączni – najpierw na studiach, potem wspólne mieszkanie, pierwszy pies, pierwsze „kocham cię” w środku kłótni o pierogi. A potem wszystko się rozmyło. Nie zauważyłam, kiedy dokładnie. Może wtedy, gdy wracał coraz później, a ja już przestawałam czekać z kolacją. Może wtedy, gdy zamiast „jak minął dzień?” słyszeliśmy tylko odgłosy scrollowania telefonów.
Wyjazd w góry miał być nowym początkiem. Chciałam to naprawić. Zaproponowałam ferie, on się zgodził – bez entuzjazmu, ale się zgodził. Spakowałam termos, książki, ciepły sweter i coś jeszcze – nadzieję, że jeszcze nie wszystko stracone.
– Nie wiem, Natalia, może to głupie… – powiedziałam, opierając się o framugę kuchennych drzwi.
– Nie głupie, tylko odważne – odpowiedziała przez telefon. – Ale Klara… jeśli nic się nie zmieni, to co zrobisz?
Patrzyłam wtedy przez okno na białe niebo i nie wiedziałam, co powiedzieć. Więc powiedziałam prawdę.
– Nie wiem.
Po prostu wyszedł
Przyjechaliśmy do pensjonatu tuż po zmroku. Śnieg sypał gęsto, skrzypiał pod butami, a ja czułam w środku coś między ekscytacją a niepokojem. Marek niósł nasze torby bez słowa, jakby był tu tylko ciałem, a głowę zostawił w pracy. Pokój był przytulny – drewniane ściany, gruby koc, nawet kominek elektryczny. Pomyślałam, że to może nam pomóc. Że wystarczy jedna dobra rozmowa. Jedna noc bliskości.
– Chcesz się rozpakować czy iść coś zjeść? – zapytałam, zdejmując kurtkę.
– Jestem zmęczony, może później. Muszę się przewietrzyć – rzucił i bez pocałunku, bez spojrzenia, wyszedł, zostawiając drzwi uchylone.
Usiadłam na łóżku. Liczyłam w myślach do dziesięciu, potem do pięćdziesięciu. Nie wracał. Po godzinie przebrałam się w piżamę, odłożyłam telefon, potem znowu go wzięłam i sprawdziłam godzinę. 22:48. Zasnęłam w ubraniu, nasłuchując skrzypnięcia schodów.
Obudziły mnie ciche kroki. Marek wszedł do pokoju bez słowa.
– Gdzie byłeś? – spytałam cicho.
– Przewietrzyć się poszedłem, przecież mówiłem – odpowiedział, jakby to było oczywiste.
– Prawie trzy godziny?
– Klara, nie zaczynaj. Przestań wszystko analizować. Przecież jestem.
Leżał obok, ale czułam, jakby dzieliła nas przepaść. Wpatrywałam się w sufit, szukając sensu w jego obecności. Nie płakałam. Nawet nie byłam zła. Po prostu… czułam, że coś się we mnie zaczyna wyciszać. Że przestaję walczyć. A przecież dopiero pierwszy dzień. Czy to naprawdę koniec naszego małżeństwa?
Nie było miło
Następnego dnia wstaliśmy późno. Ja udawałam, że się wyspałam, on – że ma ochotę na śniadanie. W jadalni było ciepło, pachniało kawą i cynamonem. Siedzieliśmy przy oknie, z którego widać było zaśnieżone świerki. Marek siedział z nosem w telefonie. Kiedy się zniecierpliwiłam, schował go do kieszeni.
– Coś się dzieje? – zapytałam, udając obojętność.
– Nie, po prostu sprawdzałem wiadomości.
– Aha. – Wbiłam wzrok w talerz.
Po śniadaniu poszliśmy na spacer. On szedł kilka kroków przede mną. Nie trzymał mnie za rękę, nie mówił nic. Gdy stanęłam na chwilę, by poprawić rękawiczki, nawet się nie odwrócił. Jakbym była jedną z tych turystek.
Późnym popołudniem poszłam do miasteczka. Marek twierdził, że wraca do pensjonatu. I wtedy go zobaczyłam. Stał naprzeciwko kawiarni z jakąś kobietą. Ubrana na czarno, długie włosy, mówiła coś, gestykulując. Marek się śmiał. Z tym samym uśmiechem, którego nie widziałam od miesięcy. Odeszłam szybko.
Wieczorem, gdy wrócił, udawałam, że czytam książkę.
– Gdzie byłeś? – zapytałam cicho.
– Przechadzałem się. Mówiłem, że potrzebuję trochę samotności.
– Samotności? – uniosłam wzrok. – Bo widziałam cię z kimś.
Marek zamarł.
– Klara, naprawdę? Zaczynasz już mieć paranoję.
– To była paranoja, czy brunetka w czarnym płaszczu?
– Boże, przestań. Nie wierzę… Jesteśmy tu dzień, a ty już robisz sceny.
Nie ufałam już niczemu. Nawet sobie.
Odkryłam sekret męża
Nie spałam prawie całą noc. Nad ranem usiadłam na łóżku, czując, jak w środku coś się we mnie kotłuje – nie złość, nie strach. Coś gorszego. Poczucie, że jestem traktowana jak idiotka.
Kiedy Marek poszedł pod prysznic, jego telefon został na szafce nocnej. Ekran się rozświetlił – wiadomość na komunikatorze. Zdążyłam przeczytać tylko fragment: „Było miło Cię zobaczyć, może jeszcze...”
Serce podeszło mi do gardła. Bez zastanowienia odblokowałam ekran. Nie miał hasła. I wtedy zobaczyłam więcej. Wiadomości sprzed tygodni. Słodkie, dwuznaczne, flirtujące. Zdjęcia. Jeden wieczór w hotelu w Krakowie. Zamknęłam oczy. Palce mi drżały. Usłyszałam, jak zakręca wodę. Zanim wyszedł z łazienki, telefon już leżał na miejscu, a ja – stojąc przy oknie – próbowałam nie wybuchnąć. To była ta brunetka, z którą go widziałam.
– Klara, wszystko w porządku?
Odwróciłam się powoli.
– Przespałeś się z nią?
Zamarł. Trzymał ręcznik przy szyi, jakby właśnie ktoś przyłożył mu pistolet do skroni.
– Co ty...
– Nie kłam. Czytałam.
– Ty grzebałaś w moim telefonie?
– Ty mnie zdradzasz! – krzyknęłam. – I jeszcze masz czelność odwracać kota ogonem?
Zaczął się ubierać szybko, chaotycznie.
– Wiesz co? – rzucił. – Już dawno nic nie czułem. Od miesięcy. Trzymam się tego tylko przez przyzwyczajenie. Bo tak wypada. Ale prawdy i tak nie da się ukryć.
– To było takie proste, prawda? Wystarczyło przestać mnie kochać.
Nie odpowiedział. Wyszedł. Trzask drzwi zabrzmiał jak wyrok. A ja zostałam. Z pustką. Z ciszą. Z tym, co wiedziałam od dawna – że wszystko się rozpadło.
Czułam się oszukana
Siedziałam przy stoliku w małej kawiarni, kilka ulic od pensjonatu. Mój kubek już dawno wystygł. Przed sobą miałam tylko parę okruchów po cieście i własne myśli, które rozchodziły się jak pęknięcia na lodzie.
Nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić. Nie miałam dokąd pójść. W pokoju był Marek. W mojej głowie – tysiące wersji tej samej historii. Jak długo? Z kim jeszcze? Czy był ze mną szczery choć przez chwilę?
Zamrugałam, żeby powstrzymać łzy. Zamiast płakać, sięgnęłam po telefon i wybrałam numer Natalii.
– Klara? Wszystko w porządku? – zapytała od razu.
Musiała wyczuć coś w moim głosie.
– Nie – powiedziałam cicho. – On mnie zdradził.
Zapadła cisza. Potem:
– Wiedziałaś, prawda? Gdzieś w środku.
– Tak. Ale wciąż miałam nadzieję, że może to ja przesadzam. Że to tylko etap, kryzys, że jakoś przez to przejdziemy.
– A teraz?
– Teraz... teraz już nie chcę. Nie chcę się łudzić. Nie chcę go wiecznie tłumaczyć.
Natalia milczała przez chwilę, potem powiedziała:
– Wiem, że boli. Ale wiesz, czego mi u ciebie brakuje?
– Czego?
– Ciebie samej. Gdzieś się zgubiłaś w tym wszystkim. Tak bardzo chciałaś ratować związek, że zapomniałaś, co ty czujesz.
Spojrzałam przez okno. Przechodziła para – starsi ludzie, trzymający się za ręce.
– Chyba masz rację – szepnęłam.
– To co zrobisz?
– Wrócę. Spakuję się. I wyjadę. Bo nie chcę dłużej żyć w iluzji.
– Dobrze – powiedziała cicho. – I pamiętaj, Klara… nie jesteś sama.
Rozłączyłam się i odetchnęłam głęboko. Czułam się słaba. Ale w tej słabości była jakaś nowa siła. Jakby coś we mnie w końcu puściło.
To koniec
Drzwi do pokoju skrzypnęły, kiedy je otworzyłam. Marek siedział przy oknie, patrzył na góry, jakby widok miał mu odpowiedzieć na pytania, których nigdy nie zadał. Odwrócił głowę, gdy usłyszał, jak wyciągam walizkę spod łóżka.
– Co robisz? – zapytał.
– Wyjeżdżam.
Wstał powoli, jakby ważył każde słowo, zanim je wypowie.
– Klara… Może trochę przesadziliśmy. Oboje. Może to tylko... kryzys.
– Nie. To nie kryzys, Marek. To koniec.
Podszedł do mnie, jakby chciał zatrzymać to, co nieuchronne.
– Może jeszcze moglibyśmy...
– Nie, nie moglibyśmy. Bo ja już nie chcę. Bo czułam się sama obok ciebie przez tyle miesięcy, że teraz samotność jest dla mnie ulgą, a nie karą.
Stał z otwartymi ustami. Cicho. Bezbronnie.
– Przepraszam – powiedział po chwili.
– Ja też – odpowiedziałam. – Przepraszam, że tyle czekałam. Że pozwoliłam ci mnie oddalać kawałek po kawałku.
Zapięłam walizkę. Założyłam kurtkę. Nie płakałam. Nie rzucałam ostatnich dramatycznych zdań. Wystarczyło, że spojrzałam mu w oczy – i wiedziałam, że zrozumiał. Że nie jestem tą samą kobietą, która pakowała się tu trzy dni temu z nadzieją.
Wyszłam, nie oglądając się za siebie. Przed pensjonatem wezwałam taksówkę na dworzec. Śnieg znowu sypał gęsto. Ale tym razem nie czułam ciężaru w piersiach.
Klara, 35 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Po firmowej integracji w górach rosło we mnie nasionko. Mąż nie chciał dzieci, ale postawiłam go przed faktem dokonanym”
- „Po romantycznych feriach z mężem hotel odesłał nam zapomniany drobiazg z pobytu. Otworzyłam paczkę i wyczułam rozwód”
- „Kuzynka pilnie potrzebowała pieniędzy na pogrzeb dziadka. Pożyczyłam jej ostatnie 5 tysięcy i nagle zniknęła bez śladu”

