Reklama

Miały być puzzle. Bajki, kakao, śmiech. Zasłonięte zasłony, skarpetki nie do pary i rozmowy szeptem przy nocnej lampce. Ferie z Frankiem. Nasze ferie. Ciche, nasze. I takie właśnie miały być. Do momentu, kiedy dostałam SMS. „Zabieram jutro Franka na ferie last minute. Spodoba mu się”.

Arek. Nawet nie zapytał, nie zadzwonił. Po prostu postawił mnie przed faktem dokonanym. A ja, ubrana w polarową piżamę, z parującym kubkiem kakao w dłoni, siedziałam przy stole i patrzyłam w pusty talerz po kolacji, którą zrobiłam z myślą, że zjemy ją razem. Z Frankiem. Zamiast śmiechu było tylko tykanie zegara. Zamiast bajki – cisza. Ale nie chciałam odbierać dziecku wczasów, które z pewnością długo będzie wspominał.

Samotna i sfrustrowana wrzuciłam na swój profil zdjęcie pustego stołu z podpisem: „Zmiana planów”. Nie liczyłam na lajki ani na komentarze, ale niespodziewanie przyszła wiadomość. „Mam też anulowane ferie. Może kawa?” – Michał, z pracy. Spokojny, cichy. Ten, który zawsze przynosił własną herbatę w termosie i nigdy nie narzekał. Rozwiedziony, jak ja. Ale to przecież nic nie znaczy. Prawda?

Zaskoczyło mnie, że ta wiadomość cokolwiek we mnie wzbudziła. Nie radość, nie ekscytację. Raczej... ciekawość. Albo coś podobnego do uczucia, że może nie jestem całkiem niewidzialna. Nie płakałam, nie miałam siły. Czułam się jak powietrze – bezbarwna, bez smaku, nijaka. Coś we mnie jednak drgnęło. A kiedy człowiek myśli, że już nic nie czuje, a coś jednak go poruszy – to już nie ma odwrotu.

Dobrze się przy nim czułam

Nie umawialiśmy się długo. Dwa, trzy SMS-y. Michał zaproponował kawiarnię niedaleko mojego mieszkania, w bocznej uliczce, gdzie latem wystawiali stoliki na zewnątrz, a zimą pachniało cynamonem. Przyszłam wcześniej. Weszłam, zdjęłam płaszcz i spojrzałam w stronę okna. Michał już tam był, w tej samej ciemnej kurtce, którą nosił do pracy. Wstał, kiwnął głową, ale nie ruszył się z miejsca. Nie było przytulania ani niezręcznych gestów. To mi odpowiadało.

Usiedliśmy i przez chwilę patrzyliśmy na kartę. Zamówiłam herbatę malinową, a Michał poprosił o kawę, bez cukru. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie, a ja, mimo wcześniejszego spięcia, poczułam coś w rodzaju ulgi. Tego dnia nie musiałam się nikomu tłumaczyć, uśmiechać, próbować być dzielna. Przy nim nie czułam się oceniana.

Rozmawialiśmy o drobiazgach. Michał narzekał na zimę i mówił, że w dzieciństwie zjeżdżał na sankach po chodniku między blokami, a jego babcia krzyczała z okna, żeby uważał. Uśmiechnęłam się. Opowiedziałam mu, że Franek ostatnio upierał się, że chce mieć kota, chociaż ma alergię. Michał roześmiał się tak naturalnie, jakbyśmy znali się od lat. Nie było pełnej żalu rozmowy o dzieciach. Nie było pytań o byłych. Tak jakbyśmy oboje mieli w głowie tę samą cichą umowę: nie dzisiaj.

Za oknem topniał śnieg. Na szybie zbierały się smugi po kropelkach deszczu. W środku było ciepło, ale nie chodziło tylko o kaloryfery. Zaskoczyło mnie to, że przez chwilę nie czułam potrzeby analizowania, co powinnam powiedzieć, jak się zachować. Po prostu siedziałam i słuchałam. Michał był uważny. Nie nachalny, nie milczący. Taki, przy którym można po prostu być. W pewnym momencie, zupełnie naturalnie, powiedział:

– Wiesz, może ten tydzień nie musi być stracony.

Spojrzałam na niego, trochę zdziwiona, ale nie odpowiedziałam od razu. Po chwili uśmiechnęłam się. Nie z grzeczności, tak po prostu. Chyba pierwszy raz od dawna.

Zbliżyliśmy się do siebie

Spotkaliśmy się dwa dni później. Michał napisał, że prognozy mówią o śniegu, ale i tak chciałby się przejść. Mnie nie trzeba było długo namawiać. Potrzebowałam oderwania od mieszkania, od ciszy, od pustych wieczorów. Zgodziłam się niemal bez zastanowienia.

Park był pusty. Drzewa wyglądały jakby były z papieru, cienkie, blade, bez życia. Michał miał czapkę wciągniętą na uszy i trochę śmiesznie wystawały mu włosy. Szliśmy powoli, nie śpiesząc się. Nie trzymaliśmy się blisko, ale i nie rozdzielał nas żaden dystans.

Pierwsza zaczęłam mówić o Franku. O tym, jak nie znosi budyniu waniliowego, ale udaje, że lubi, kiedy robi go moja mama. O tym, że kiedy Arek przyjeżdżał wcześniej, Franek układał buty równo przy drzwiach, jakby to miało zatrzymać jego ojca na dłużej. Michał słuchał. Nie wtrącał się, nie próbował pocieszać. Po prostu był.

Potem opowiedział o swojej córce. Mówił, że ma na imię Lena i mieszka z matką w Danii. Że rysuje stwory z siedmioma oczami i że kiedyś poprosiła go, żeby wysłał jej polską czekoladę. Słuchałam, bo mówił spokojnie. Bez pretensji, bez tego bólu, który trzeba ukrywać pod śmiechem.

Zatrzymaliśmy się przy ławce, pod drzewem. Michał powiedział wtedy coś, co zostało mi w głowie.

– W samotności też da się odnaleźć coś cennego.

Popatrzyłam na niego. Te słowa mnie dotknęły. Nie w sposób bolesny, raczej jakby ktoś odgarnął kurz z czegoś, co dawno uznałam za zamknięte. Poczułam, że ktoś mnie słyszy. Nie słucha z grzeczności, tylko naprawdę słyszy. Zrobiło mi się lżej. Na moment. A potem przyszło coś jeszcze – strach. Bo jeśli ktoś staje się bliższy, to może też kiedyś odejść. A ja już za dobrze znam to uczucie.

Czułam się samotna

Wróciłam do mieszkania zaraz po zmroku. Na klatce pachniało wilgocią, a sąsiadka z góry znów zostawiła worek śmieci przy drzwiach. Wszystko było tak, jak zwykle. Tylko mnie coś w środku nie pasowało.

Włączyłam film animowany. Nie dlatego, że miałam ochotę go oglądać, tylko z przyzwyczajenia. Franek zawsze śmiał się w tych samych momentach, znał je na pamięć. Usiadłam na kanapie z herbatą, w tej samej bluzie, co zwykle. Okna były zaparowane, za szybą migotały światła samochodów.

Zadzwonił telefon. To był Franek, jego głos był pełen energii. Opowiadał o pizzy w kształcie serca, o jakimś wesołym miasteczku i o tym, że jadł lody w grudniu. Słuchałam i kiwałam głową, mimo że nie mógł mnie widzieć. Cieszyłam się, że jest szczęśliwy. Ale po odłożeniu telefonu poczułam się gorzej niż przed rozmową.

Długo wpatrywałam się w ekran, który już niczego nie pokazywał. Próbowałam zrozumieć, co tak bardzo mnie uwiera. Może to, że Franek tak dobrze się bawił? Może to, że nie pytał, co u mnie? Może wszystko naraz. Nie wiem, czy bardziej bolała mnie tęsknota, czy fakt, że on mnie nie potrzebuje tak, jak ja jego. Że świat się nie zatrzymał, tylko po prostu zaczął się kręcić beze mnie.

Złapałam telefon. Zaczęłam pisać wiadomość do Michała, zdanie po zdaniu. Kasowałam i pisałam od nowa. „Chcesz się przejść?”. „Było mi miło ostatnio”. „Jesteś dziś w mieście?”. Żadne nie brzmiało dobrze. Skasowałam wszystko i odłożyłam telefon na bok. Zrobiłam zdjęcie herbaty, wrzuciłam na swój profil i napisałam: „Pół dnia milczenia. To też jakiś plan”.

Bałam się przywiązać

Minęło kilka godzin. Już myślałam, że nikt nie zareaguje na zdjęcie, ale po dziewiątej pojawiła się wiadomość od Michała. „Może znów kawa, ale bez słów. Dziś ja stawiam”. Nie odpisałam od razu. Przeczytałam wiadomość kilka razy, jakby od tego miało zależeć, co powinnam czuć. Nie było tam nic nachalnego. Nic, co zobowiązywałoby mnie do rozmowy, uśmiechu, udawania, że wszystko w porządku. I może właśnie dlatego poszłam.

Spotkaliśmy się w tej samej kawiarni. Michał czekał przy tym samym stoliku. Kiedy mnie zobaczył, tylko skinął głową. Nie wstał, nie pytał, nie komentował. Usiedliśmy, a on przyniósł dwie kawy. Wzięłam łyk i w końcu poczułam się lepiej.

Siedzieliśmy w ciszy. Dookoła toczyło się życie, ktoś rozmawiał przez telefon, ktoś inny pakował tort do pudełka. A my nic nie mówiliśmy. I to było w porządku. Michał po chwili wyjął z torby książkę i położył ją obok mnie na stole. Stara okładka, pożółkłe kartki. Znałam ten tytuł, ale nigdy nie czytałam.

– O ludziach, którzy uczą się żyć po stracie – powiedział cicho. – Nie żebyś musiała. Po prostu można tu znaleźć parę uniwersalnych prawd.

Dotknęłam książki palcami, jakby była czymś kruchym. Przez dłuższą chwilę milczeliśmy.

– Nie wiem, czy potrafię znowu się przywiązać – powiedziałam po chwili, bardziej do siebie niż do niego.

– Nie trzeba. Wystarczy być – odpowiedział spokojnie.

I wtedy coś we mnie puściło. Nie gwałtownie, nie teatralnie. Łzy pojawiły się powoli, cicho. Nie próbowałam ich zatrzymać. Nie szlochałam. Nie chowałam twarzy w dłoniach. Po prostu siedziałam, a one spływały jedna po drugiej. Michał nie powiedział ani słowa. Nie dotykał mnie, nie patrzył z litością. Był obok. I tylko tyle. Albo aż tyle.

Może to był początek

Tym razem nie planowaliśmy spotkania. Michał zaproponował spacer, zanim znów miał zniknąć na kilka dni. Mówił, że wyjeżdża służbowo. Nie dopytywałam, nie musiałam znać szczegółów. Umówiliśmy się wieczorem, na tej samej trasie, którą ostatnio przemierzyliśmy w śniegu. Teraz śnieg leżał tylko w cieniu, reszta była już rozmokła, ciężka i brudna.

Szliśmy obok siebie, powoli. Nikt się nie śpieszył. W pewnym momencie zaczęłam mówić, sama z siebie. Nie planowałam tego. Po prostu otworzyłam się przed nim. Opowiedziałam o rozwodzie, o tym, jak bardzo to bolało. O tym, jak uczyłam się zasypiać bez dźwięku drugiego oddechu. O tym, że cisza może brzmieć jak krzyk. Michał nie przerywał. Poczekał, aż naprawdę skończę.

Potem on mówił. Spokojnie, bez dramatyzmu. O tym, że kiedy człowiek traci rodzinę, nie traci jej nagle, tylko traci ją w zwykłych dniach, których nikt nie pamięta. Że jego córka coraz rzadziej dzwoni, coraz częściej milczy. I że nie ma do niej żalu. Po prostu czasem chciałby usłyszeć: „Tato, śniłeś mi się”.

Na chwilę się zatrzymaliśmy. Stałam naprzeciwko niego, ręce miałam schowane w kieszeniach. Spojrzałam mu w oczy i powiedziałam:

– Czuję, jakby kończyło się życie, które do tej pory znałam.

Michał uśmiechnął się delikatnie.

– A może to nie koniec. Może to początek.

Nie odpowiedziałam. W moim ciele była gotowość do ucieczki, ale zostałam. Kiedy sięgnął dłonią w moją stronę, nie cofnęłam się, ale też nie dałam się objąć. Potrzebowałam jeszcze tej przestrzeni. Pod moim blokiem, zanim weszłam, odwróciłam się.

– Dziękuję. Za twój spokój.

Michał skinął głową.

– Spokój to też forma bliskości.

Nie całowaliśmy się na pożegnanie. Nie padły żadne obietnice. Po prostu odwróciłam się i weszłam do środka. Ale zanim zamknęły się drzwi klatki schodowej, poczułam, że on tam stoi. Nie musiałam się obracać, żeby to wiedzieć.

Przestałam z tym walczyć

Zostałam sama w mieszkaniu. Bez Franka, bez planu. Z głową pełną niedokończonych myśli i miejsc, których nie da się posprzątać. Oparłam się o framugę drzwi, spojrzałam na półki, na których stały nieułożone puzzle i zapomniana bajka na DVD. Kiedyś myślałam, że takie rzeczy da się nadrobić. Że wystarczy jeden weekend, kilka wspólnych wieczorów, trochę czasu. Ale nie da się nadrobić nieobecności. Trzeba ją przeżyć. A potem jakoś się w niej odnaleźć.

Usiadłam na parapecie. Było już ciemno, ale miasto jeszcze nie spało. Ludzie skądś wracali, ktoś trąbił, ktoś szedł szybkim krokiem z zakupami. Przez chwilę obserwowałam to wszystko bez emocji, jakby dotyczyło innego świata.

Nie było Franka, nie było kakao, nie było bajki ani nawet koca, w który zawijał się jak naleśnik. Ale po raz pierwszy od dawna nie czułam ciężaru w piersi. Nie dlatego, że coś się zmieniło. Może dlatego, że przestałam z tym walczyć.

Nie wiem, co będzie dalej. Może nic. Może Michał wyjedzie i nie wróci. Może Franek będzie coraz częściej tam, a coraz rzadziej tu. Może już zawsze będę zasypiać sama. A może wystarczy, że dziś nie jestem smutna. Nie tak bardzo.

Za oknem topniał śnieg. Krople spływały po szybie jak spóźnione łzy. A ja patrzyłam i nie czułam zimna w sercu.

Kasia, 33 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama