„Ferie z teściami w Karpaczu okazały się totalną porażką. Już nigdy nie spojrzę na moją żonę tak, jak kiedyś”
„Te słowa bolały bardziej niż wszystkie wcześniejsze docinki. Zrozumiałem, że nie chodziło już o teściów, o ich złośliwości, o niewygodny pokój i tę wieczną ocenę. Chodziło o nas. O to, że moja żona przestała mnie widzieć. Byłem obok, ale niewidzialny”.

Myślałem, że wspólny wyjazd na ferie do Karpacza z teściami będzie świetnym pomysłem. Liczyłem na chwilę odpoczynku i rodzinne chwile, szczególnie że z żoną nie mieliśmy ostatnio zbyt wiele czasu dla siebie. Marzyła mi się chwila ciszy, śnieg skrzypiący pod butami i herbaty popijane przy kominku. Niestety, już pierwszego dnia okazało się, że będzie to jeden z najgorszych tygodni w moim życiu. Konflikty narastały z każdą godziną, a ja coraz częściej łapałem się na tym, że nie poznaję własnej żony. Coś się skończyło. Nieodwracalnie.
Nie przemyślałem tego
– Moi rodzice zapraszają nas na ferie do Karpacza – oznajmiła żona z entuzjazmem, podając mi kubek herbaty.
– Do Karpacza? Z nami? – upewniłem się.
– No tak. Mówią, że fajnie byłoby znowu spędzić czas całą rodziną. Wspólne wyjazdy budują relacje – dodała, jakby recytowała z jakiegoś poradnika.
Poczułem, że zaczyna mnie boleć głowa. Teść i teściowa byli ludźmi... wymagającymi. Nigdy nie miałem z nimi dobrego kontaktu, choć starałem się z całych sił. Zawsze coś było nie tak – źle trzymam nóż, niepotrzebnie kupiłem nowe buty, za mało mówię, za dużo jem. A teraz miałem spędzić z nimi cały tydzień?
– A może pojedziemy sami? Tak tylko we dwoje? – zapytałem nieśmiało.
– Już im obiecałam – powiedziała szybko. – I wynajęli domek. Z kominkiem!
Nie miałem siły się kłócić. Powiedziałem więc coś w rodzaju „no dobrze”, mając nadzieję, że jakoś to przetrwam. Przecież to tylko tydzień. Jakoś się zagryzie zęby i będzie po sprawie. Nie przewidziałem tylko jednego – że to nie będzie zwykły, rodzinny wyjazd. Że to będzie początek końca. Naszego końca. Choć jeszcze o tym nie wiedziałem, tamten wieczór był ostatnim, kiedy patrzyłem na żonę bez żalu.
Pierwsze zgrzyty
Do Karpacza dotarliśmy późnym popołudniem. Śnieg prószył delikatnie, a domek faktycznie wyglądał uroczo – drewniany, z niewielkim ganeczkiem i widokiem na las. Teściowie przyjechali chwilę przed nami. Już w progu teściowa ucałowała moją żonę w czoło, rzuciła mi chłodne „dzień dobry” i ruszyła do kuchni, jakby była u siebie.
– My z tatą w tej sypialni, wy tam – oznajmiła po chwili, wskazując palcem na wąski pokoik z dwoma pojedynczymi łóżkami.
– A nie mieliśmy mieć małżeńskiego łóżka? – zdziwiłem się, patrząc na żonę.
– Mamo, może zamienimy się? – zapytała niepewnie.
– No coś ty, dziecko! Wy przecież młodzi, wam wszystko jedno.
Wszystko we mnie buzowało, ale milczałem. Wieczorem usiedliśmy przy stole. Zamiast ciepłej rozmowy, było ocenianie. Że za mało zarabiam. Że znajomy ich sąsiad w tym wieku miał już dwa domy. Że nie dzwonię do nich z życzeniami imieninowymi. A żona? Siedziała cicho, z lekkim uśmiechem, jakby nic się nie działo.
– Taki cichy jesteś – rzuciła teściowa. – Jakby cię tu wcale nie było.
Położyłem widelec. I już wiedziałem, że to będą długie dni. Bardzo długie.
Ile jeszcze wtrzymam?
Trzeciego dnia próbowałem się wyciszyć. Rano wyszedłem sam na spacer. Śnieg skrzypiał pod butami, a zimowe powietrze koiło głowę. Marzyłem o odrobinie spokoju, o jakiejś rozmowie z żoną, która nie kończyłaby się westchnieniem albo przewróceniem oczami. Gdy wróciłem, w kuchni czekała na mnie zimna kawa i chłodna atmosfera.
– Gdzieś ty był? – zapytała żona, jakby była zła, że zniknąłem na godzinę.
– Poszedłem się przejść. Musiałem odetchnąć.
– Aha. Dobrze by było, jakbyś najpierw po sobie posprzątał. Mama musiała zmywać po tobie talerzyk.
Zaniemówiłem. Spojrzałem na teściową, która patrzyła na mnie z wyższością.
– Myślałam, że chociaż ręcznik powiesić potrafisz – rzuciła. – Ale nie, wszystko musi za ciebie robić kobieta.
Żona ani słowem mnie nie obroniła. Patrzyła gdzieś w bok, mieszając herbatę z taką siłą, jakby chciała ją utopić.
– Może niech Emil dzisiaj zrobi obiad – rzuciła nagle. – Przecież umie gotować.
– A jakże – skwitował teść. – Tylko obyśmy się nie zatruli.
Zamknąłem się w pokoju. Nie przez obiad. Przez to, że nie byłem tam mężem. Byłem tylko dodatkiem. Uciążliwym. I niepotrzebnym.
Wieczorem chciałam ciszy
Tamtego wieczoru nie odezwałem się ani słowem. Nie było sensu. Każde moje zdanie kończyło się jakimś przytykiem, półuśmieszkiem, przewróconymi oczami. Wziąłem książkę i udawałem, że czytam. W rzeczywistości wpatrywałem się w litery, które nie układały się w żadne słowa.
– A może coś opowiesz? – zagadnęła teściowa znienacka, jakby chciała być miła. – Pracujesz w tej firmie już tyle lat. Coś ciekawego się tam dzieje?
– Nic, zwykła praca – odpowiedziałem cicho.
– No właśnie. Zwykła – skwitowała. – Tyle lat i żadnego awansu?
Nie odpowiedziałem. Żona też nie zareagowała. Siedziała przy kominku, zapatrzona w ogień, jakby w ogóle mnie nie słyszała. Po kolacji wszyscy poszli wcześniej spać. Zostałem sam w salonie. Kominek już dogasał, a ja nie miałem ochoty wracać do naszego klitkowatego pokoiku z dwoma łóżkami. Usiadłem w fotelu, otulony kocem, i po raz pierwszy od lat poczułem, że nie mam już siły się starać.
Nie chciałem z nimi rozmawiać. Nie chciałem udawać. Patrząc w wygasający ogień, zrozumiałem coś, co przez lata wypierałem – że miłość to nie tylko trwanie, ale też wsparcie. A ja od kilku dni byłem sam. Z każdym dniem bardziej.
Ostatni wspólny dzień
Ostatniego dnia w Karpaczu śnieg padał bez przerwy. Planowaliśmy wspólny spacer, może kulig – tak mówiła żona jeszcze rano, ale nikt nie miał już ochoty wychodzić. Wszyscy byli zmęczeni sobą, chociaż nikt się do tego nie przyznał. Przy śniadaniu panowała cisza, której nie potrafiłem już znieść.
– Może coś powiesz? – szepnąłem do żony.
– A co mam powiedzieć? – odpowiedziała, nie podnosząc wzroku.
– Cokolwiek. Że jesteśmy tu razem. Że widzisz, co się dzieje.
– Nie przesadzaj – mruknęła. – Przestań robić z siebie ofiarę.
Zamilkłem. Te słowa bolały bardziej niż wszystkie wcześniejsze docinki. Zrozumiałem, że nie chodziło już o teściów, o ich złośliwości, o niewygodny pokój i tę wieczną ocenę. Chodziło o nas. O to, że moja żona przestała mnie widzieć. Byłem obok, ale niewidzialny.
Późnym popołudniem zaczęliśmy się pakować. Wrzucałem rzeczy do torby bez słowa. Nawet nie pamiętam, czy się pożegnaliśmy z teściami. W samochodzie żona zasnęła. Ja prowadziłem w milczeniu, patrząc na drogę, która prowadziła nie tylko do domu, ale i w jakąś nową, chłodną przestrzeń między nami. Już wiedziałem, że to się nie skończy po powrocie. Że coś się przesunęło, odsunęło. I chyba nie da się tego już naprawić.
To nie ta sama kobieta
Minął tydzień od powrotu z Karpacza. Życie wróciło do pozornej normalności – praca, zakupy, wieczorne oglądanie seriali. Ale ja wciąż czułem w sobie tamtą ciszę. Tamto zimno. I dystans, który narósł między nami jak zaspany śnieg na leśnej drodze. Byliśmy blisko, ale obcy. Próbowałem z nią rozmawiać. O tym, jak się czułem, jak bardzo mnie bolało jej milczenie. Wzruszyła ramionami.
– Przesadzasz. Każdy czasem musi trochę przemilczeć. Nie wszystko trzeba rozkładać na czynniki pierwsze.
Nie odpowiedziałem. Wstałem, wyszedłem z mieszkania i wróciłem dopiero wieczorem. Nie zapytała, gdzie byłem. Patrzę na nią i widzę zupełnie inną osobę niż tę, którą kiedyś pokochałem. Może zmieniła się przez lata, może to ja się zmieniłem. A może po prostu przestała być tą kobietą, która trzymała mnie za rękę, gdy miałem gorszy dzień. Teraz tylko patrzy – chłodno, bez zrozumienia. Jak ktoś, kto już dawno wybrał swoją stronę.
Nie wiem, co dalej. Nie wiem, czy coś jeszcze da się odbudować. Wiem tylko jedno: już nigdy nie spojrzę na moją żonę tak jak kiedyś.
Emil, 36 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Po Dniu Dziadka mój teść przestał odbierać telefon. Bolesna prawda wyszła na jaw dopiero w czasie ferii”
- „Mąż wymyślił, że mam zrobić obiad dla księdza, jak przyjdzie po kolędzie. Miałam się postarać i nie wygłupiać z rosołem”
- „Nie znoszę gotowania, a mąż mówi, że to obowiązek kobiety. Jeszcze słowo i będzie się żywił tylko jajecznicą”

