Reklama

Wyjechałam w góry, żeby uleczyć serce po pięcioletnim związku, który rozpadł się jak domek z kart. To miała być moja terapia szokowa: mróz, narty i samotność, która pozwoli mi poukładać myśli. Nie planowałam nikogo poznawać, a już na pewno nie planowałam się zakochiwać. Kiedy jednak w tamtym barze nasze spojrzenia się spotkały, poczułam coś, czego nie czułam od lat — iskrę nadziei. Kamil wydawał się idealnym plastrem na moją ranę. Dziś, patrząc na milczący telefon, wiem już, że to było tylko głupie złudzenie.

Zakopane wydawało się idealne

Decyzję o wyjeździe podjęłam w ułamku sekundy. Po prostu wstałam pewnego poniedziałkowego ranka, spojrzałam na puste miejsce w szafie, gdzie jeszcze dwa tygodnie temu wisiały koszule mojego byłego narzeczonego, i poczułam, że duszę się we własnym mieszkaniu. Warszawa, która kiedyś była naszym wspólnym placem zabaw, teraz stała się labiryntem bolesnych wspomnień. Każda kawiarnia, każda ławka w parku, nawet głupi przystanek autobusowy — wszystko krzyczało jego imieniem. Musiałam zniknąć.

Zakopane wydawało się idealne. Wystarczająco daleko, by odciąć się od problemów, i wystarczająco głośno, by zagłuszyć myśli. Zarezerwowałam mały pokój w pensjonacie na uboczu, spakowałam najgrubsze swetry i obiecałam sobie, że przez tydzień będę myśleć tylko o tym, jak utrzymać równowagę na stoku. Moja przyjaciółka, Anka, próbowała mnie odwieść od tego pomysłu. Twierdziła, że samotny wyjazd w moim stanie to proszenie się o kłopoty, o depresyjne wieczory z winem i płaczem w poduszkę.

— Nie możesz uciekać przed emocjami, Marta — mówiła, pomagając mi dopiąć walizkę. — One cię znajdą nawet na Kasprowym.

— Nie uciekam — skłamałam, patrząc jej w oczy. — Po prostu potrzebuję zmiany perspektywy. Śnieg wszystko przykryje.

Jak bardzo się myliłam, zrozumiałam dopiero później. Pierwsze dwa dni były dokładnie takie, jak przewidywała Anka. Szare, smutne i samotne. Jeździłam na nartach do upadłego, byle tylko zmęczyć ciało na tyle, żeby umysł nie miał siły analizować, dlaczego Bartek mnie zostawił. Wieczorami siedziałam w pokoju, tępo wpatrując się w telewizor, bojąc się wyjść do ludzi. Czułam się jak naznaczona, jakby na czole miała wypisane wielkimi literami: "PORZUCONA".

Rozumieliśmy się bez słów

Trzeciego dnia pękłam. Samotność w czterech ścianach pensjonatu stała się nie do zniesienia. Zeszłam do centrum, do jednego z tych gwarnych barów przy Krupówkach, gdzie zapach oscypka miesza się z aromatem grzanego wina i cynamonu. Było tłoczno, głośno i wesoło — dokładnie tak, jak nie było w moim wnętrzu. Usiadłam przy barze, zamawiając herbatę z prądem, i obserwowałam ludzi. Szczęśliwe pary, grupy przyjaciół, roześmiane rodziny. Czułam się jak obcy element, jak błąd w systemie.

Wtedy obok mnie usiadł on. Kamil. Nie był typem faceta, na którego zwykle zwracałam uwagę. Był wysoki, miał ciemne, lekko zmierzwione włosy i kilkudniowy zarost, który dodawał mu lat, ale w jego oczach czaił się ten sam smutek, który widziałam rano w lustrze. Nie zaczął od tandetnego tekstu na podryw. Po prostu poprosił barmana o to samo, co piłam ja, i westchnął ciężko, zdejmując szalik.

— Też uciekinierka? — zapytał, nie patrząc na mnie, tylko na parującą szklankę.

Zaskoczył mnie.

— Słucham? — bąknęłam, poprawiając nerwowo włosy.

Masz ten wzrok. — Odwrócił się i uśmiechnął smutno. — Wzrok kogoś, kto wolałby być teraz gdziekolwiek indziej, byle nie we własnej głowie. Zgadłem?

Tak zaczęła się nasza rozmowa. Okazało się, że Kamil też przyjechał tu leczyć rany. Jego historia była inna, bardziej skomplikowana — toksyczny związek, z którego nie potrafił się wyplątać przez lata, aż w końcu druga strona podjęła decyzję za niego. Rozumieliśmy się bez słów. To było niesamowite uczucie — spotkać kogoś, kto mówi tym samym językiem bólu.

Z każdą godziną rozmowa stawała się lżejsza. Zaczęliśmy żartować, śmiać się z kiczowatej muzyki góralskiej kapeli, wymieniać się anegdotami z pracy. Alkohol szumiał nam w głowach, ale to bliskość drugiego człowieka była najbardziej odurzająca. Kiedy wychodziliśmy z baru, sypał gęsty śnieg. Kamil zaproponował, że odprowadzi mnie do pensjonatu. Szliśmy ramię w ramię, a mróz szczypał w policzki. Pod bramą mojego pensjonatu zatrzymał się i spojrzał na mnie intensywnie.

— Dziękuję — powiedział cicho. — Pierwszy raz od miesięcy nie myślałem o... wiesz.

— Ja też — odpowiedziałam szczerze.

Wtedy mnie pocałował. To nie był delikatny, badawczy pocałunek. Było w nim coś desperackiego, jakbyśmy oboje chcieli wymazać przeszłość za pomocą tej jednej chwili. Czułam się, jakbym tonęła i nagle złapała haust powietrza.

Byłam naiwna jak nastolatka

Kolejne dni zlały się w jedną całość. Przestałam jeździć na nartach. Stok przestał mnie interesować, bo znalazłam coś znacznie bardziej ekscytującego. Spędzaliśmy z Kamilem każdą chwilę. On przeniósł się mentalnie do mojego świata, a ja do jego. Dnie spędzaliśmy w moim pokoju na poddaszu, odcięci od świata. Za oknem szalała zamieć, turyści tłoczyli się w kolejkach do wyciągów, a my tworzyliśmy własną rzeczywistość.

Dużo rozmawialiśmy. O wszystkim. O marzeniach, które porzuciliśmy, o lękach, o tym, co lubimy jeść na śniadanie. Leżeliśmy godzinami, patrząc w drewniany sufit, trzymając się za ręce. To była intymność, jakiej brakowało mi w końcówce mojego związku z Bartkiem. Tam była chłodna rutyna, tutaj — paląca fascynacja i zrozumienie. Kamil był czuły i uważny. Słuchał mnie tak, jakby każde moje słowo było objawieniem. Robił mi herbatę, kiedy marzłam, otulał kocem, gdy czytałam książkę. Czułam się przy nim bezpieczna. Zaczęłam wierzyć, że to przeznaczenie. Że musiałam przeżyć ten koszmar w Warszawie, żeby przyjechać tutaj i spotkać jego.

— Nigdy nie spotkałem nikogo takiego jak ty, Marta — szeptał mi do ucha, kiedy wieczorem oglądaliśmy filmy na laptopie. — Jesteś taka prawdziwa.

— Ty też jesteś dla mnie ważny — odpowiadałam, czując, jak serce rośnie mi w piersi.

W mojej głowie już układałam scenariusze. Wyobrażałam sobie, jak wracamy do Warszawy (okazało się, że też tam mieszka, co uznałam za kolejny znak od losu). Widziałam nasze pierwsze randki w normalnym świecie, spacery po Łazienkach, wspólne gotowanie. Byłam naiwna jak nastolatka, ale po miesiącach emocjonalnej posuchy, chłonęłam to uczucie jak gąbka.

Zignorowałam telefon od Anki. Napisałam jej tylko krótkiego SMS-a: Jest cudownie, chyba kogoś poznałam. Odpisała: Uważaj na siebie, wakacyjne miłości rządzą się swoimi prawami. Prychnęłam wtedy na ekran. Co ona mogła wiedzieć? To nie była wakacyjna miłość. To było spotkanie dwóch dusz.

Coś jest nie tak

Dopiero teraz, z perspektywy czasu, widzę te wszystkie czerwone flagi, które powiewały mi przed oczami, a które ja z uporem maniaka ignorowałam. Zaczęło się od telefonu. Kamil rzadko go używał przy mnie, ale kiedy już dzwonił, zawsze wychodził na balkon lub do łazienki.

— Praca — rzucał krótko, wracając z nieobecnym wzrokiem.

— W ferie? — dziwiłam się.

Mam specyficznego szefa, nie zrozumiesz — ucinał temat i natychmiast zmieniał atmosferę, przytulając mnie lub proponując spacer.

Dawałam się udobruchać. Chciałam wierzyć, że po prostu jest zapracowany. Innym razem, kiedy zapytałam go, co robimy po powrocie, jego twarz stężała.

— Nie psujmy tego, co jest teraz, planowaniem przyszłości — powiedział, gładząc mnie po dłoni. — Cieszmy się chwilą. Tu i teraz.

Brzmiało to romantycznie, w stylu "carpe diem", ale poczułam ukłucie niepokoju. Dlaczego nie chciał rozmawiać o przyszłym tygodniu? Czyżby bał się, że czar pryśnie, gdy zjedziemy z gór? Zdarzały się też momenty, kiedy wydawał się zupełnie nieobecny. Leżeliśmy obok siebie, ja opowiadałam mu o moim dzieciństwie, a on patrzył w okno z taką miną, jakby kalkulował w głowie skomplikowane równanie matematyczne. Kiedy pytałam, o czym myśli, odpowiadał z uśmiechem: O tym, jakie mam szczęście. Wtedy mi to wystarczało. Teraz zastanawiam się, czy nie myślał raczej o tym, jak się z tego wyplątać.

Najbardziej uderzająca sytuacja miała miejsce przedostatniego dnia. Poszliśmy na kolację do eleganckiej restauracji. Kamil był spięty. Rozglądał się nerwowo, jakby bał się, że kogoś spotka.

— Wszystko w porządku? — zapytałam.

— Tak, po prostu nie lubię tłumów — odpowiedział, choć przez cały tydzień tłumy mu nie przeszkadzały.

Kiedy jego telefon zawibrował na stole, spojrzał na ekran i zbladł. Szybko go odwrócił.

— Kto to? — zapytałam odruchowo.

Nikt ważny. Spam — odpowiedział za szybko.

W głębi duszy czułam, że coś jest nie tak. Że ten obraz idealnego mężczyzny, który tak samo jak ja szuka ukojenia, ma rysy. Ale byłam tak głodna bliskości, tak spragniona bycia dla kogoś ważną, że zagłuszałam intuicję. Wolałam iluzję szczęścia niż powrót do zimnej rzeczywistości bycia porzuconą singielką.

Odpowiedź nie nadeszła nigdy

Nadszedł dzień wyjazdu. Pakowanie walizek w milczeniu. Atmosfera w pokoju zmieniła się diametralnie. Magiczna bańka, w której żyliśmy przez tydzień, zaczęła pękać. Kamil był chłodny, dystansujący się. Unikał mojego wzroku, był zajęty sprawdzaniem rozkładu jazdy, odpisywaniem na maile.

— Jak wrócimy, to... — zaczęłam niepewnie, stojąc w drzwiach z walizką.

— Zadzwonię — przerwał mi, zanim zdążyłam dokończyć. — Muszę ogarnąć trochę spraw w firmie, wiesz, jak jest. Ale odezwę się.

Odwiózł mnie na dworzec (on wracał samochodem, ja pociągiem — twierdził, że musi jeszcze o coś zahaczyć po drodze). Pożegnanie było szybkie, wręcz mechaniczne. Pocałunek w policzek, uścisk dłoni. Gdzie podział się ten namiętny kochanek z pierwszego wieczoru? Gdzie zniknął człowiek, który szeptał mi wyznania, patrząc w gwiazdy?

— Będę tęsknić — powiedziałam cicho, czując, jak w gardle rośnie mi gula.

— Ja też, Marta. Było wspaniale — odpowiedział, ale jego oczy już błądziły gdzieś indziej. Patrzył na zegarek.

Wsiadłam do pociągu z ciężkim sercem. Przez całą drogę do Warszawy gapiłam się w telefon, czekając na chociaż jednego SMS-a. Dojechałaś?, Już tęsknię, no cokolwiek. Telefon milczał. Tłumaczyłam go sobie: prowadzi auto, jest zmęczony, trudne warunki na drodze. Wieczorem, już w moim pustym, cichym mieszkaniu, napisałam pierwsza: Dotarłam bezpiecznie. Dziękuję za ten tydzień, był niesamowity. Daj znać, jak dojedziesz. Raport doręczenia przyszedł natychmiast. Odpowiedź nie nadeszła nigdy.

Anka miała rację

Minął dzień, potem drugi. Trzeciego dnia zadzwoniłam. Nie odebrał. Zadzwoniłam wieczorem — to samo. Czwartego dnia napisałam wiadomość na komunikatorze. Została odczytana. Brak odpowiedzi. Poczułam się, jakby ktoś uderzył mnie w brzuch. Zrozumienie docierało do mnie powoli, ale boleśnie. Nie było żadnej awarii, żadnego wypadku, żadnego zagubionego telefonu. Była tylko cisza. Świadoma, celowa cisza.

Zaczęłam analizować wszystko od nowa. Jego niechęć do mówienia o przyszłości. Jego nerwowość w restauracji. To, że tak mało mówił o swoim życiu w Warszawie, a tak dużo pytał o moje, jakby chciał odwrócić uwagę od siebie. Dotarło do mnie, że dla Kamila nie byłam przeznaczeniem. Byłam wakacyjną przygodą. Chwilowym zapomnieniem. Być może lekarstwem na nudę, a może... może wcale nie był singlem po przejściach? Może ta historia o toksycznym związku była tylko bajeczką dla naiwnej dziewczyny, którą łatwo zmanipulować, bo sama jest w rozsypce?

Weszłam na media społecznościowe. Nie mieliśmy się w znajomych, ale znałam jego nazwisko. Wystarczyło kilka kliknięć. Jego profil był częściowo otwarty. I wtedy zobaczyłam to zdjęcie. Wrzucone dwa dni temu. Kamil, uśmiechnięty, w domowych pieleszach, obejmujący ładną blondynkę. Podpis: Nie ma to jak w domu z moją <3.

Poczułam mdłości. A więc to tak. Nie był żadnym cierpiącym romantykiem. Był facetem, który urwał się ze smyczy, pojechał w góry przemyśleć sprawy, a przy okazji zabawił się kosztem kogoś, kto naprawdę potrzebował wsparcia. Byłam dla niego darmową rozrywką, emocjonalnym fast foodem. Zaspokoił głód, otarł usta i poszedł dalej, zapominając o opakowaniu. Najbardziej boli nie to, że on okazał się draniem. Boli to, jak bardzo dałam się oszukać własnym pragnieniom. Chciałam miłości tak bardzo, że wzięłam zwykłą manipulację za wielkie uczucie. Otworzyłam się przed obcym człowiekiem, opowiedziałam mu o swoich najgłębszych lękach, pozwoliłam mu wejść do mojego świata, a on potraktował to jak wizytę w parku rozrywki.

Anka miała rację. Wróciłam z gór w gorszym stanie, niż wyjechałam. Poprzednie rozstanie było bolesne, ale przynajmniej szczere i klarowne. To, co zrobił Kamil, odebrało mi coś cenniejszego niż poczucie bezpieczeństwa — odebrało mi zaufanie do własnego osądu.

Dziś, dwa tygodnie po powrocie, wciąż czasem sprawdzam telefon, choć wiem, że on się nie odezwie. I szczerze mówiąc, nie wiem, co bym zrobiła, gdyby jednak zadzwonił. Czy miałabym siłę nawrzeszczeć na niego, czy znów dałabym się omotać? Ta niepewność przeraża mnie najbardziej. Ferie miały być ucieczką, a stały się lekcją: brutalną, bolesną lekcją o tym, że nie każdy, kto podaje nam rękę, chce nas wyciągnąć z dołka. Czasem chcą nas tam po prostu zatrzymać, żeby sami mogli poczuć się lepsi.

Marta, 29 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama